To nie jest tak, że my wszyscy "starzy wyjadacze" siedzimy teraz na widowni zaopatrzeni w popcorn i cole i czekamy na zdjęcia Twojego rozbitego modelu,by później móc powiedzieć "hehe a nie mówiłem".
Nikt Ci źle nie życzy, nic bardziej mylnego. Jedynie przestrzegamy, że zacytuję klasyka "nie idź ta drogą".
Inny klasyk prawił "nie bądź pan głąb, praw fizyki pan nie zmienisz".
Każden jeden z nas przygląda się bacznie, jak kolejni adepci dochodzą do swego pierwszego udanego lotu, mając w pamięci swoje własne "rozprawiczenie".
Każden jeden z nas pamięta doskonale emocje z tym związane, nogi z waty, " mokry pampers", zimny pot na czole i słowa mądrzejszych typu "a nie mówiłem".
Jeśli nie rozbijesz modelu w pierwszym locie to cześć i chwała Ci za to. Jeśli jednak możesz się przemóc, posłuchać może nie mądrzejszych, ale bardziej doświadczonych,
to odłóż ten model, zrób lub też kup coś bardziej trenerkowatego i zacznij w ten sposób. Nie będzie to w naszych oczach z Twej strony symbol uległości pod presją,
nie będzie to odznaka strachu. Ale na pewno będzie to wielki szacunek w Twoim kierunku i symbol rozsądku.
Wojtek może zbyt obrazowo dokonał porównań Twych dotychczasowych doświadczeń, ot powiedzmy taki "modelarski żart", ale wystosowany z całą odpowiedzialnością i powagą w treści.
Pamiętam sam swój pierwszy lot kierowany. To nie było RC, ale uwięź.
W roku jakoś tak chyba 1983. "ABC Miniaturowego Lotnictwa" Schiera już wtedy znałem na pamięć.
Ale tak jak Ty teraz chciałem być mądrzejszy. PaPa Schier dokładnie opisywał swoją drogę, pisał o tym jak zrobił sobie jako pierwszy model na uwięzi Hawkera Tempesta i jak go potem rozbił w pierwszym locie.
Nie posłuchałem go, zamiast zrobić sobie Wicherka, zrobiłem z zestawu nabytego w CSH kombata do walki powietrznej. Tak jak Ty model sprawdzałem przed pierwszym lotem ze sto razy, kamienie z boiska pozbierałem co do jednego, model miał jednokołowe podwozie. Silnik pomimo tego że "ruski" grał jak ta lala. Książkę A. Rachwała ( o ile pamiętam ) o modelach na uwięzi też już znałem na pamięć.
Rozdział o kombatach to było jak LSD, jak narkotyk

Nie było internetu, forumów, kontaktu z innymi. Fakt komputer już wtedy miałem ( Sinclair Spectrum 48K ) , ba nawet "symulator" F-15, całymi wieczorami ćwiczyłem na jego "gumiastej" klawiaturze.
Wydawało mi się, że już lepiej nie jestem się w stanie przygotować do pierwszego lotu.
I w końcu .... poleciałem. Mój pierwszy lot trwał może nawet ..... całą sekundę, klasyczna pętla zaraz po starcie i ...%^&$%^$#%W... w boisko.
Bo wydawało mi się, że jestem mądrzejszy.