Teraz jest czwartek, 17 września 2026, 16:50

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 33 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 16:34 
Gdy jeszcze nie przypomniałem sobie, że byłem i jestem modelarzem zastanawiając się co będę robił na emeryturze wymyśliłem sobie, że będę pisał książki.
Tylko nie wiadomo czy kto by to czytał. :D
Wstawię kawałek:

"7.01.2007 r.

ROZDZIAŁ 1: OSTATNI DZIEŃ STAREGO ŻYCIA

Och jakie wspaniałe uczucie.
Rozciągnąłem wszystkie możliwe kości w błogim rozluźnieniu.

Wracam z ostatniego służbowego wyjazdu w wygodnym fotelu A klasy.

Wszystko pięknie załatwione, niczym nie muszę się już zajmować, zapakowane skrzynie z obrazami lecą tym samym lotem gdzieś tam w ładowni pode mną lub nade mną. Nie wiem jaką konstrukcję mają takie liniowce jakim lecę, ale to mało ważne. Kiedyś interesowałem się lotnictwem i kosmonautyką, czytałem wszystkie pisma z tej dziedziny. ale to jak i pasja czytania książek dawno minęło.

Za parę dni będę już emerytem, a dokładnie, zaraz ? ... za sześć dni !
Mogę sobie odpoczywać.
Mogę już teraz rozpocząć odpoczywanie.

Wczoraj wieczorem w ambasadzie Ziemi na Swezi stary znajomy Rolf Sędzia Generalny, pyzaty staruszek z resztkami rozwichrzonych białych włosów gdy mi przekazywał dokumenty odzyskanych przeze mnie, a skradzionych przez międzygalaktyczny gang z Ziemi galerii obrazów powiedział, że służbowo spotykamy się już ostatni raz bo przechodzi na emeryturę.

Powiedziałem zdziwiony, że ja też akurat po powrocie na Ziemię zostanę zasłużonym emerytem.

No to koniecznie teraz musisz mnie odwiedzić na Swezi już teraz prywatnie, zażądał z uśmiechem.

Pomyślałem czy ja też wyglądam na staruszka tak jak on?
A może u nich później przechodzi się ma emeryturę?

Obiecałem, że go odwiedzę jak tylko będę w pobliżu i myślę, że będzie to miłe spotkanie bo facet zawsze był na dużym poziomie we wszystkich naszych spotkaniach przy okazji służbowych kontaktów.

Potem była wspaniała kolacja w klasycznie urządzonych wnętrzach ambasady, przy przyćmionym żółtawym świetle, z ciekawymi rozmowami o kulturze, o etyce i takie różne miłe jak to bywa przy takich okazjach.
Wszyscy panowie byli bardzo eleganccy, a ich żony bardzo pachnące i znudzone, jak to w dyplomacji.

Po raucie krótko spałem bo miałem rezerwację na pierwszy ranny lot i teraz wracam na Ziemię.

Trzeba zadzwonić do syna i córki, pomyślałem, żeby się z nimi spotkać.

Już miałem podłączać swój ltopik do portu w oparciu fotela przede mną gdy podeszła stewardesa i powiedziała, że jest połączenie do mnie i prosi mnie do kabiny pilotów.

Wstałem zdziwiony.
Kto to, pomyślałem i poszedłem za nią.

Przepuściła mnie w drzwiach do sterówki, oficer łącznikowy posadził mnie na swoim fotelu i wcisnął klawisz.
Na ekranie ukazał się Pan Prezydent patrzący w bok i z kimś rozmawiający.
Dzień dobry panie Prezydencie, powiedziałem.
Witam pana, odezwał się głośnik i Pan Prezydent zwrócił się w moją stronę.

Usłyszałem: Chciałem osobiście panu podziękować za tę kolejną pana wspaniałą misję i za odzyskanie ostatnich już dóbr naszej ziemskiej kultury, które zostały wykradzione z Ziemi.

Odpowiedziałem, że jestem bardzo zaszczycony osobistym zainteresowaniem Pana Prezydenta moją pracą.

Prezydent zapytał jakie mam najbliższe plany na dziś i dalsze w związku z przejściem na emeryturę.

To on wie ? pomyślałem.

Właśnie przed chwilą chciałem Panie Prezydencie dzwonić do dzieci i umówić się z nimi na spotkanie po przylocie na lotnisko, a potem rozplanować najbliższe dni swego nowego życia.

To niech pan zmieni trochę te plany i nic nie planuje na dzisiejszy wieczór, powiedział.
Zabierze pana z lotniska samochód i przywiezie pana na spotkanie.

Trudno, pomyślałem. Czego on może chcieć ?

Powiedziałem „do widzenia Panie Prezydencie” i wstałem z fotela.

Dziękuję do widzenia państwu, zwróciłem się do załogi i chciałem wyjść ze sterówki, ale wszyscy podeszli do mnie i zapytali czy mogę im dać autograf.

Oczywiście, bardzo proszę.

Resztę podróży spędziłem w ich kabinie, co nie było zupełnie legalne w komunikacji publicznej, na fajnych rozmowach o odbytych przez nich rejsowych lotach i różnych ciekawych zdarzeniach w ich pracy.

A takiej kawy jaką podawała stewardesa chyba nigdy nie piłem.
Szkoda tylko, pomyślałem, że nie podają takiej samej na pokładzie pasażerom.

Tak prawdę mówiąc to ich praca była dość nudna, ale na pewno wykonywali ją z pasją.
Osobiście nie nadawałbym się na „Polit woźnicę”.

Na fotel pasażera wróciłem przed wchodzeniem w atmosferę Ziemi i lądowaniem.

No i znowu się nie wyspałem, pomyślałem zapinając pasy, ale to nic teraz się wyśpię na emeryturze.

Lądowanie przebiegło bardzo płynnie, przyziemienie było prawie nie do zauważenia.
Postarali się, pomyślałem, a właściwie już od dawna robią to automaty.
No, ale to oni kontrolują te automaty.
Mądrala, zganiłem się.

Gdy zapaliły się napisy OPEN wziąłem swój podręczny bagaż i skierowałem się do wyjścia wraz z pasażerami z mojego pokładu.

Na dole trapu podeszło do mnie dwóch panów w „rządowych” garniturach, pokazali mi swoje legitymacje i przedstawili się. Uścisnęliśmy sobie dłonie.

Muszę odebrać bagaże i swój transport, powiedziałem.
Podjedziemy, powiedział niższy i wskazał mi czarną limuzynę, która stała obok z zapraszająco otwartymi drzwiami.

Wsiedliśmy.

Dużym półkolem ominęliśmy strefę postoju liniowca i zajechaliśmy z drugiej strony gdzie ogromny lotniskowy widlak akurat wydobywał z brzucha ładowni skrzynię z przywiezionym przeze mnie cennym ładunkiem, kolejną odzyskaną spuścizną kultury Ziemi.

Limuzyna zatrzymała się przy grupce stojącej przy bagażowym samochodzie.
Wysiedliśmy.

Patrzyłem jak widlak ostrożnie ustawiał skrzynię przy bagażówce, którą zaraz otoczyli muzealnicy i zaczęli sprawdzać plomby i zabezpieczenia.

No jak ?
Powiedziałem z uśmiechem podchodząc do nich:
Mamy już resztę tego co „wyparowało” w poprzednich czasach z Ziemi. Mogę już iść na emeryturę.

Witaj ! Otoczyli mnie i serdecznie po kolei zaczęliśmy się witać.

Znamy się od dawna, wielokrotnie spotykaliśmy się przy różnych misjach odzyskiwania dzieł sztuki wywiezionych z Ziemi.
Anna i Adam jeździli nawet ze mną kiedyś jako ambasadorowie kultury na inne galaktyki po rozpoznanie i udowodnienie ziemskich rodowodów odnalezionych przeze mnie eksponatów.

Jak to ludzie kultury nie ogolone chłopaki nieodmiennie paradowali w swoich porozciąganych swetrach, a dziewczyny w luźnych spodniach. Od kiedy pamiętam zawsze wyglądali podobnie.
Ja też należałem kiedyś do nich i ich stylu.
Ach. Stare czasy.

Pogadaliśmy parę chwil o tym jak było w czasie mojego ostatniego wyjazdu, dziwili się, że zdecydowałem się przejść na emeryturę.

Jak mogę nie iść, powiedziałem, gdy wszystko już wróciło na swoje miejsce ?
Zażartowałem.

Zresztą mam już wypracowane lata i spełniam warunki wcześniejszego przejścia na rządowy odpoczynek, powiedziałem.

Obiecaj, powiedziała Anna patrząc mi prosto w oczy, że gdy powiesimy te obrazy po konserwacji na ich miejsca, przyjedziesz i to zobaczysz.

Obiecuję, powiedziałem i naprawdę byłem w tym momencie o tym przekonany.

Wyciągnąłem z walizki z samochodu sztywną aktówkę z dokumentami przekazanymi mi przez Sędziego Rolfa ze Swezi.
Po kolei wszyscy pięcioro składali podpisy na dokumentach, które rozłożyłem na masce limuzyny. Oderwałem kopie dla siebie i zaczęliśmy się żegnać jak starzy przyjaciele.

Ostatnia podeszła Anna i wspinając się na palce cmoknęła mnie w usta.
Ooo ! pomyślałem. To było słodkie.

Jedziemy, ocknął mnie „rządowy” i wskazując na zegarek wyciągnął rękę w kierunku drzwi samochodu.

Jeszcze moje bagaże, zaprotestowałem.

To już załatwione, zapewnił.

Gdy wsiadłem odwróciłem się w kierunku muzealników.

Chłopaki przytrzymywali skrzynię, którą ostrożnie widlak ładował do bagażówki, a Anna stała patrząc w moim kierunku i chyba dostrzegła, że patrzę na nich bo uniosła rękę.

Nagle wewnątrz siebie poczułem jakby nadymający się pusty balon.
Wróciły wspomnienia o studenckich czasach. Dawno nie czułem Jej w ten sposób i było to bardzo dziwne i niespodziewane odczucie.

„Anna ?” powiedziałem cicho mimo woli.

Ruszyliśmy z piskiem opon w kierunku bramy lotniska i gdy stanęliśmy dla pokazania przepustek odwróciłem się jeszcze raz w kierunku liniowca.
Bagażówka ze skrzynią z obrazami właśnie ruszała za nami w kierunku wyjazdu.

Dokąd jedziemy ?, zapytałem moich przewodników.
Do Pałacu Prezydenta, odpowiedział jeden z nich.

Przejechaliśmy spokojnie jak zwykle zakorkowanymi ulicami przez pół zamglonego lub może zasmogowanego miasta do Starej Dzielnicy i zajechaliśmy przepuszczeni za grubaśne kute łańcuchy na podjazd przed główne schody pałacu.

Wysiedliśmy.

Chciałem zabrać swoją walizkę, ale powiedzieli, że mogę ją zostawić bo odwiozą mnie potem do domu.

Weszliśmy po schodach do hollu.
Podszedł do mnie jakiś urzędnik i poprowadził mnie do jednego z pomieszczeń.
Otworzył drzwi, przepuścił mnie do środka i wskazując już przywiezione z lotniska ustawione tam moje bagaże poprosił żebym się przebrał w odpowiedni strój na wizytę oficjalną.

Pomyślałem w szybkim figlarnym przebłysku, że założę luźny sweter i spodnie jako należący do Kultury, ale po pierwsze nie miałem takiego stroju w swoich bagażach, a po drugie za dużo już miałem do czynienia z dyplomatami, żeby nie wiedzieć jak by to odebrał Prezydent nie pokazując pewnie nic po sobie.

Za czterdzieści pięć minut przyjdę po pana, powiedział urzędnik i z ukłonem wyszedł zamykając za sobą drzwi.

Otworzyłem bagaże.
Rozebrałem się, wyjąłem podróżną saszetkę z przyborami toaletowymi i wszedłem do łazienki. Ogoliłem się, umyłem pod prysznicem i za kilkanaście minut byłem odświeżony i nawet zeszło ze mnie uczucie niewyspania.
Poczułem lekki głód.

Ubrałem się w strój reprezentacyjny odpowiedni na tę porę dnia, spojrzałem w lustro, poprawiłem włosy, zerknąłem na zegarek.
Jeszcze dwanaście minut.

Zajrzałem do lodówki.
Wlałem do szklanki trochę swojego ulubionego napoju, nie za dużo bo już dawno wiedziałem co może się dziać z moim pęcherzem gdy za długo trwają oficjalne wizyty.
Siadłem w wygodnym fotelu i drobnymi łykami popijałem.

Co teraz ?
Prezydent pewnie wypyta mnie kurtuazyjnie, pomyślałem, jak przebiegła moja ostatnia misja, czegoś tam pogratuluje, pożegnamy się i pojadę do domu.

Gdy znów chciałem spojrzeć na zegarek odezwało się pukanie do drzwi.

Proszę, powiedziałem.

Zajrzał urzędnik.
Możemy iść, powiedział.

Wstałem, odstawiłem szklankę i poszedłem za nim.
Poprowadził mnie przez holl do środkowych drzwi w rzędzie i otworzył je.
Usunął się na bok i przekroczyłem próg.

Wszystkie fotele we wszystkich rzędach ogromnej jasno oświetlonej sali były zajęte przez galowo ubranych mężczyzn i kobiety, przy bocznych przejściach pod ścianami stały ściśnięte grupy reporterów, na balkonach też było pełno.
Daleko z przodu na scenie kilka zajętych ustawionych w tę stronę rzędów, wysunięta mównica z wiechciem mikrofonów.
Panowała cisza.

Ocho, pomyślałem, Prezydent zaprosił mnie przy okazji jakiegoś walnego spotkania Światowej Rady, czy coś takiego.

Przeszedłem cicho w lewo rozglądając się za jakimś wolnym miejscem i wtedy wszyscy zaczęli się odwracać do tyłu i z za pleców usłyszałem głos z głośników:

Panie i panowie. Oto człowiek którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Czekaliśmy tu na niego i oto jest.

Wszyscy zaczęli wstawać ze swoich miejsc, odwracali się w moją stronę, ktoś zaczął klaskać i po chwili jak meksykańska fala oklaski coraz silniejsze ogarnęły całą salę.
Klaskali wszyscy.
Ci co wstali z foteli, ci co byli na balkonach, reporterzy i fotoreporterzy, którzy stali w przejściach i pod podium i trzy rzędy Rady Głównej na trybunie na wprost stali i klaskali cali w radosnych uśmiechach.

Zatrzymałem się zmieszany.
Zaczęło do mnie docierać, że to chodzi o mnie !

Z tyłu od drzwi dobiegał głos: ... wtedy rozpoznał w jednej z galerii okazy, które zostały w dawnych latach skradzione na Ziemi i wywiezione.
W dalszych latach odnalazł i odzyskał jeszcze wielokrotnie bezcenne dzieła sztuki powstałe na naszej Matce Planecie przez wszystkie wieki.
Walczył z międzyplanetarną mafią, a jego życie często było narażone przez bezwzględnych złodziejskich handlarzy sztuki.
Odznaczony przez Radę Ziemi w roku takim a takim Orderem takim a takim, w roku takim a takim został odznaczony ... i odtąd został oficjalnym Agentem Kultury z ramienia Ziemi ...

Musiałem chyba bardzo głupio wyglądać tak stojąc jak drąg gdy wszyscy patrzyli na mnie.

Z tyłu dalej dobiegało: i z pełnym poparciem technicznym i logistycznym doprowadził swoje powołanie do końca.

Panie Prezydencie, panie i panowie dalej mówił głos.
Właśnie dzisiaj wróciły do nas ostatnie nielegalnie wywiezione z Ziemi dzieła sztuki naszego dziedzictwa. Dzięki temu oto człowiekowi, którego wszyscy znacie, dzięki któremu nie istnieją już mafie trudniące się nielegalnym handlem sztuką, którego znają nawet dzieci dzięki filmom jak również bestsellerowym komiksom, których był bohaterem. Jest on nawet, jak wiemy, bohaterem gier komputerowych.
Witamy go dzisiaj wśród nas.

Znowu oklaski.

Głos dalej:
Jego szef Pan Minister Spraw Międzygalaktycznych zameldował przedwczoraj Panu Prezydentowi, że otrzymał od niego meldunek o odzyskaniu ostatnich już ziemskich dzieł sztuki, i że zakończył swoją misję życiową.

Teraz prosi już tylko o zgodę na przejście na emeryturę, która ze względu na jego wiek już mu się chyba należy.

Znowu oklaski.

Byłem speszony jak nigdy dotąd.

Ujrzałem jak z dołu szła przepychając się przez reporterów i uśmiechając do mnie Pani Sekretarz Rady.

Podeszła, podała mi rękę i powiedziała:
Zapraszam pana na trybunę.

Poszedłem za nią, a oklaski wciąż trwały.
Reporterzy rozstępowali się przed nami, oślepiały mnie rozbłyski fleszów więc szedłem za nią nic nie widząc, aż znalazłem się na trybunie na samym środku przy mikrofonach.

Ujrzałem przez mgłę podchodzącego Prezydenta.
Mój wzrok zaczął się przyzwyczajać.

Wyprostowałem się, aby podać rękę Prezydentowi gdy wyciągnie do mnie swoją, ale ten szedł do mnie z uśmiechem aż naparł na mnie piersią i objął mnie obu rękami i zaczął klepać po plecach.

Witamy pana, witamy pana serdecznie, powtarzał.

Następnie odsunął się cały czas ze szczerym, promiennym uśmiechem na twarzy.

Z za kulis zbliżały się rzędem trzy panie.
Jedna niosła dużą tacę, druga jakąś złożoną błękitną tkaninę, a trzecia granatowe płaskie skórzane etui.

Stanęły między mną, a Prezydentem i zastygły w oficjalnej pozie.

Prezydent wziął z tacy order przypięty do szerokiej, udrapowanej wstęgi w oficjalnych barwach Ziemi, a mnie znów zrobiło się mglisto w oczach bo rozpoznałem rangę odznaczenia.
To był Wielki Order Księcia Ziemi.

Prezydent podszedł do mnie, a ja się bezwiednie schyliłem.

Założył mi wstęgę na szyję i łzy napłynęły mi do oczu.
Szybko wyprostowałem się, pomogło mi to opanować cisnącą się do oczu wilgoć, poczułem ciężar opadającego mi na piersi Wielkiego Orderu, ale znów musiałem się schylić bo Prezydent mnie objął i ucałował w oba policzki."

ED: Sprawdziłem przed chwilą, że nasmarowałem tego ponad 400 stron :!:


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 19:44 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): środa, 23 stycznia 2013, 17:19
Posty: 433
Wiek: 32
Lokalizacja: Pszczyna
Aha. Ciekawi mnie, komu sie chciało przeczytać jak już tu zajrzał :D

_________________
Pozdrawiam Dawid


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 19:53 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): piątek, 22 sierpnia 2014, 20:09
Posty: 209
Wiek: 33
Lokalizacja: Grodzisk Mazowiecki
Miałem się dziś tylko uczyć, ale jakoś zajrzałem na forum i również przeczytałem z ciekawością. W wolnej chwili chętnie przeczytam dalszą część jeśli będziesz chciał się podzielić.

_________________
Pozdrawiam Janek.


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 19:55 
Offline
Moderator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): sobota, 20 marca 2010, 17:47
Posty: 6617
Wiek: 54
Lokalizacja: Józefów (ten koło Błonia)
Ja też przeczytałem i czuję lekki niedosyt. Stefan jak będziesz miał chwilę to dorzuć ciąg dalszy, jeśli chcesz się tym podzielić przed publikacją książki.

_________________
hejcia :-)
TKS 1/6 , 7TP 1/6


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 20:07 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): piątek, 13 kwietnia 2012, 14:28
Posty: 2532
Wiek: 61
Lokalizacja: Szczytniki
Też proszę dalszą część, najlepiej po jednym rozdziale na dzień.

_________________
Pozdrawiam Jurek


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 20:18 
Nie wstawię całości oczywiście.
Sam już dawno tego nie czytałem, ale po fragmencie z każdego rozdziału wrzucę.
Wstawiam kilka stron Rozdział 2:
"Minąłeś boję ratunkową, migał napis.

Zacząłem przełączać po kolei włączniki nad głową w położenie ON. Siadłem w fotelu, włączyłem pasy, pomyślałem że na blacie zostały talerzyki, trudno pal je licho. Potem się posprząta.

Założyłem hełm. Usłyszałem swój oddech w systemie zamkniętym i cichy głęboki szerokopasmowy szum w słuchawkach.
Wyciągnąłem górną klawiaturę. Włączyłem pasmo bezpieczeństwa, zameldowałem zdarzenie, i namiernik. Natychmiast podał parametry boi, czyli była blisko. Przełączyłem na sterowanie ręczne, przysunąłem dźwignię joysticka i zacząłem hamowanie pilnując granicy utraty przytomności. Po jakimś czasie mogłem zawracać. Będąc w łuku cały czas obserwowałem parametry wskazań namiernika i wyszedłem dokładnie na kurs do boi. Zwalniałem coraz bardziej zgodnie z danymi z ekranu i gdy wyświetliły się same zera zatrzymałem się. Przełączyłem silnik na pracę jałową.

Włączyłem oświetlenie zewnętrzne i kamery. Na ekranie bardzo blisko pokazała się czarna matowa skalista powierzchnia. Zrobiłem panoramiczny przegląd ze wszystkich kamer. Wyraźnie stałem przy jakimś ciele kosmicznym.
Wizualnych sygnałów boi nigdzie nie było widać.

Po kolei zacząłem wykonywać pomiary. Pole grawitacyjne wytwarzane przez to ciało było bardzo niewielkie, gęstość przeciętna, temperatura normalna.

Może boja rozbiła się o tę skałę i gdzieś tam leży?

Zmieniłem wyskalowanie temperatury.
Zaczęła rosnąć gwałtownie po drugim przecinku.

Trzeba lądować.

Napisałem i wysłałem meldunek.

Sprzątnąłem resztki ze śniadania, przebrałem się w skafander.
Znów siadłem w fotelu.

Rozpocząłem zbliżanie do skały.

Wystrzeliłem trzy pilotki. Potwierdziły twarde zakleszczenie. Podłączyłem do nich cumy i powoli zwijałem kabestany,
Poczułem jak mój statek opiera się na wysuniętych odbojach.

Wstałem, wyłączyłem obieg powietrza, wygasiłem światła i wszedłem do śluzy.
Podłączyłem „pępowinę” do skafandra.
Włączyłem wyrównanie i gdy zapaliła się ZGODA odłączyłem „pępowinę”.
Stanąłem tyłem do plecaka na ścianie, wpiąłem uprząż, zaskoczyły zawory.
Zgasło światło i powoli zaczął się otwierać właz zewnętrzny.
Mogłem wyjść w kosmos.

Wypłynąłem głową do przodu, właz zaczął się za mną zamykać, rękami uchwyciłem skałę i po niej przesuwałem się w górę.
Włączyłem na klawiaturze umieszczonej na wierzchu lewego rękawa funkcję poszukiwania.

Dotarłem do wierzchu ściany i wyjrzałem.

Już nie musiałem szukać.

W trójkątne wzgórze na płaskim grzbiecie skały wbity był wrak ogromnego krążownika.

Włączyłem napędy. Podleciałem do kadłuba.

Musiał uderzyć z wielką prędkością bo część poszycia i izolacji uleciała w kosmos. Jego wnętrze było widoczne między pogiętymi wręgami.

Ostrożnie wpłynąłem do środka.

Totalna ruina.
Posuwałem się wzdłuż ścian, na przyłbicy wyświetlało się pięć mrugających zielonych kropek życia.
Rozglądałem się na wszystkie strony, aż dotarłem do kokpitu. Na przechylonych prawie wyrwanych fotelach siedziały dwie osoby w skafandrach. Wcisnąłem nawiązanie bezpośredniego kontaktu i dwie kropki powiększyły się. Przyciągnąłem się do lewego fotela. Odłączyłem wąż łączący siedzącego z fotelem i przyłączyłem go do siebie.

Chej, czy mnie słyszysz?

Coś zamruczał.

Kim jesteś?

Znów wydał tylko cichy dźwięk

Zdjąłem go z fotela, włączyłem napędy i wolno zawróciłem w kierunku najbliższej dziury w kabinie, żeby wylecieć na zewnątrz. Trzymałem go pod sobą i po chwili dolatywałem do mojego pojazdu. Otworzyłem właz, wsunąłem się z nim do środka i podłączyłem go do pępowiny. Już był bezpieczny. Wyruszyłem po drugiego. Tak samo po chwili był już podpięty w śluzie. Wyruszyłem na poszukiwanie pozostałych trzech.
Przywiozłem kolejno dwóch następnych i teraz już musiałem chociaż jednego wprowadzić do kabiny bo mój pojazd był przeznaczony maksymalnie dla pięciu osób. Podpiąłem się do ostatniej wolnej pępowiny i włączyłem dostęp do kabiny. Zewnętrzny właz zamknął się, a po chwili otworzył się wewnętrzny. Wszedłem do wnętrza i wyłączyłem grawitację, żeby nie taszczyć ciężkich bezwładnych ciał w skafandrach. Odłączyłem pierwszego od systemu śluzy i przeleciałem z nim na najbliższą koję. Przymocowałem go, podłączyłem jego skafander do systemu życia i nastawiłem skanowanie.
Wróciłem do śluzy, powtórzyłem całą operację wychodzenia na zewnątrz i poleciałem po ostatniego.
Za pół godziny już wszyscy byli na kojach.

Włączyłem z powrotem normalny tryb na pokładzie i wysłałem meldunek.

Skanowania stanu rozbitków kończyły się kolejno.
Czterech było Ziemianami z jakąś domieszką, coś tam komputer męczył się z genami, jeden nie pochodził z Ziemi.
Wszyscy byli cali i właściwie zdrowi jeśli nie liczyć stłuczeń i bardzo znacznego wyziębienia, a co za tym idzie osłabienia spowodowanego długim okresem przebywania w otwartym kosmosie przy kończących się zapasach życiowych mediów w rozbitym krążowniku.

Teraz byli odżywiani i leczeni przez system. Ciekawe jak długo będą musieli pozostać w skafandrach.

Zamyśliłem się co robić dalej ze swoją podróżą.

Siadłem do konsoli, połączyłem się z Ziemią. Wysłałem ich zeskanowane dane.

Popisałem z operatorem o mojej rozterce. Może poczekaj z decyzją, zaproponował, aż uzyskasz z nimi kontakt.

Posprzątałem kabinę po całej operacji. Przygotowałem i zjadłem obiad.

Potem połączyłem się z Gabrysiem informując go co mi się wydarzyło.

Coś myślę, odpisał, że znowu nie zobaczymy się prędko.

Do wieczora snułem się po kabinie, od czasu do czasu sprawdzałem stan uśpionych leczonych rozbitków. Systematycznie przybywało im punktów.

W końcu położyłem się do snu na prowizorycznym posłaniu między fotelem, a konsolą.

Następnego dnia nadawali się do rozbudzenia.

Po kolei podchodziłem do każdej koi i wyłączałem leczenie.
Ostatniemu odpiąłem pasy. Spuścił nogi, zaczął wstawać. Pomogłem zdjąć mu hełm.
Wyglądał jak chińczyk.

Spojrzał na mnie, coś chciał powiedzieć, ale zrezygnował i zaczął odpinać skafander. Pomogłem mu.
Pod spodem nie miał na sobie zwykłej miękkiej bielizny używanej zwykle pod kombinezon, ale połyskliwy haftowany w zwierzęta strój.

Podniósł z ziemi zsunięty kombinezon i porządnie położył go na koi.

Spojrzał na mnie wciąż bez słowa i podszedł do następnej koi i zaczął odpinać kolegę. Ja zacząłem to robić z następnym i za chwilę wszyscy już byli na nogach.

Zebrali się na końcu kabiny i patrzyli na mnie stojąc blisko siebie. Każdy był innej rasy.

Ten pierwszy chińczyk, drugi smukły murzyn o umięśnionych długich rękach i nogach, następny miał wyraźne rysy indianina z południa, czwarty najniższy z nich drobny, blady albinos, a piąty harmonijnie zbudowany wysoki blondyn o długich miękko układających się włosach. Wyróżniał się od pozostałych wielkim kulistym pierścieniem z białego metalu, który tkwił na jego środkowym palcu prawej ręki.

Wszyscy byli w tradycyjnych strojach jak z reklamowego folderu zespołu pieśni i tańca.

Dzień dobry. Witajcie na moim pokładzie, powiedziałem poważnie bacznie ich obserwując.

Blondyn coś do nich cicho powiedział. Zbliżyli do niego swoje głowy i rozmawiali szeptem. Wyglądało, że o coś się spierają, ale za chwilę ustawili się rzędem i blondyn dźwięcznym głosem skinając lekko głową powiedział coś co wprawiło mnie w osłupienie, ale za chwilę pomyślałem, że chyba uważa mnie za głupka i bajdurzy, żeby zrobić wrażenie. Poczułem, że zaczynam się wkurzać."

Myślałem żeby nie wybierać stron i przypadkowo wstawiać "co się zaznaczy", ale z 2 rozdziału musiałem wybrać sedno opowieści.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 20:47 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): piątek, 15 maja 2015, 09:52
Posty: 31
Wiek: 50
Lokalizacja: Warszawa
Stefan podoba mi się pomysł na historię. Poproszę o więcej.

_________________
Pozdrawiam Piotr


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 20:58 
To "na pałę" wstawię jakiś fragment z 3 rozdziału, a potem przeczytam co weszło.

"Prowadź proszę.

Schodziliśmy już razem coraz niżej, a z dołu coraz głośniej dochodził szum jakby wodospadu i czułem narastającą wilgoć. Niżej wilgoć przeszła w wodny zimny pył, a szum zmienił się w ryk szalejącej wody.

Zeszliśmy na koniec do małego przedsionka całkiem już prawie po ciemku. W otwartych na prawo drzwiach zobaczyłem dwie sylwetki w tumanie wodnego pyłu krzyczące sobie do ucha i wskazujące sobie coś smugami światła z ręcznych reflektorów ledwo przebijającymi się przez wodny pył.

Podszedłem do Stanisława i położyłem mu rękę na ramię. Odwrócił się.

Co się dzieje?, krzyknąłem mu do ucha.

O ! Dzień dobry Książe. Ulewa spowodowała gwałtowny przypływ podziemnej rzeki. Porwała ze sobą jeszcze gdzieś tam na górze jakieś konary, kamienie i to wszystko dostało się w turbinę i zablokowało ją. Muszę tu sprowadzić fachową ekipę i usunąć zator. Mam nadzieję, że nie zostały uszkodzone urządzenia.

Mogę zobaczyć? Wziąłem od niego reflektor i wszedłem do środka. Znalazłem się w ogromnej jaskini na wąskiej półce nad spienioną wodą. Z lewej strony pod wielkim ciśnieniem tryskały łukiem kaskady białej wody przeciskającej się pomiędzy łopatkami wielkiej turbiny i rozbijały się o przeciwległą ścianę. Z turbiny sterczały jakieś grube konary, gałęzie różne śmieci. Poczułem, że Stanisław trzyma mnie za plecy. Asekuruje mnie. Z prawej strony jaskini woda odbita od skały w wielkim wirze znika gdzieś pod skalną ścianą. Wyglądało to bardzo poważnie. Niesamowita siła żywiołu.

Nie będzie to łatwo opanować, odwracając się wykrzyknąłem do ucha Stanisławowi.

Zawróciliśmy i zaczęliśmy wspinać się schodami na górę.

Wyżej gdy zrobiło się bardziej sucho przystanęliśmy i zaczęliśmy strzepywać wodę z okryć.

Połączę się zaraz z miastem przez niezależne łącze i wezwę ekipę, powiedział Stanisław, dłuższy czas bez prądu grozi nam odcięciem od świata.

Weszliśmy na parter. Stanisław otworzył drzwi, z których wcześniej wyszła Marianna i wsuwając głowę do środka zawołał: Mario. Czy jest już coś na gorąco żeby się rozgrzać?

Tak, oczywiście powiedziała Marianna wyłaniając się zza drzwi, a za nią wyszła Lusia i druga panna, która stanęła w drzwiach trzymając je uchylone. Z wnętrza płynęło przyjemne ciepło i jakieś miłe zapachy.

Proszę niech pan idzie się przebrać w suche ubranie, zwróciła się do mnie, Jan przyniesie panu gorące śniadanie, bo gotów się pan przeziębić.

A wy chodźcie do środka ogrzać się i wysuszyć przy kuchni, spojrzała na Stanisława i Michała.

Zanim się wdrapię na swoje dziewiąte piętro dwa razy umrę na grypę i anginę, a może również na zapalenie płuc, przywołałem z pamięci stare niegdyś groźne choroby. Już wolę umierać tu z wami, zażartowałem.

Bardzo proszę, oczywiście, tu jest ciepło i zajmiemy się panem, wskazała Marianna gestem wejście.

Wszedłem do środka ogromnej kuchni. Po środku stał stół z nie malowanego drewna z bardzo grubym blatem na potężnym stelażu, przy nim porozstawiane też nie malowane krzesła.

W prawym rogu pod ogromnym okapem tradycyjna kuchnia na opał z wieloma różnej wielkości fajerkami, z niektórych otwartych wydobywały się języki żywego ognia. Na przeciwległej ścianie pod wiszącymi szafkami i półkami całą szerokość zajmował blat roboczy. Pod nim na pólkach piętrzyły się różne kuchenne sprzęty. Pozostałe ściany zabudowane były szafami, chłodniami, współczesnym sprzętem, obecnie bez prądu pewnie bezużytecznym.

Przy garnkach, rondlach i imbrykach na kuchni krzątali się dwaj kucharze i pomocnik. Stanisław przedstawił mi ich po kolei. W ten sposób poznałem już całą etatową załogę swojego zamku.

Usiedliśmy przy brzegu stołu jak najbliżej promieniującej ciepłem kuchni. Panny przyniosły nam miękkie ręczniki, wytarłem twarz i włosy i zrobiło się już zupełnie miło. Czułem jak ubranie szybko na mnie wysycha.

Rozejrzałem się.

Gdzie jest Jan?, zapytałem Stanisława. Może by poszedł do moich gości i syna i zawiadomił ich o sytuacji, bo może się denerwują?

Tak, rzeczywiście. Jest wprawdzie wcześnie, ale może już nie śpią, odparł Stanisław.

Zuziu, powiedz Janowi żeby zawiadomił gości, polecił jednej z dziewcząt.

Już biegnę, poderwała się za drzwi.

Lusia i trzecia panna podawały kubki, talerzyki i sztućce.

W drzwiach stanął Jan z moim wysuszonym po nocnej ulewie ubraniem i moimi butami w rękach.

Dzień dobry, skłonił się z elegancką wprawą.

Zaniosę panu ubranie do pokoju i obudzę pozostałych panów. Czy mam ich poprosić na dół?, zapytał.

Myślę, że tak będzie najlepiej. Pomieścimy się tu wszyscy, wskazałem szerokim gestem na kuchnię, a w dodatku jest to obecnie jak sądzę najbardziej przytulne miejsce w całym zamku. Wracając przynieś mi Janie mój laptop. Leży na łóżku, dobrze? Tak proszę pana. Już idę. Stanisław poderwał się nagle z krzesła. Muszę przecież wezwać ekipę do elektrowni. Biegnę do centrali. Wypiłem kubek gorącej kawy. Podziękowałem na razie za jedzenie. Dla mnie było za wcześnie. Do kuchni dotarli w między czasie Simo, Zee i Multe. Popijali teraz z kubków rozglądając się ciekawie. Michał tłumaczył im co stało się w elektrowni. Wrócił Jan. Podał mi komputer. Zawiadomiłem wszystkich panów o awarii, poinformował. Ltopik zameldował jedno połączenie. Tak rano?, chyba cos ważnego, pomyślałem. Wyszedłem do wielkiej sali, odsunąłem najbliższe krzesło, położyłem ltopika na stole i włączyłem go. Weszła za mną Lusia i wetknęła w uchwyt na filarze za mną sztuczną pochodnię. Tato, jak tylko się obudzisz połącz się ze mną. To od córki. Nadała dwie godziny temu. To naprawdę cos ważnego jeśli łączy się w nocy. Krysiu, co się stało?, napisałem. Natychmiast odpowiedziała. Widocznie wciąż pracuje. Słuchaj, rano muszę oddać scenariusz reklamy piwa, pracuję nad tym już drugi dzień a nic odkrywczego nie przychodzi mi do głowy. Dwa scenariusze już mi odrzucili. Szkoda dużego kontraktu. Poradź coś, tylko nie z kobietami bo to o piwie, a tobie zawsze wszystko kojarzy się z kobietami.
Uśmiałem się. Dlaczego nie z kobietami? Popatrz. Zacząłem nadawać. Szerokim chodnikiem idzie szybko lawirując między innymi szarymi przechodniami kobieta. Uśmiechnięta. Widać, że uzyskała jakiś sukces. Rozpięty jasny płaszcz, powiewające jasne włosy. Eleganckie pasujące do całości buty. W ręku niesie gruby bukiet może czerwonych róż? Nie niesie. Trzyma je mocno w dłoni w dół na przedłużeniu ramienia i macha nimi naturalnie razem z ręką w rytm kroków. Nagle ociera się o jej ramię idący z przeciwka mężczyzna. Też w szerokim rozwianym jasnym płaszczu, ciemne spodnie, dość długie też blond falujące włosy. Odwracają się na moment do siebie. Ich spojrzenia krzyżują się. Mężczyzna skłania się lekko i odchodzi. Kobieta stoi jeszcze przez moment, odłamuje jedną z róż i ciska w ślad za odchodzącym mężczyzną. Teraz on siedzi przed komputerem, na ekranie jakieś mądre wykresy czy coś takiego. Za klawiaturą stoi butelka, czy puszka tego twojego piwa. Przy jego ręku wysoka ładnie oszroniona szklanka napełniona do odpowiedniej wysokości piwkiem z pianką. Pracuje. Nagle do szklanki wpada jak do wazonu ta odłamana róża. Piwo lekko rozpryskuje się. Zaskoczony mężczyzna spogląda na różę. Podnosi wzrok uśmiecha się. Napisy, marka i.t.d. Tak bym to widział, mimo że z kobietą w tle. Kładź się spać. Jak się wyśpisz na pewno coś wymyślisz. Wyłączyłem ltopa. Wróciłem do kuchni. Zdenerwowany Stanisław tłumaczył, że fachowcy mogą przyjechać dopiero za godzinę, czy dwie bo usuwają już jakieś inne awarie w okolicy. Ulewa i wichura narobiły sporo szkody w okolicy. Stanisławie. Nie przejmuj się tak bardzo, uspokajałem go, w razie czego uruchomię swój pojazd za bramą i podłączymy energię do zamku kablem. Wygląda on archaicznie, ale po ostatnim remoncie ma bardzo mocny współczesny napęd i generator może wytworzyć naprawdę bardzo dużo energii.

No dobrze, ale przedtem zepsuje się cała masa jedzenia w szafach i trzeba jeszcze otworzyć ręcznie bramy, informował Stanisław.

No to jedzmy szybko śniadanie i do roboty.

Marianna poderwała dziewczęta i zaczęły przenosić na stół do dużej sali nakrycia.

Pojawili się pozostali goście Goer i Touren. Krótko poinformowaliśmy ich o sytuacji.

Przeszliśmy do dużej sali i usiedliśmy do stołu. Lusia wetknęła dodatkowe pochodnie.

Marianna wprowadziła dziewczęta z zastawionymi wózkami. Wybrałem tylko jajecznicę ze szczypiorkiem i do tego pieczywo. Jak dla mnie na tak wczesne śniadanie to zupełnie wystarczy. Masło wykonane na miejscu w kuchni - coś wspaniałego.

Dotarł zaspany Grzem. Siadaj i zjadaj śniadanie, przywitałem go, mamy mnóstwo roboty przez tę nocną ulewę.

Wszyscy zjedli szybko i za chwilę wychodziliśmy w kierunku bramy. Stanisław przydźwigał ze sobą wielką korbę z długim trzonkiem, natychmiast mu pomogli. Przeszliśmy przez dziedziniec i otworzyliśmy wewnętrzną bramę na całą szerokość. Dzięki temu w głębokim podcieniu bramy zrobiło się widno. Stanisław podszedł z korbą do prawej ściany przy czerwonej płycie i zaczął naciskać jeden z wielkich głazów w ścianie.

Tu jest przykryta wnęka z kołem i gniazdem na korbę, poinformował, ale nie chce się otworzyć. Dawno nie otwierana stawia opór. Pójdę po narzędzia. Trzeba czymś podważyć kamienną pokrywę.

Położył pod ścianą korbę i odszedł przez dziedziniec.

Multe podszedł do kamiennej płyty za którą miała być ukryta wnęka i położył na niej otwartą dłoń. Zaczął cofać rękę, a kamień jak przylepiony do dłoni wysuwał się z wnęki. Nagle wyszedł na całą grubość. Spadnie mu na nogi!, skoczyłem do przodu, ale Multe nie odrywając dłoni od kamiennej płyty ułożył ją na posadzce zupełnie bez wysiłku.

Schyliłem się do płyty i popchnąłem ją. Udało mi się przesunąć ją minimalnie. Była naprawdę bardzo ciężka. Jak to zrobiłeś?, zapytałem.

Trzeba pokonać ciężar, odpowiedział Multe spokojnie.

W odkrytej wnęce umieszczone było duże zębate koło z nawleczonym na nim łańcuchem, którego oba końce biegły w górę. Na osi koła było gniazdo dla korby i masywny mechanizm zapadkowy. Założyłem korbę, naparłem na nią i nic. Ani drgnęła.

Słuchajcie trzeba razem, pomóżcie mi. Podeszło dwóch, długość trzonka korby umożliwiała jednoczesną pracę trzem osobom. Zaczęliśmy z dużym trudem po kawałku, z przerwami obracać bardzo powoli kołem, ale granitowa płyta nie unosiła się. Po chwili miałem dość. To ogromny wysiłek. Zresztą Simo i Muelte też dyszeli ciężko, ale przy następnym podejściu płyta w końcu uniosła się na kilka milimetrów.

Panowie zmieńcie nas. Trochę to potrwa, ale musimy to otworzyć, zwróciłem się dysząc do pozostałych.

Zee schylił się do dołu płyty i oglądał powstałą szparę. Trzeba jeszcze kawałek podnieść, odwrócił się do nas.

Podszedł do korby, za nim Grzem. Zrobiliśmy im miejsce.

Nadbiegał ze skrzynką z narzędziami Stanisław.

A, włożyliście korbę, zauważył, już wam pomagam. Przyłączył się na trzeciego.

Zrobili kilka podejść i znów uzyskali jakąś część obrotu koła, ale też za chwilę mieli dość.

Płyta uniosła się nad posadzkę nieco ponad centymetr.

Wystarczy, wysapał wyczerpany Zee i usiadł ciężko pod ścianą. Odpocznijmy trochę.

Chciałem ich zmienić przy korbie i spojrzałem na moich partnerów.

Poczekaj, poczekaj. Przerywanym głosem z pod ściany odezwał się Zee. To się już otworzy.

Multe i Simo schyleni nad szparą wtykali w nią palce. Coś rozmawiali siedząc w kucki.

Zee posiedział jeszcze chwilę. No. Może być. Poderwał się i podszedł do Simo i Multe.

Rozstawili się wzdłuż płyty, schylili się. Każdy wsunął swoje dłonie jak najgłębiej pod płytę. Spojrzeli na siebie i zaczęli wstawać. Płyta bez oporu podnosiła się. Założona na kole we wnęce korba zaczęła się kręcić jak szalona, aż w końcu spadła z osi i skacząc po posadce wylądowała pod ścianą naprzeciwko. Dobrze, że nie zawadziła nikogo. Unieśli ręce jak tylko mogli najwyżej, a najwyższy Simo sam docisnął końcówkę nad swoją głowę.

Wystarczy, już da się przejść, powiedział.

Zewnętrzną bramę jest łatwo otworzyć, powiedział Stanisław. Jest na łożyskach, a bez prądu blokada automatu nie trzyma.

Przeszliśmy do ostatniej, zewnętrznej bramy i zaczęliśmy ją popychać. Ustąpiła bez oporu i zaczęła się bez szelestu otwierać.

Stop, stop, zaraz! Bo spadnę z rusztowania.

Usłyszeliśmy głośny krzyk zza ledwo uchylonej bramy.

Chwileczkę. Tylko odstawię rusztowanie.

Usłyszeliśmy przeciąganie konstrukcji po skale.

Już. Proszę już. Odsunąłem, informował głos zza bramy.

Znów popchnęliśmy skrzydła bramy. Przed nią stał młody chudy człowiek z rozwichrzoną czupryną oparty o przenośne rusztowanie z zamontowanym na wierzchu blatem.

To pan, panie Himbach. Miał pan być w zeszłym tygodniu. Pewnie na cmentarzu przy nagrobkach miał pan pilniejsze zlecenia niż tutaj, odezwał się Stanisław.

Pan, panie Stanisławie to wszystko musi wiedzieć, odparł.

Ludzie umierają, to natychmiast potrzebują napisu na nagrobku, żeby nie było wątpliwości kto tam leży. Nasz Książe żyje i cieszy się dobrym zdrowiem i jeszcze długo będzie się nim cieszył, tu pochylił się w moim kierunku głębokim teatralnym ukłonem, więc herb nad bramą mógł poczekać. Zresztą dzisiaj do wieczora będzie gotowy.

Odwróciłem się w kierunku bramy i spojrzałem w górę. Na pustej tarczy herbowej naniesiona była jakimś mazakiem czy kredką siatka. Na niej wykreślony był zarys mojego herbu i jakieś ozdobniki. Część kamienia została już napoczęta.

No dobrze, udobruchał się Stanisław. Proszę dać znać gdy pan skończy. Obejrzymy i jeśli będzie wszystko jak należy wyślę panu wynagrodzenie. Jeśli tylko elektrownia uruchomi nam prąd, bo inaczej na przelew będzie pan musiał poczekać.

Elektrownia?, zapytał kamieniarz. Właśnie lądują, pokazał ręką.

Z dołu wolno, ostrożnie podlatywał wóz techniczny z przyczepą.

Stanisław podbiegł do przodu i rękami zaczął kierować ich na lądowisko. Włączyli na moment migające światła, że widzą i po chwili wylądowali między pojazdem Grzema, a moim.

Witaj Stanisławie. Wysypało się z wozu czterech krępych fachowców w służbowych czapkach. Co się dzieje?

Gałęzie i śmiecie zablokowały turbinę, od nocy nie mamy prądu. Wszystko w spiżarni się popsuje, i wszędzie ciemno.

Zaraz zaradzimy, z pewnością w głosie rzucił główny majster.

Pootwierali wszystkie drzwi naokoło swojego wozu technicznego, wzięli skrzynki z narzędziami, przyrządy i skierowali się do bramy.

Stanisław poszedł z nimi.

Obszedłem wokół swojego pojazdu. Nie było widać na nim żadnych skutków ulewy i wichury.

Grzem poszedł skontrolować swój wehikuł, a z nim Simo, Muelte i Touen. Widziałem, że wypytują go o jakieś dane, a on odpowiada i demonstruje jakieś szczegóły.

Popatrzyłem jeszcze chwilę na pracę kamieniarza, który dosunął już z powrotem swoje rusztowanie między otwarte podwoje bramy i dziarsko kuł w kamienną tarczę akumulatorowym sprzętem.

Skierowałem się do wnętrza bramy. Zaraz! Zatrzymałem się nagle. Przypomniałem sobie o ochronie.

Wróciłem do swego pojazdu, z koszuli wyjąłem identyfikator i otworzyłem właz.

Siadłem do konsoli, włączyłem rozruch systemów i założyłem słuchawki. Gdy ekran zameldował gotowość i zapytał co ma dalej robić wyłączyłem tryb automatyczny i ręcznie ustawiłem połączenie na częstotliwości używanej z rycerzami ziemi. Wpisałem swój kod i wywołałem ich. Zgłosiła się centrala w stolicy. Wymieniliśmy powitania i podali mi numer zadania. Ja byłem tym zadaniem. Przełączyli mnie na kolesi zajmujących stanowisko pod zamkiem.

Zgłosił się natychmiast dyżurny, złożył meldunek o objęciu służby ochrony i podał zgodnie z procedurą wszystkie numery służbowe funkcjonariuszy. Prawie wszystkich znałem. Ponieważ ochrona nigdy nie jest informowana o celu swojego zadania i wyrusza do „numeru” zrobiłem im lekki żart i w zamian podałem im swój, z zaznaczeniem, że były numer służbowy. Po chwili ciszy usłyszałem znajomy niepewny głos: czy to ty Sztym?

Pewnie, że ja. Witajcie.

Przecież jesteś na emeryturze, a tu jakieś zadania.

Tak wyszło, że coś mi przerwało emeryturę.

Jakie macie wyznaczone zadania?

Mieliśmy czekać na zgłoszenie się numeru i chronić jego i jego gości do czasu aż dotrą do prezydenta.

Podlećcie tu do mnie na górę. Musimy uzgodnić jutrzejszy dzień. Dojechać, ani dojść tu się nie da.
Rozłączam się.
Powyłączałem systemy i gdy czekałem na koniec testów usłyszałem stukanie w otwartą klapę włazu.

Tatku, czy coś nie w porządku z twoim pojazdem? Coś ci pomóc?

Nie. Wszystko w porządku, już wychodzę.

Czekali na mnie przed trapem. Zamknąłem właz i gdy potwierdził dźwiękiem schowałem do kieszeni identyfikator.

Zaraz tu będzie nasza ochrona.

Podszedłem na skraj urwiska i rozglądałem się czy nie nadlatują, ale nad głową usłyszałem charakterystyczny wytłumiony szum napędów. Zniżał się z dużej wysokości imponujący wóz bojowy z otwartą rampą. Zawisł nad placem, z otworu nad rampą wypadły zrzucone liny i dwóch rycerzy zaczęło zjeżdżać po nich w dół. Jednocześnie opadli na ziemię, jednocześnie podnieśli przyłbice. Dwie uśmiechnięte stare znajome gęby.

Przywitałem się z nimi serdecznie.

To są moi goście, a to mój syn.

Witali się po kolei, przedstawiając się z imienia, a rycerze numerami.

Grzem, możecie wejść do środka. Może już fachowcy z elektrowni naprawili prąd, a ja omówię z panami jutrzejszą podróż i też zaraz przyjdę.

Dobrze. Odpowiedział syn i zabrał ze sobą gości.

Mamy tu trochę kłopot z prądem, zwróciłem się do rycerzy. To przez tę nocną ulewę.

Nam też się dała we znaki. Przylecieliśmy już wczoraj i w nocy spać się nie dało po służbie tak bębniło o pancerz mimo dobrej izolacji.

Widziałem was z góry z wieży.

Słuchajcie. U prezydenta mam być jutro o jedenastej. Musimy stąd wylecieć o siódmej, najpóźniej o siódmej trzydzieści. Polecimy pojazdem syna. On może wlecieć do miasta. Ja swoim musiał bym lądować na lotnisku, a tam musielibyśmy się przesiąść do innych pojazdów. Najlepiej będzie polecieć bezpośrednio do pałacu prezydenta. Musicie uzgodnić korytarz do przelotu.

Załatwimy z centralą, oni uzgodnią, będzie szybciej, powiedział Slim. Masz tutaj łączność z nami, podał mi aparat.

Jakby co to łącz się, a reszta jak zawsze zgodnie z procedurą. Cześć.

Popatrzyli na pracującego na rusztowaniu artystę, zaczęli sprawdzać jego odrapany, zdezelowany wóz.

Co tam panowie, z rusztowania zaprotestował kamieniarz.

Nic, nic. Wszystko w porządku. My z obowiązku, pokazali mu do góry swoje metalowe numery. My robimy swoje, a pan niech robi swoje. Nie przeszkadzamy.

Potem tak samo sprawdzili wóz techniczny elektryków, podpięli się do lin, połączyli się ze swoimi, a ci zaczęli ich wciągać. Pomachali mi jeszcze z góry i odlecieli.

Przystanąłem pod rusztowaniem. Kamieniarz szybko pracował. Prawie już kończył.

Jak tak dalej pójdzie to niedługo pan skończy, zagadnąłem artystę.

Nie tak bardzo. Teraz się zacznie najgorsza robota. Muszę teraz wszystko wyszlifować, potem nanieść na klej złotą folię, emalię w różnych kolorach na zdobienia. Wcale skomplikowany ten pana herb, pokazał mi z góry kolorowe zdjęcie według którego wykonywał oryginał.
Do wieczora skończę.

Do widzenia panu, powiedziałem i wszedłem do bramy.

Z drugiej strony dziedzińca Grzem rozmawiał z Goerem siedząc na ławeczce przy wejściu do zamku, a pozostali bawili się w zapasy. Z daleka wyglądało to na zmagania chłopców, ale gdy podszedłem bliżej widziałem, że był to raczej poważny trening. Stanąłem. Byli naprawdę sprawni i dobrze wyszkoleni. Żaden nie mógł tylko poradzić sobie z Simo. Ten był od pozostałych dużo wyższy i silniejszy. W zasadzie opędzał się od kolejnego przeciwnika swoimi długimi rękami tak, że nie mogli go dobrze uchwycić, poczym chwytał błyskawicznie za rękę czy nogę napastnika i robił nim młynek w powietrzu.

Przypomniały mi się moje niegdysiejsze codzienne treningi. Stare dzieje.

Potrenowali jeszcze trochę i rozeszli się po dziedzińcu.

Usiadłem na ławce obok syna, z drugiej strony usiadł posapujący Simo.

No i co z prądem, zapytałem.

Nie wiem, powiedział Grzem. Z elektrykami poszedł na dół Stanisław, a my korzystamy tu z dobrej pogody.

Widziałem właśnie. Chłopaki trenują.

Wiesz, Grzem zwrócił się do Simo. Mój tata był kiedyś sportowcem. Reprezentował przez wiele lat Ziemię i miał wiele osiągnięć. Kilka razy na igrzyskach był mistrzem drużynowo i indywidualnie. Ma w domu całą ścianę z trofeami.

Tak?, zainteresował się Simo. Uprawiał pan zapasy?

Zapasy i inne formy walki później, ale sportowo uprawiałem szermierkę na białą broń. Obecnie tylko obiecuję sobie, że od czasu do czasu potrenuję dla zdrowia i podtrzymania kondycji, ale jakoś nie mogę się zmusić. Może skorzystam z okazji i trochę się rozruszam z wami jak będzie czas. Zresztą Grzem też kiedyś był szermierzem.

Zee jest dobry w szermierce, powiedział Simo.

Chętnie rozruszam się z wami we wszystkich konkurencjach

Zza drzwi wyszli przemoczeni fachowcy ze Stanisławem.

Tutaj musimy podciągnąć agregat bo od skrzynki przy bramie jest za cienki przewód. Stąd puścimy dopiero gruby kabel na dół i podłączymy do rozdzielni, pokazywali administratorowi.
Elektrycy poszli w kierunku bramy, a Stanisław zbliżył się do nas.

Podłączą na razie prowizoryczny agregat. Pod szalejącą wodą nie są w stanie nic zrobić z turbiną. Muszą skierować rzekę tam w dolinie do starego koryta i dopiero wtedy gdy podziemna rzeka przestanie płynąć, wrócą do naprawy turbiny. To poważna inwestycja. Potrzebny ciężki sprzęt i wielu ludzi do pracy. Może to potrwać wiele dni. Agregat zapewni tylko prąd dla kuchni i bardzo oszczędnie na część oświetlenia. Nie da się uruchomić windy, łączności, telewizji.

Jaką rzekę trzeba zatrzymać?, zapytał Goer.

Pod zamkiem jest elektrownia napędzana podziemną rzeką, wyjaśniłem mu. Ulewa spowodowała taki przybór wody, że różne śmiecie zablokowały turbinę, a napór wody wszystko zakleszcza i nie pozwala nic zrobić.

Multe zatrzyma rzekę, powiedział Goer i wstał.

Chciałem mu wyjaśnić, że widziałem jak to wygląda na dole i że nie można zatamować rzeki, ale już odszedł w kierunku spacerujących po dziedzińcu kolegów i wołał Multe.

Chwilę z nim rozmawiał i ruszyli w naszym kierunku.

Prowadźcie na dół do rzeki, poprosił.

Za chwilę, powiedział Stanisław. Elektrycy podtaczali właśnie agregat. Ustawili go z boku drzwi, spod klapy wydobyli bęben z grubym kablem. Zaczęli go rozwijać.

Panowie, zwrócił się do elektryków Goer, jak zatrzymamy wodę to będziecie mogli dokonać naprawy?

Przemoczony, parujący z wysiłku po pchaniu agregatu szef elektryków odwrócił się gwałtownie.

Człowieku, tam wejść nie można. Ta woda zabije każdego kto się zbliży do turbiny. Zejdź z nami to sam zobaczysz.

Wziął koniec grubego kabla z wtyczką i poirytowany ruszył do wnętrza. Za nim wszedł drugi podtrzymując rozwijany przewód, a my za nimi. Dwóch elektryków zostało do rozwijania kabla z bębna.

Ciągnęli kabel przez wielką salę do drzwi na zaplecze. Stanisław podbiegł do przodu, wyprzedził ich i podparł otwarte drzwi krzesłem, aby swobodnie mogli przejść z kablem na korytarz.

Otworzył następnie drzwi prowadzące do schodów biegnących na dół do elektrowni. Te nie zamykały się same, nie musiał ich blokować.

Główny majster z końcówką kabla zaczął schodzić po schodach, a my wszyscy pomału za nim.

Im niżej schodziliśmy tym bardziej wzmagał się szum szalejącej wody i powiększała się wilgoć. Za chwilę weszliśmy już w wodny pył, który tak zmoczył mnie rano.

Majster dotarł wreszcie na sam dół do przedsionka elektrowni, rzucił kabel na posadzkę i sapiąc odwrócił się do nas.

Zobacz człowieku co tu się dzieje. Wciągniemy kabel przez właz do góry do maszynowni, podłączymy go do skrzynki i to wszystko co da się na razie zrobić.

Goer wszedł za drzwi spojrzał szybko w lewo i w prawo i wycofał się.

No tak, jest niezły zator, zwrócił się do Multe.

Mały Multe przeszedł między nami, stanął na chwilę w drzwiach, spojrzał do wnętrza i zniknął w wodnym pyle. Natychmiast ryk strumieni wody przeciskających się między łopatkami turbiny ucichł, zmienił się w cichnący szmer płynącej wody, a za chwilę zrobiło się zupełnie cicho. Rozpylone kropelki wody szybko opadły.

Zaskoczony przesunąłem się do przodu i zajrzałem do wnętrza. Woda nie tryskała już z turbiny na przeciwległą ścianę.

Wszedłem głębiej.

Sfalowana rano, wzburzona do białości woda, wdzierająca się na skalną półkę i próbująca mnie z niej zmyć opadała teraz w oczach i znikała wciskając się pod skalną ścianę z prawej strony. Tam był dalszy bieg podziemnej rzeki. Za chwilę odkryło się głęboko w dole skalne dno, spłynęły ostatnie strużki wody i pozostały już tylko pojedyncze spokojne oczka w zagłębieniach dna jaskini.
Na mokrym dnie jakieś białe skorupiaki, półprzezroczyste niewielkie gady i inni mali mieszkańcy, których nie można było się "


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 22:36 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
Pierwsze co mi przyszło do głowy to "Funky Koval" 30 lat później .....
"Chłopaku", masz talent do fantastyczno sensacyjnych wątków ;)
Nie wiem skąd to się bierze ale moja żona też mi wciąż powtarza, "chłopie, ty powinieneś pisać ksiązki" więc uważaj Janusz, będziesz miał konkurencję ;););)
A opowiadanko .... interesujące.

Muszę cię ponadto ostrzec, życie literata to ciążka praca a ja tu słyszałem o odpoczywaniu na emeryturze ;);)
Mam kolegę pisarza, choć on bardziej fabularyzowane dokumenty pisze, nie beletrystykę. Wydać coś .... nie jest łatwo, szczególnie gdy zaczynasz i jeszcze ludzie o tobie nie słyszeli :)
Może powinieneś wysłać to do jakiegoś periodyku typu "Fantastyka" ?
Z pewnością wszyscy forumowicze będą cię wspierali ... ja będę :) Trzymanie tego w szufladzie .... raczej nie pomoże więc odwagi i pokaż to światu.

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 23:16 
Mój Syn, dziennikarz, gdy mu kiedyś dałem poczytać stwierdził, że powinienem pisać scenariusze bo tylko z tego jest obecnie chleb. :D
Zacząłem wtedy oglądać seriale i stwierdziłem, że już wszystkie bzdury są wymyślone.
Myślę, że już ten co wymyślił koło i przymocował cztery do deski i wypchnął to na drogę zobaczył, że takie same już suną po niej. :mrgreen:


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 23:37 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
I tu masz niestety rację :)
Chociaż popatrz, niby jak napisałes już wszystko wymyslono, skąd więc co chwilę pojawiają sie nowe ?
No dobrze, może nie nowe ale zmiksowane, te co już były plus coś nowego. Za chwilę te zmiksowane zostają zmiksowane i dodane coś nowego. Jest kilka tematów które panowie scenografowie - tak się oni nazywaja ? - podłączają jakimś wątkiem do czegoś sprzed lat i lecą dalej. Wieki temu pojawił się "Predator", "Obcy" potem pojawił się "Obcy vs Predator" potem "Prometheus" i wszystkie się ze sobą w jakiś magiczny sposób powiązały .... tak można w nieskończoność :)
A propo's bzdur ... to co można obecnieczytać lub oglądać to faktycznie .... bzdury w dodatku przez DUUUUŻE "Be".
...
Dlatego po przeczytaniu pierwszych wersów, skojarzyło mi sie z kapitalną produkcją Rodka, Parowskiego i Polcha "Funky Koval".
Przyznacie, że to jeden z najlepszych polskich komiksów jaki kiedykolwiek powstały w Naszym kraju ?!
Scenariusz, rysunki poprostu klasa sama w sobie. Od pewnego czasu krążą nawet pogłoski, że amerykanie chcieli to zekranizować.
Nawet gdyby zrobili z tego animowankę, sądzę, że była by to świetna rzecz.
Ale odbiegłem nieco od tematu. Może załóżmy osobny dział na tę okoliczność ODLOTY ... LITERACKIE ?
FORUM MODELARSKO-LITERACKIE ;):):) (LITERARSKIE albo MODERACKIE)

bredzę ... czas spać :)

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Ostatnio edytowano poniedziałek, 25 maja 2015, 23:39 przez RobUk, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 23:39 
Coś się pokitrało z kopiowaniem, a może moim przewijaniem stron.
Tamto chyba było z 4 rozdziału, to teraz wstawię przypadkowo skopiowany fragment z 3.

"Pieszo tu się nie dostaniecie, poinformował, po prostu nie ma takiej możliwości. Poczekajcie, aż przejdą chmury.

Tak szybko nie przejdą, odpowiedziałem, widziałem je z góry. Pewnie dzisiaj nam się to nie uda, ale to nic zanocujemy w pojeździe.

Wyjdę teraz rozprostować kości.

Do zobaczenia, rozłączyłem się z synem.

Wyszedłem na zewnątrz. Wiał bardzo przyjemny chłodny wiaterek niosący ze sobą zapach Ziemi.
Wspaniałe prawdziwe powietrze, a nie przetwarzana w obiegu zamkniętym mieszanka oddechowa pojazdu.
Moi goście, którzy wysiedli zaraz po otwarciu włazu rozeszli się w różnych kierunkach. Podnosili z ziemi jakieś kamyki, oglądali je i ostrożnie odkładali z powrotem tak jakby nie chcieli ich uszkodzić. Delikatnie dotykali i głaskali nieliczne tu rośliny, głęboko wchłaniali ziemskie czyste powietrze.

Porozciągałem kości i mięśnie i zacząłem myśleć o przygotowaniu posiłku.

Stopniowo po kolei schodzili się z powrotem.

Słuchajcie panowie. Widzieliście, że pokrywa chmur nad skałą jest taka, że raczej nie mamy szansy dzisiaj wylądować na górze, a nie ma na górę żadnej ścieżki. Trzeba będzie rozłożyć tu biwak do jutra.

Lądowisko jest na górze?, zapytał Simo.

Tak, przed bramą, odpowiedziałem.

Czy jak rozwieją się chmury będziesz mógł natychmiast startować?, dopytywał się Simo.

Natychmiast jak tylko będzie czyste niebo.

Simo lekko skinął głową. Odszedł dwa kroki w kierunku skały, wyprostował się.

Spoglądałem za nim zdziwiony.

Wciągnął głęboko powietrze, jego czarne muskularne plecy stały się jeszcze szersze.
Spojrzał na szczyt skały tonący w chmurach i zaczął coś mówić w niezrozumiałym języku. Mówił coraz głośniej i głośniej, zaklinał i nagle wyrzucił w górę swoje długie ręce.

Spojrzałem za nimi i zobaczyłem jak gęste ciężko przepływające chmurzyska zaczynają falować przy zetknięciu się ze skałą jak gdyby dostały podmuch nowego wiatru. Falowały coraz bardziej, ale tylko przy skale, zaczęły się burzyć, zawijać do góry, strzępić i rozchodzić na zewnątrz od skały. Cień zalegający na skale zaczął podnosić się coraz wyżej i wyżej, aż ukazało się w pełnym słońcu stojące na szczycie zamczysko w kręgu bezkresnego błękitnego nieba. Z pod stóp wzgórza zadzierając głowę widziałem go jeszcze większym niż na zdjęciu. Rozwiewane przy skale chmury zwijały się coraz ciaśniej w gruby, ciemny wieniec, który płynące chmury omijały jak rzeka głaz wyrastający pośrodku nurtu.

Goer, jak on to zrobił?

To jest stara wiedza jego plemienia, odpowiedział, możemy lecieć na szczyt.

Skierowaliśmy się wszyscy do wnętrza pojazdu.
Zamknąłem właz, wystartowałem natychmiast prawie pionowo w górę i gdy minąłem grań wyrównałem i wolno tuż nad ziemią podpłynąłem do bramy. Usiadłem.

Ufff. Odetchnąłem.

No to wysiadamy, panowie.

Otworzyłem właz, włączyłem testowanie systemów, wyjąłem z gniazda w konsoli ltopika i wcisnąłem połączenie do syna. Podszedłem do szafki i wyjąłem torby. Wrzuciłem do nich ubrania z pojemnika, pozostałe wcześniej wypakowane przedmioty z półek i zamknąłem szafkę. W ltopiku odezwał się syn.

Tak tatku?

Już podchodzę wrzasnąłem, aby mnie usłyszał.

Wróciłem z torbami do konsoli, postawiłem je na fotelu i wziąłem do ręki ltopik.

Grzem, wylądowaliśmy pod bramą.

Ooo! Super już do was idę.

Komputer kończył testowanie. Włożyłem ltopika do torby, zamknąłem ją, rozejrzałem się po pokładzie. Większość kontrolek wygasła, goście byli już na zewnątrz. Ekran zmienił barwę na ciemniejszą, szybciej żółwiu ponaglałem go, wreszcie zapytał: zapisać ustawienia? „Tak”, „nie”. potwierdziłem na tak.
Wyjąłem z konsoli identyfikator, włożyłem go do kieszeni koszuli i wyszedłem na zewnątrz. Właz zamknął się za mną i potwierdził to dźwiękiem.

Przede mną była zielonkawa szeroka kuta czy może odlewana brama z wypukłymi geometrycznymi ozdobami bez żadnych uchwytów, szczelnie obsadzona w ścianie z ledwo gładzonych, ale doskonale dopasowanych kamiennych złomów różnej wielkości. Wiodłem wzrokiem od jej dołu do góry. Nad bramą wysuwał się rzeźbiony gzyms, wykonany z jednej kamiennej belki, łukowo ukształtowany od góry. Po środku gzymsu znajdowała się wystająca z niego na dół i do góry wielka pusta wypukła tarcza herbowa z książęcymi koronami na górze. Nad gzymsem dalej, aż gdzieś tam w górę biegła goła kamienna ściana.
Zobaczyłem podnosząc głowę coraz wyżej jak rozwleka się szarpany wiatrem wieniec Simo nad dachami zamku i scala się z przepływającą warstwą chmur. Szybko zamykało się błękitne okno w niebo. Zaczynała nas otaczać mgła.

Moi pasażerowie stali w grupie po drugiej stronie bramy. Oglądali ziemski pojazd syna, który stał zaparkowany na brzegu placu przy samym urwisku. Był standardowej wielkości, dopuszczony do poruszania się w miastach. Nie nadawał się do lotów w daleki kosmos. Współczesny, błyszczący dobrej klasy i marki. Wyraźnie robił na nich wrażenie.

Ruszyłem do nich, ale nagle szybko i bezszelestnie zaczęły się otwierać podwoje bramy. Odsunąłem się machinalnie choć nie mogły mnie sięgnąć. Zobaczyłem, że były z płyt grubych na jakieś pół metra. Rozwarły się całkowicie, i odsłoniły zupełnie gładką polerowaną płytę z czerwonego granitu wyglądającą jakoś nie realnie wewnątrz tej ściany z ledwo obrobionych głazów za starą pokrytą patyną bramą. Płyta zaczęła się powoli wsuwać w górę.
Zobaczyłem jak za nią w głębi głębokiej ciemnej sieni otwierała się połowa kolejnej bramy z grubych drewnianych bali poczerniałych starością. Siłował się z nią uśmiechnięty Grzem.

Cześć synek, witaj.

Szybko wszedłem w podcień i pomogłem mu popychać podwoje. Wystarczy.

Uściskaliśmy się.

Odwróciłem się. A gdzie oni?

Chodź.

Wyszedłem przed wrota, Grzem za mną.

Cała piątka podchodziła do wejścia.

Chodźcie, chodźcie. Poznajcie się, to mój syn Grzem, wskazałem gestem wyraźnie zdziwionego ich wyglądem syna, a to moi goście.

Witali się kolejno uściskiem ręki, wymieniając imiona i bacznie przyglądając się sobie.

Grzem, czy tu jest dobre miejsce do parkowania?

Tak oczywiście, odpowiedział. Chodźcie do środka tam tak nie wieje i wskazał ręką bramę.

Weszliśmy w podcień.

Jednak udało się wam wlecieć na górę ? zapytał.

Simo rozpędził chmury nad szczytem i wskoczyliśmy w dziurę. Już myślałem, że będziemy nocować na dole.

Usłyszałem że mówię to tak jakbym informował, że Simo przesunął krzesło.

Za bramą ukazał się ogromny wybrukowany dziedziniec. Rozejrzałem się. Ze wszystkich stron do wysokości trzech pięter jednolita kamienna ściana taka jak z zewnątrz. Wyżej drewniane galerie z balustradami zakotwiczone w skale, a z nich wąskie okna i drzwi do wewnątrz. Każda galeria połączona z górną schodami po środku każdej z trzech ścian. Sześć pięter wzwyż. Z zadartą głową zobaczyłem sine chmury przepływające wysoko w małym kwadracie nieba. Na dziedzińcu było szaro i ponuro.

Grzem podszedł do drzwiczek umieszczonych we wnęce po lewej stronie wejścia w podcień bramy, otworzył je i przekręcił włącznik. Nad naszymi głowami zapaliły się setki lamp i reflektorów umocowanych wysoko na ścianach i pod galeriami. Zrobiło się bardzo widno. Wydobyły się cienie, kamienne ściany połyskiwały złociście odbitym światłem. Zazieleniły się wspinające gdzieś tam w górę po nich bluszcze.

Pomogliśmy mu domknąć odrzwia wewnętrznej bramy.

Chodźcie do środka, zaprosił syn wskazując przeciwległy kierunek.

Poszliśmy za nim środkiem dziedzińca, a echo odbijało nasze kroki ze wszystkich stron. Doszliśmy do bardzo szerokich, wieloskrzydłowych okutych żółtym metalem drzwi zagłębionych w ścianie między potężnymi filarami, na których opierała się gruba belka wykonane z bloków takiego samego wygładzonego czerwonego granitu jak podnoszona płyta w zewnętrznej bramie. Nad belką wysuwał się kamienny balkon oparty na skośnych kamiennych zastrzałach obsadzonych w ścianie nad belką.

Syn zapukał rzeźbioną kołatką i dwa środkowe skrzydła drzwi natychmiast otworzyły się na całą szerokość. Wszedłem pierwszy. Ukazała się przede mną ta ogromna sala, którą już widziałem na zdjęciu przysłanym mi przez syna na pokład. Kilka kroków za progiem stali mężczyzna w barwnej szacie i kobieta w długiej do pół łydki ciemnej sukni z białym koronkowym nakładanym kołnierzem.

To twój administrator Stanisław z żoną Marianną, przedstawił mi syn witające nas osoby, a to mój tata.

Stanisław skłonił się w oficjalnym powitaniu, a Marianna dygnęła.

Podszedłem w ich kierunku oddając ukłon.

To są moi goście, odwróciłem się w kierunku przybyszów, nie mieszkają na Ziemi, przedstawiłem kolejno każdego z imienia.

Stanisław i Marianna tak jak mnie przywitali każdego.

Gdzieś z boku podeszło dwóch mężczyzn w ciemnych liberiach bez zdobień. Jeden mocno zbudowany w średnim wieku, drugi szczupły znacznie starszy.

Skłonili się i jeden z nich wziął ode mnie bagaż.

To lokaje Jan i Michał, przedstawił obu Stanisław, są do panów dyspozycji.
W zamku są jeszcze trzy pomocne dziewczęta i obsługa kuchni, dodał.

Michał wziął torby od Zee i obaj lokaje odeszli.

Proszę za mną, zaprosił Stanisław i poprowadził prawą stroną stołu w głąb sali za filary do narożnika. Wcisnął guzik przy gładkich błyszczących drzwiach i otworzyła się winda. Weszliśmy do środka. Drzwi zamknęły się, Stanisław wcisnął najwyższy guzik. Kolejno wyświetlały się mijane kondygnacje, winda zatrzymała się gdy wyświetliła się dziewiątka. Wyszliśmy na skąpo oświetlony korytarz biegnący od windy w lewo i na wprost.

Proszę tędy, powiedział Stanisław i wprowadził nas w korytarz na wprost.

Na lewo mijaliśmy nieliczne rzeźbione drzwi, po prawej stronie korytarza widać było tylko jedne bardzo wysokie w stosunku do swojej szerokości wejście. Z obu stron drzwi stały wyrzeźbione muskularne Atlasy, a na ich ramionach spoczywała ogromna kamienna kula ziemska od połowy wystająca ze ściany.

Zatrzymał się przed nimi i otworzył wielką mosiężną klamką prawe skrzydło. Usunął się na bok.

Proszę Książe Sztym, to pana komnaty. Zaprowadzę teraz pana gości do ich apartamentów. Za pół godziny żona zaprasza panów na obiad. Proszę zjechać na dół.

Grzem! Wejdziesz ze mną? Pożegnałem wzrokiem i ukłonem pozostałych.

Weszliśmy do wnętrza. Ogromny salon wysłany dywanami. Na przeciwległej ścianie wielki marmurowy kominek ze świeżo rozpalonym ogniem napoczynającym grube kłody. Po obu stronach kominka po trzy wąskie gotyckie okna zaczynające się nisko prawie od posadzki.
Pod ścianami rzeźbione szafy, kredens, komody. W obu bocznych ścianach po dwoje drzwi, z których jedne z lewej strony były otwarte. Między drzwiami wisiały w pięknych ramach rozmaitej wielkości obrazy. Nad głową w poprzek sali przebiegały grube dość spękane dębowe belki, wysoko nad nimi widać było kunsztowną drewnianą konstrukcję dachu opadającego stromo od strony drzwi do belek nad kominkiem.
Dyskretnie gdzieś tam w górze oświetlone kratowe konstrukcje tworzyły wspaniały klimat pomieszczenia.

Będę musiał cię prosić o pomoc dla moich gości, zwróciłem się do syna, dlatego prosiłem cię żebyś nie wyjeżdżał. Porozmawiamy wieczorem po obiedzie i wtedy dasz mi odpowiedź. Teraz muszę się przebrać do obiadu. Który jest twój pokój?

Dokładnie piętro niżej pod twoim. Idę się też przygotować. Cześć.

Z za otwartych drzwi wyszedł Jan. Skłonił się lekko. Rozpakowałem pana garderobę. Proszę za mną.

Weszliśmy do sypialni. Po środku wielkie łoże z klasycznym baldachimem. Ściany do samego sufitu wyłożone ciemnym drewnem. W przeciwieństwie do poprzedniej sali zamontowano tu kasetonowy ciemny tak jak ściany matowo lakierowany sufit co stwarzało przytulny, ciepły klimat.

Tu jest pana garderoba, wprowadził mnie przez drzwi do pokoju na lewo, otwierał szafy w ścianach, pokazując mi gdzie co umieścił. Pojedyncze sztuki mojej podróżnej garderoby dość żałośnie wyglądały w ich przepastnych wnętrzach.

Na krześle przygotowałem ubranie na teraz.

Zawrócił do sypialni otworzył drzwi za łóżkiem. Łazienka, pokazał włączając światło.

Czy będę teraz panu jeszcze do czegoś potrzebny?

Nie dziękuję. Umyję się szybko, odpowiedziałem spoglądając z niepokojem na zegarek.

Nad stolikiem i łóżkiem jest przycisk. Proszę tylko nacisnąć gdy będę panu potrzebny. Następny jest nad kanapą w salonie.

Rozebrałem się pośpiesznie, wszedłem do łazienki, ogoliłem się, wziąłem błyskawiczny prysznic.

Szkoda, że nie ustaliłem obiadu za godzinę, pomyślałem.

Założyłem ubranie na jeszcze parujące ciało, poprawiłem włosy, pogasiłem światła i wyszedłem na korytarz do windy. Przyjechała za chwilę. Nie pamiętałem który poziom wyświetlał się w windzie gdy wsiadaliśmy do niej na dole, więc wcisnąłem zero umieszczone przy piątym przycisku od dołu. Ruszyła w dół i zaraz zaczęła hamować piętro niżej. Wsiedli moi goście i syn. Podróżnicy nie byli już w swoich poprzednich groteskowych strojach, ale każdy miał na sobie długą luźną miękką, ciemną szatę do kostek. Wyglądali dostojnie.

Zjechaliśmy na szczęście na dobry poziom do wielkiej dolnej sali.

Część stołu od strony kominka była nakryta grubym białym obrusem. Przed szczytowym krzesłem i trzech kolejno po każdej stronie stołu ustawiona była zastawa.

Wyszedłem z windy, podszedłem do swojego krzesła poprosiłem, żeby siadali. Grzemowi wskazałem pierwsze krzesło po mojej prawej stronie.

Gdy wsuwaliśmy się już na krzesłach z drzwi na prawo weszli Stanisław i Marianna, a za nimi trzy dziewczyny pchające wózeczki z ustawionymi napełnionymi przystawkami półmiskami. Administrator z żoną stanęli z boku, przepuścili panny do przodu. Podeszły do mnie i każda kolejno podnosiła półmiski z jej wózka do wysokości moich oczu. Za każdą potrawą kiwałem z aprobatą głową, a one nakładały mi na talerz. Potem przesuwały się do następnych powtarzając te czynności. Gdy wszyscy mieli już nałożone na talerze dziewczyny wyjechały z wózkami z sali.

Spojrzałem na swoich gości. Byli zwróceni do mnie. Rozpocząłem modlitwę.
Zrobili to samo, a pod ścianą przyłączyli się Marianna i Stanisław.

Gdy skończyliśmy wszedł Jan popychając barek na kółkach i po kolei nalewał nam wybrane napoje do kieliszków i szklanek.

Po chwili jedliśmy już świeżutkie naturalne potrawy daleko odbiegające od tego czym żywimy się w kosmicznych pojazdach, czy nawet od tego co jadłem w domu z automatycznych kuchenek.
Taką żywność jada się tylko będąc goszczonym na ważnych przyjęciach.

Gdy kończyliśmy pierwsze potrawy, weszła jedna z dziewcząt ze swoim wózeczkiem i zebrała talerze. Za nią wyszła z sali Marianna.

Zacząłem myśleć od czego zacząć rozmowę z gośćmi żeby przerwać zapadłe milczenie, ale znów weszła Marianna, a za nią dziewczyny ze swoimi wózkami. Powtórzył się proces nakładania potraw. Tym razem do wyboru był pieczony drób, pieczone i duszone mięsa, ryby, warzywa, ziemniaki, ryż, kasze, sosy i rozmaite dodatki. Każdy wybrał to na co miał najbardziej ochotę.
Znów jedliśmy.

Jan uzupełniał napoje.

Obecnie można nie martwić się nadmiarem przygotowanego naturalnego jedzenia, gdyż sposoby jego przechowywania zapewniają jego prawie bezterminową trwałość. Do utylizacji należy tylko zwracać produkty do kuchenek automatycznych i ładunki podróżne.

Odczuwałem już błogą sytość i pomyślałem, że nałożyłem odpowiednią ilość potraw bo za chwilę już bym więcej nie zjadł. Nie ładnie by było zastawiać nie dojedzone resztki na talerzu.
Spojrzałem na innych. Wszyscy już kończyli swoje porcje. Odłożyłem sztućce.
Podszedł Stanisław i zapytał kto życzy sobie dalsze potrawy.

Poprosił Simo i Goer.

Stanisław skinął do Marianny i podjechały dziewczęta. Zabrały talerze, podały nowe dla Sima i Goera i nałożyły im wskazane jadło. Zdecydował się jeszcze na dokładkę po namyśle również Touen.

Takie chuchro, a może zjeść, pomyślałem z podziwem.

Znów bezszelestnie zbliżył się Jan. Ja już podziękowałem.

Dyskretnie rozglądałem się po sali. Była imponująca. Na małym zdjęciu na płaskim ekranie nie wyglądała na tak wysoką i obszerną. Znakomite egzemplarze białej broni wiszące na ścianach i filarach były prawdziwymi dziełami sztuki płatnerskiej. Wspaniale zakonserwowane na zawsze będą dla przyszłych pokoleń świadectwem ich historii, myślałem. Przypomniałem sobie o portretach. Machinalnie odwróciłem głowę do tyłu ku kominkowej ścianie. Z prawej strony przy samym kominku


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 25 maja 2015, 23:43 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
gjery napisał(a):
Też proszę dalszą część, najlepiej po jednym rozdziale na dzień.


Świetny pomysł ... oczywiście o ile Stefan zechce to bardzo fajnie byłoby tak właśnie dawkować.
Stefan, od początku poprosimy, przy okazji zrobimy trochę ruchu na forum :)

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: wtorek, 26 maja 2015, 00:03 
Będę wstawiał, jak pisałem, przypadkowe fragmenty z rozdziałów.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: wtorek, 26 maja 2015, 10:03 
Okazuje się, że chyba nic nie wstawiłem z 2 rozdziału.
Potem to sprawdzę i najwyżej uzupełnię.
Teraz kawałek 5 rozdziału bo z 4 już było. Bałagan.
Strasznie źle się przewija tyle stron na ekranie i mylę się. :D

Z rozdziału 5:
"Sekretarz wskazał ręką kierunek ku schodom.

Weszliśmy do wnętrza holu.

Sekretarz odebrał od Goera teczkę z dokumentami, odprowadził wszystkich do drzwi sali dla gości.

Proszę się rozgościć. Zaprowadzę teraz księcia do pana prezydenta, a potem wrócę po pozostałych panów.

Grzem, wejdź do mojego pokoju, zwróciłem się do syna, potem przyjdź ze wszystkimi.

Dwaj urzędnicy postawili bagaże, otworzyli drzwi i wprowadzili gości do środka. Wnieśli bagaże. Potem wprowadzili Grzema do pokoju obok. Tego w którym przebierałem się wtedy.

Proszę za mną. Pan prezydent czeka na pana Książe.

Poszedłem za sekretarzem. Prowadził mnie schodami na piętro.

Otworzył drzwi do gabinetu i przepuścił mnie do środka. Wskazał mi fotel na wprost wielkiego biurka, podszedł do bocznych przeszklonych drzwi i zapukał. Zamiast „proszę” drzwi otworzyły się i wyszedł prezydent. Skierował się prosto w moim kierunku, uścisnął mnie jak starego przyjaciela i odebrał od sekretarza otwartą teczkę z dokumentami. Wysunął je, przejrzał szybko po kolei i zwrócił sekretarzowi.

Zanieś je do sprawdzenia specjalistom do kancelarii. Natychmiast daj znać gdy już je przejrzą.
Czekam, to bardzo ważne.

Siadaj Książe. Wskazał mi kanapę przy bocznej ścianie wielkiego gabinetu. Szybko się znów spotykamy. Szkoda tylko, że w tak dramatycznym czasie.

Powiedz Książe krótko jak trafiłeś na tych emisariuszy.

Opowiedziałem co się zdarzyło na początku mojej podróży, że wysłałem meldunek o rozbitkach, co dowiedziałem się o ich ziemskim pochodzeniu i skąd i dlaczego podróżowali na Ziemię. Powiedziałem również jak spędziłem z nimi ostatnie dni. Wyraziłem swoją opinię o autentyczności ich historii.

To by się zupełnie zgadzało z tym co wiemy. Wiesz Książe zapewne, że wróciłem z nadzwyczajnego posiedzenia rady. Jest bardzo źle. Tamta odległa wojna skończy się zapewne już niedługo. Eksperci rady oceniają szanse obrony na pół roku, może rok. Wtedy cała ta buntownicza armia wyruszy w naszym kierunku, a potem dalej w inne rejony kosmosu. Nie jesteśmy przygotowani nawet na tak długą obronę jak oni. Nie zdążymy w tak krótkim czasie zmagazynować energii. Rada potwierdziła, że bez względu na konsekwencje użyta może być tylko konwencjonalna broń obronna. Nigdy już nie będzie innej broni. Prosili mnie żeby poważnie rozważyć wszystkie informacje przybyszów, udzielić im wszelkiej niezbędnej pomocy. W razie potrzeby włączą natychmiast wszystkie inne zrzeszone cywilizacje. Musi być jednak zachowana najdalej posunięta dyskrecja, nie jesteśmy w stanie wojny. Może dowiem się od twoich gości jak bliżej wygląda sytuacja.

Oni twierdzą, Panie Prezydencie, że na Ziemi ich przodkowie stworzyli i umieścili pod ziemią obronną armię, którą można obudzić i która uratuje kosmos przed napastnikami. Po to tutaj wrócili.

Nie bardzo wiem jak to jest możliwe, ani ...

Wszedł sekretarz.

Proszę, Panie Prezydencie. Zwrócił teczkę z dokumentami. Eksperci potwierdzają autentyczność listów uwierzytelniających. Tu na wierzchu jest protokół ekspertyza, proszę.

Chciał wyjść.

Chwileczkę. Prezydent zaczął czytać protokół. Po chwili podniósł oczy.

Proszę niech pan wprowadzi gości, panie sekretarzu.

Wstał z kanapy i przeszedł za biurko. Spojrzał na mnie, zawrócił. Obróćmy pana fotel w tę stronę. Zaczął przesuwać wielki fotel przed biurkiem. Poderwałem się z kanapy i razem ustawiliśmy go przodem do kanapy.

Proszę, niech pan siada tutaj, zaprosił.

Za chwilę drzwi się otworzyły i sekretarz wprowadził emisariuszy.

Wstałem, prezydent też wyszedł przed biurko.

Przedstawiałem po kolei wchodzących. Prezydent witał każdego uściskiem ręki.

Na koniec przedstawiłem syna. Po przywitaniu z prezydentem wskazałem mu krzesło za sobą. Wysunął je i ustawił obok mojego fotela.

Prezydent poprosił gości o zajęcie miejsc na kanapie. Wrócił za biurko i gdy usiadł siedliśmy wszyscy.

Zapadła cisza. Prezydent wodził oczami od jednego do drugiego emisariusza. Uważnie przyglądał się każdemu.

Po co przybyliście na Ziemię, zapytał w końcu.

Goer nerwowo przeczesał palcami swoje jasne włosy i podniósł wzrok na prezydenta.

Przybyliśmy po pomoc, zaczął mówić.

Przerwał. Zastanowił się przez chwilę i już zdecydowanie kontynuował.

Kiedyś gdy moi przodkowie mieszkali na Ziemi zagroził nam atak z kosmosu. Stworzyli wtedy przy pomocy naszych opiekunów z dalekich gwiazd wielką armię do obrony naszej planety. Wojenne przyrządy nie użyte wtedy, nadal znajdują się w ich podziemnych komorach, a niektóre także na powierzchni. Teraz mogą uratować naszą nową ojczyznę i pokój w kosmosie. Chcę prosić o zgodę na użycie tej armii.

Gdzie umieszczona jest ta armia?, spytał prezydent. Jak możesz mnie przekonać, że jest ona nadal sprawna po tak odległym czasie i jak zamierzacie ją wyprowadzić z Ziemi.

Goer sięgnął ręką w przecięcie swojej szaty i wydobył rulon zawieszony na rzemieniu na szyi.
Rozwinął go, ale sztywny pergamin zwijał się znowu. W końcu wstał i trzymając rozłożony obu rękami zaniósł go do biurka, położył na blacie i przytrzymał przed prezydentem. Prezydent pochylił się.

Mapa, stara mapa, powiedział. Zaraz sobie poradzimy.

Otworzył prawą szafkę biurka i wysunął skaner. Ułożył mapę i przycisnął ją klapą. Wysunął spod blatu biurka konsolę i uruchomił komputer. Wielki obraz nad kanapą na której siedzieli emisariusze zaczął opuszczać się w dół odkrywając umieszczony za nim ekran. Pokazała się mapa starej Ziemi pionowo umieszczona na ekranie. Prezydent przeprowadził korektę ustawienia obrazu i dostosował jego wielkość do ekranu.

Siedzący na kanapie widząc gdzie kieruje się nasz wzrok odwrócili się na siedzeniu w kierunku ekranu. Goer stał przy biurku.

Mapa zupełnie jak ta, która znajduje się w zbiorach muzeum w Stambule, pomyślałem. Opuszczający się obraz schował się za ramę, a na dole ukazała się Antarktyka. Naukowcy od lat zachodzili w głowę skąd na mapie datowanej na czasy sprzed wielkich podróży morskich jej twórcy wiedzieli o południowym zimnym lądzie. Teraz już wiem, że Antarktyka została odkryta przez cywilizacje starsze od naszej. Potwierdziły się przypuszczenia, że stara mapa z Antarktyką została przekopiowana z jeszcze starszego egzemplarza. Może takiego jak ta mapa Goera. Tylko kiedy i gdzie? Wiele jest jeszcze zagadek do rozwiązania, tylko czy wszystkie zostaną kiedykolwiek wyjaśnione.

Jak widzicie panowie na mapie nie ma już naszej Atlantydy, zaczął Goer. Została ona nakreślona przez naszych opiekunów wtedy gdy tworzyliśmy przybory obronne, a zaraz potem na zawsze opuszczaliśmy Ziemię. Odtąd była przechowywana w archiwum obrony naszej galaktyki. Dostałem tę mapę, gdy wyruszaliśmy z misją. Miała nam ułatwić nawigację na Ziemi.

Niewiele szczegółów na niej widać. Jest bardzo ogólna, odezwałem się.

Można ją badać dotykiem, wtedy się łatwo ją czyta, poinformował Goer.

Na ekranie brzegi mapy nagle zaczęły się zawijać i ukazała się wielka ręka prezydenta wodząca po pergaminie umieszczonym w skanerze.

Nic nie czuję, stwierdził prezydent.

To nie są materialne znaki. Trzeba je odczuć. Czy mogę?, spytał Goer.

Znowu przeszedł do biurka prezydenta.

Prezydent podał mu wyjętą ze skanera mapę. Goer rozprostował ją na blacie, przycisnął jej rogi z jednej strony lampką, a z drugiej telefonem. Zaczął wodzić wysuniętymi palcami tuż nad jej powierzchnią. Tu jest wojsko oznajmił i tu i tu... Pokazywał różne miejsca. Prezydent zrobił to samo, ale wyglądało, że nic nie czuje.

Wstałem z fotela i również zacząłem poruszać dłonią nad mapą. Nic nie czułem.

Jak ty to odbierasz?, zapytałem Goera.

Wziął moją dłoń i trzymając w swojej naprowadził mnie we wskazane miejsca. Zacząłem coś odczuwać! I to o dziwo nie pod palcami tak jak spodziewałem się tego, ale gdzieś w środku siebie, coś nie określonego, ale wyraźnie to znikało, gdy Goer odsuwał moją rękę od pokazanych wcześniej miejsc. Oprowadził mnie w ten sposób po całej mapie.

Spojrzałem na prezydenta.

Teraz czuję, naprawdę. Proszę spróbować.

Prezydent przeszedł na naszą stronę biurka. podał dłoń Goerowi, a ten tak jak mnie oprowadził prezydenta po mapie. Z jego reakcji widziałem, że odbiera.

Wyprostował się i spojrzał mi bez słowa głęboko w oczy. Przeszedł na swój fotel. Usiadł.

Będziemy wam pomagać. Spojrzał zdecydowanie na Goera.

Nie wiemy tylko czy armia jest sprawna i czy nadal się tam znajduje, mówił prezydent.

To wiedzą wybrani dający znak, odezwał się Goer. Oni zawsze są w kontakcie z tymi wojennymi przyborami. Bez względu na dzielącą ich odległość. To ich jedyne zadanie od pokoleń.

Prezydent siedział zamyślony. W końcu podniósł wzrok.

Czy panowie są już po śniadaniu?, zapytał.

Jedliśmy w podróży, odpowiedziałem.

Proszę mi powiedzieć, zamyślony prezydent zwrócił się do Goera, czy przy wydobywaniu waszych przyborów wojennych powstaną duże zniszczenia na powierzchni Ziemi. Poza tym jak będziemy musieli wam pomóc w ich transporcie na waszą galaktykę.

Armia wstanie sama gdy rozbudzą ją dający znak, spokojnie informował Goer. Do nas wyślemy ją przy pomocy tej samej windy, którą wyruszyli do nowej ojczyzny nasi przodkowie. Po wojnie wszystkie przybory wrócą na swoje miejsce. Zniszczenia powierzchni Ziemi nie będą duże. Zabliźnią się szybko same.

Prezydent przywołał sekretarza i wstał. Wstaliśmy za nim wszyscy.

Panie sekretarzu, zwrócił się do wchodzącego. Proszę odprowadzić panów do ich pokoi. Niech obsługa zajmie się panami i dostarczy przekąski i napoje. Książę i Pan Grzem proszę zostać.

Skontaktował się z obsługą i złożył podobne zamówienie dla siebie i dwóch osób.

Przejdźmy, prezydent ruszył w kierunku przeszklonych drzwi.

My za nim. Przepuścił nas przodem i zamknął drzwi.

Wskazał nam wygodne fotele przy niskim stoliku. Usiedliśmy wszyscy trzej.

Oficjalnie pomagać im nie możemy bo to nie nasza wojna, zaczął prezydent, ale dzięki temu, że pochodzą z Ziemi mają prawo dysponować swoim pozostawionym tu majątkiem. Taką właśnie oficjalną prośbę przywieźli na piśmie. Specjaliści z kancelarii potwierdzili, że wszystko jest zgodne z prawem. Nie możemy tylko przekazać im żadnego pojazdu. Ich pilot nie jest stąd. Jest jednak zgrabne rozwiązanie.

Do drzwi zapukała obsługa. Dwie panie szybko ustawiły na stoliku przed nami przyniesiony poczęstunek i wyszły.

Prezydent podał sobie kęs do ust, przełknął, poczekał chwilę i mówił dalej.

Pan jako osoba zupełnie już prywatna i pana syn możecie udzielić im pomocy. Tylko czy chcecie, to musi być wasza decyzja.

Ja tak, zgadzam się, powiedziałem.

Grzem również, szybko potwierdził swoją decyzję.

Jedliśmy.

Żadne inne władze na Ziemi nie będą powiadomione o waszej misji, kontynuował prezydent swoją myśl. Zgodnie z ustaleniami na Radzie nie chcemy powodować niepotrzebnej paniki. Na razie za wcześnie na to. Ponadto mamy informacje, że kręcą się już u nas podejrzane pojazdy. Sądzimy, że robią rozpoznanie. Nie można dawać żadnego pretekstu. Oczywiście zapewnimy wam bardzo dyskretną, skuteczną ochronę.

Jest jeszcze jedna sprawa. Proszę niech pan napisze podanie o odsprzedanie panu jego dawnego pojazdu służbowego. Ja wyrażę na to zgodę, za pańskie zasługi. Musicie poruszać się bezpiecznie. Sekretarz przyniesie panu do podpisania rachunek z symboliczną ceną. Oczywiście pojazd będzie pozbawiony wszelkiej broni.

Ucieszyłem się jak dziecko. Znowu będę miał swój wspaniały pojazd.

Prezydent podał mi arkusz papieru i pisak. Szybko stworzyłem krótkie podanie i oddałem prezydentowi wraz z piórem.

Prezydent wstał. Spojrzał na mnie poważnie.

Książe. Proszę pamiętać, że we wszystkich działaniach musi być przestrzegane prawo. Inaczej nie będziemy mogli im pomóc. Pan zna prawo i pana robię odpowiedzialnym za ich działania. Przepraszam, że przypominam o tym.

Połączę się teraz gorącą linią z Radą i poinformuję ją o sytuacji i naszych ustaleniach. Potem zapraszam wszystkich panów na obiad, na trzynastą.

Skłoniliśmy się z Grzemem i wyszliśmy.

No jak synu znajdujesz to wszystko? Zapytałem go gdy wyszliśmy na korytarz.

Super. Co za materiał na książkę. Wszystko potem będę mógł opisać. A w dodatku jaka przygoda, promieniał.

No tylko żeby ta przygoda nie wyszła nam bokiem. To nie zabawa, pomyślałem trzeźwo.

Zeszliśmy schodami na parter. Zapukałem do drzwi emisariuszy. Weszliśmy do środka. Wstali od stolika i patrzyli pytająco na nas.

Wszystko w porządku, szybko ich uspokoiłem. Możecie działać. Ja i Grzem będziemy wam towarzyszyć i w miarę możliwości pomagać we wszystkim. Wasze działania muszą być zgodne z obowiązującym u nas prawem. Ja będę tego strzegł i jestem za to odpowiedzialny. Wy musicie się dostosować. Czy w takich warunkach poradzicie sobie ze wszystkim?

Tak. Oczywiście. Uszczęśliwiony Goer aż mnie uścisnął.

Ja też byłem zadowolony.

Zapukał sekretarz. Szukam pana Książe.

Podniósł cienką sztywną teczkę, otworzył ją i podał mi rachunek za pojazd. Przeleciałem wzrokiem po treści. Wszystkie wypisane dane zgadzały się. Jest konto. Cena 1,00. Podpisałem na kopii.

Księgowy prosi o natychmiastowy przelew bo musi wydać dyspozycje dla wypisania nowych dokumentów rejestracyjnych, a baza musi zdążyć przygotować go do przekazania, poprosił sekretarz.

Dobrze, odpowiedziałem. Sekretarz wyszedł.

Muszę was teraz opuścić. O pierwszej idziemy na obiad z prezydentem, a potem ruszamy.

Wyszedłem, a Grzem za mną.

Ile musisz zapłacić?

Pokazałem mu rachunek. Aż gwizdnął. To darmo! Przecież taki pojazd jest wart kilka milionów.

Więcej. Nawet bez broni dużo więcej niż kilka, ale nie o to tutaj przecież chodzi.

Weszliśmy do naszego pokoju. Wyjąłem z torby ltopika. Zameldował połączenia. Poczekajcie chwilę, najpierw zrobię przelew, powiedziałem na głos trochę do komputera, trochę do Grzema.
Połączyłem się z bankiem, wpisałem konto, numer rachunku, sumę i zatwierdziłem. Przelew poszedł.

Grzem, czy ty masz jakąś broń?

Nie mam nic. Przecież wiesz, że zawsze byłem wrogiem wojen, unikałem armii. Polowania też są dla mnie barbarzyństwem. Tylko treningi na białą broń i udział w zawodach w czasie studiów.

Po obiedzie zabierzesz naszych gości do siebie do domu, a ja odbiorę pojazd i dotrę do was.

Dobrze, wyraził zgodę. Tylko u mnie bałagan.

Zajrzałem do połączeń w ltopie. Były od Stanisława, córki, Anny i jeszcze kilka.

Otworzyłem po kolei. Stanisław zgłaszał jakieś dziwne zjawiska w zamku. Pyta co ma robić. Połączyłem się z nim głosem. Odebrał za chwilę.

Co się dzieje Stanisławie?

W elektrowni jest coś dziwnego. Pan na pewno na swoim piętrze nic nie słyszał, ale my na dole przeżyliśmy ciężką noc. Po północy zbudziły mnie jakieś dźwięki. Mariannę zresztą też. Nie były jakieś bardzo głośne, ale nie pozwalały spać. Wyszedłem na korytarz. Dobiegały z klatki w dół do elektrowni. Zapaliłem światło, pomyślałem, że coś się psuje w urządzeniach po ostatnim uruchomieniu. Zszedłem na dół, a tam nic, cisza, wszystko pracuje normalnie. Wracam na górę gaszę światło, wracam do pokoju i wtedy znowu te dźwięki.

Jakie to były dźwięki, przerwałem mu.

Aż głupio mówić, ale tak jak jakieś rozmowy, śpiewy, nie takie wesołe tylko jakieś takie chóralne jakby coś tam się działo. Chodziłem tam jeszcze dwa razy i nic, ale to naprawdę dobiegało z dołu. W końcu usnąłem, a rano gdy wstaliśmy pana i pańskich gości już nie było. Zaspałem. Inni też to słyszeli. Pytałem. Marianna i dziewczęta bardzo się boją. Przebąkują, że to coś związanego z pańskimi gośćmi. Jeździłem nawet rano z Michałem i Janem na górę do pokoi które zajmowali, ale tam nic się nie dzieje. Dziewczęta już nawet posprzątały i wymieniły pościel. Kiedy pan wraca? U pana też posprzątane.

Stanisławie. Wracam jutro albo dzisiaj w nocy. Mam pilota do bramy. Nie musisz na mnie czekać. Zawiadomię cię. Wcisnąłem zakończenie połączenia.

Wtedy nagle coś pomyślałem. Stanisław, zawołałem, ale połączenia już nie było.

Grzem przyglądał mi się słysząc rozmowę.

Wywołałem zamek jeszcze raz. Stanisław odezwał się natychmiast.

Tak Książe?

Słuchaj, pomyślałem, że może wiem skąd te głosy. Zejdź do maszynowni nad elektrownią. Pamiętasz jak pytałem cię o te drzwi z agregatorni? Zostawiłem je otwarte. Wyjmij blokujące kamienie z tych i z tych drugich drzwi do sali. Tylko najpierw wyjmij kamień z tych dalszych, żebyś sobie nie zablokował powrotu. To może głupie co mówię, ale zrób tak. Może już będziesz spał. Do widzenia.

Co z tymi drzwiami tato? Zapytał syn.
Pokażę ci na miejscu. Goer mówił, że tam jest źródło ogromnej energii.

Wróciłem do korespondencji. Córka informowała, że podpisała kontrakt na reklamę. Może zdążę wpaść do niej na chwilę?

Anna oprócz pozdrowień przysłała mi ogrom wiadomości o moim zamku, kiedy ja to przejrzę?

Tato, dochodzi pierwsza, odezwał się Grzem.

Rzeczywiście. Włożyłem z powrotem do torby ltopika.

Musimy wychodzić, tylko gdzie ten obiad, może ktoś po nas przyjdzie. A jak nie? Nie wypada się spóźnić. Rozejrzałem się po ścianach.

Sprawdź czy to jest włącznik światła czy przywołanie, pokazałem ręką Grzemowi zwisający ze ściany sznureczek.

Sam podniosłem słuchawkę telefonu. Cisza. Wybierałem standardowe zazwyczaj numery: zero, nic, jedynka, nic.

Ktoś zapukał do drzwi.

Proszę, zawołaliśmy jednocześnie z synem. Pokazał się urzędnik.

Pan dzwonił?, zapytał.

Tak, nie wiemy gdzie mamy pójść na obiad do prezydenta, powiedział Grzem.

Za chwilę przyjdzie po panów sekretarz. Już właśnie miał po panów wychodzić.

Dziękuję, znów odpowiedzieliśmy jednocześnie z synem.

Zdążyłem jeszcze poprawić włosy i za chwilę szliśmy już wszyscy przez korytarze za sekretarzem.

Obiad był bardzo smaczny. W niewielkim gronie. Oprócz prezydenta z małżonką jadł jeszcze z nami Minister Obrony. Pani prezydentowa zwróciła się do mnie, że wie od męża, że znowu wyruszam na misję ważną dla Ziemi.

Tym razem to przypadek, odpowiedziałem.

Jest pan bardzo skromny Książe.

Po obiedzie pożegnaliśmy się. Prezydent skupiony i było widać, że przejęty tym co wie i co ma nastąpić, ale pani prezydentowa radosna i wesoła. Mnie udzielił się jej pogodny nastrój. Duży wpływ na moje samopoczucie miał też pewnie znakomity lekki obiad. Inni też wyglądali na sytych i zadowolonych. Minister wyszedł z nami.

Sekretarz z urzędnikami czekali na nas w holu. Gdy podeszliśmy do nich, urzędnicy weszli do pokoi po nasze bagaże. Pożegnałem się z sekretarzem.

Jak zwykle będę śledził pańskie poczynania Książe.

Tym razem będzie niewiele informacji, albo wcale. To właściwie prywatna wyprawa, powiedziałem.

Domyślam się, szybko podniósł głowę. Życzę panu jak zwykle dużo szczęścia.

To mi się na pewno bardzo przyda. Do widzenia.

Wyszliśmy na zewnątrz.

Grzem na czele grupki gości zszedł do pojazdu. Ja z ministrem zatrzymaliśmy się na schodach.

Po rozruchu napędu zamknęły się włazy. Wolno odjechali w kierunku bramy i dalej na ulicę. Za chwilę do nas przed same schody wolniutko podjechała limuzyna ministra. Otworzyły się drzwi i bagażnik. Wysiadł kierowca, zasalutował.

Proszę Książe, minister zaprosił mnie do limuzyny.

Moje bagaże zostały zapakowane. Zamknął się bagażnik, a za chwilę gdy usiedliśmy wygodnie drzwi.

Bezszelestnie ruszyliśmy za bramę.

Spojrzałem jeszcze w kierunku pałacu. Wydało mi się, że w oknie na piętrze nad głównym wejściem za odbijającymi słońce szybami, widzę stojące sylwetki prezydenta z żoną.

Włączyliśmy się w ruch uliczny. Wolno poruszaliśmy się z falą pojazdów w kierunku odległego przedmieścia, na którym znajdowała się rządowa baza i lotnisko.

Mam nadzieję, że pana pojazd jest już gotowy, przerwał ciszę minister.

To dlatego jedziemy ulicami, a nie przelotem, roześmiałem się, żeby zyskać trochę czasu.

Uśmiechnął się również minister. Poinformowano mnie że pojazd jest po przeglądzie. Zdał go pan po przejściu na emeryturę i potem dokonano kompletnego przeglądu i niezbędnych drobnych napraw. Miał czekać na nowy przydział, ale dzisiejsza decyzja prezydenta o przekształceniu go w pojazd cywilny spowodowała dodatkowe niespodziewane prace. Zresztą na pewno orientuje się pan na czym to polega. Może już zdążyli.

Kończyły się miejskie zabudowania, coraz mniej pojazdów poruszało się z nami po drodze. Kierowca mógł przyspieszyć. Dojechaliśmy do bramy lotniska, czujniki rozpoznały kod ministra i brama zaczęła się otwierać. Wartownicy zasalutowali i wtoczyliśmy się na starą płytę lotniska. Teraz już bardzo szybko kierowca pomknął w poprzek lotniska ku zabudowaniom między drzewami. Weszliśmy z ministrem do głównego budynku. W kancelarii przekazano mi komplet nowiutkich dokumentów pojazdu. Wraz z szefem techników zjechaliśmy windą do hangaru. Nigdy tu nie byłem. Zawsze dotąd odstawiałem do przeglądu i pobierałem pojazd na powierzchni przy rampie towarowej. Teraz zobaczyłem jak to wygląda pod powierzchnią. Ogromna podziemna hala popodpierana mocnymi filarami ciągnęła się gdzieś daleko. Większość ogromnych boksów była pusta. W niektórych tylko stały uśpione wspaniałe, groźnie matowe pojazdy takie jak mój. Gdy podchodziliśmy do poszczególnych boksów automatycznie włączało się w nich oświetlenie i potem wygaszało za naszymi plecami. Dalej widać było rząd wielkich ostatnio już nie używanych transportowców, bardzo wysokich, jakby garbatych, które nie całkiem mieściły się na stanowiskach i wystawały sporo zza filarów do wnętrza hali. Podchodziliśmy do widocznego z daleka jedynego oświetlonego stanowiska.

Wtedy go znów zobaczyłem.

Mój pojazd leżał oparty przodem na muskularnym wózku manewrowym nieco skośnie do osi boksu jakby postawiony w pośpiechu i był pomalowany! Błyszczał jak lustro w lampach oświetlających stanowisko. Bardzo ciemny granatowy odcień złamany chyba trochę ciemnym brązem. Wyglądał obłędnie i bardzo elegancko. Malowanie odebrało mu ten groźny matowy wojenny wygląd, a nadały bardzo eleganckiego charakteru. W dodatku pozbawiony został klap na pancerzu pod wybrzuszeniami których kryło się wcześniej uzbrojenie. Wygładził się i jakby wysmuklał. Z trapu poderwało się czterech siedzących tam techników w śnieżnobiałych kombinezonach z naszywkami. Zasalutowali.

Czy wszystko gotowe?, zapytał szef.

Tak jest. Jak zwykle, odpowiedział dowódca grupy technicznej. Baliśmy się trochę czy lakiernia się wyrobi, ale wysechł. Nie dawno go przywlekli.

Widziałem, że ministrowi ulżyło. Widocznie coś obiecał prezydentowi i bał się czy dotrzyma.

To co Książe. Wytaczamy na powierzchnię i może pan ruszać, powiedział do mnie z wyraźną ulgą.

Tak. Dziękuję panie ministrze.

Szef techniczny podszedł do mnie i podał mi zapieczętowany woreczek. To jest zapasowy identyfikator. Tu mi proszę pokwitować, podsunął mi dokumenty, a tu proszę podpisać odbiór pojazdu.

Wziąłem od niego woreczek i rozerwałem zabezpieczenia. Wyjąłem identyfikator i podszedłem do trapu. Nic. Spojrzałem na szefa. Nerwowo wstrząsnął głową.

To bateria, odezwał się jeden z techników. Zaraz wymienimy. Leżał nie używany w sejfie to się rozładował. I tak musimy zdać nowemu właścicielowi przegląd i odebrać potwierdzenia sprawności wszystkich modułów panie generale.

Pokazał księgę przeglądów, którą trzymał w ręku.

Zostawiam panu panie kapitanie dokumenty przekazania pojazdu. Po odbiorze proszę przynieść podpisane do kancelarii, zwrócił się do niego generał i podał mu teczkę.

Tak jest. Zasalutował kapitan.

Minister podszedł pożegnać się ze mną i życzył mi powodzenia.

Zbliżył się i Generał.

Na powierzchni czeka na pana cywilny technik. Podłączy panu środki łączności i nawigacji. Wojskowe są zdemontowane.

Zasalutował. Życzył mi wielu mil przed dziobem i odeszli w kierunku windy.

Acha, Książe. Zawrócił do mnie generał.

Na wszystkie naprawy i przeglądy mamy nadal przyjmować pana pojazd. Zlecenia i wyceny mają być potem wysyłane do rządu.

Raz jeszcze zasalutował i ruszył w ślad za ministrem.

Czwórka techników ustawiła się błyskawicznie w przepisowym szeregu. Kapitan zasalutował.

Książe. Melduję pojazd po przeglądzie gotów do odbioru.

Zerknąłem za prawe ramię. Minister z generałem byli już daleko. Przywitałem się serdecznie z mechanikami. Ta grupa od początku zajmowała się moim pojazdem. Taki był regulamin. Jeden pojazd, jedna grupa obsługi. Zawsze po przeglądach odbierałem od nich gotowy, wytoczony na górę pojazd i z ich strony zawsze wszystko było z w porządku.

Książe, zapraszamy do środka na odbiór.

Imienia nie zmieniłem Pawle, odparłem mu i spojrzałem znacząco na pozostałych.

Roześmiał się chyba z ulgą i wskazał trap.

Muszę ci pokazać zmiany. Żebyś wszystko wiedział. Po pierwsze malowanie. Jest to specjalna kompozycja warstw. Zewnętrzna oświetlona odbija maksymalnie dużo promieni, powoduje optyczne zamazanie sylwetki, a nocą pochłania promienie czyniąc pojazd jak najmniej widocznym. Spodnie barwne warstwy też są specjalnie w tym celu dobrane. Nadają ponadto elegancję luksusowej limuzyny. Pod spodem została dotychczasowa izolacja przed wszelkimi promieniami radarowymi i dźwiękiem.

Pomacałem burtę z trapu przed wejściem do wnętrza. Gładka obecnie jak szkło, przedtem lekko chropawa, przy nacisku uginała się lekko. To charakterystyczna cecha izolacji, niegdyś zaraz po jej zastosowaniu była bardzo pieczołowicie chroniona. Nikt postronny nie mógł dotykać tych pojazdów.

Zdemontowana została wszelka broń, kontynuował Paweł gdy weszliśmy do środka, i systemy jej zarządzania. Ma to swoje duże plusy. Pojazd jest znacznie lżejszy, a przez to sporo szybszy i zwrotniejszy.

Jeszcze szybszy?, zdziwiłem się.

Potem coś ci jeszcze pokażę, powiedział ściszonym głosem, ale to za chwilę. Po demontażu zbędnego okablowania, żeby było szybciej, pokładowcy założyli nowe wyłożenia ścian. Masz wszystko czyściutkie prosto z fabryki.

Rozejrzałem się po wnętrzu. Rzeczywiście. Pachniało leciutko świeżym klejem i wyglądało tak jak w fabrycznie nowym pojeździe gdy odbierałem go po raz pierwszy. Obszedłem wnętrze od początku do końca. Sprawdzałem pobieżnie wszystkie schowki, włazy, kajuty, koje. Wierzyłem chłopakom. Podeszliśmy do konsoli sterowniczej.

Siadaj i sprawdzaj systemy, rzucił Paweł.

Usiadłem na swoim starym fotelu. Po kolei przeprowadzałem rutynowe testy. Komputer pominął część kontroli uzbrojenia, pomyślałem że to nawet korzystne bo teraz testowanie będzie szybsze i przeszedł do sprawdzania dalszych systemów. Zwróciłem uwagę na stan zaopatrzenia socjalnego i paliwo. Wszystko było na pełno.

Coś sobie nagle przypomniałem. Wychyliłem się w dół pod fotel. No tak. Dolne przednie lewe mocowanie było luźne. Pękło w ostatniej mojej podróży przy obcierce w czasie walki z bandą przemytników.

Paweł, wiesz co? Zapomniałem wpisać tego fotela do książki napraw. Rozleci się. Wtedy również powstała ta rysa na kadłubie.

Wymieniliśmy cały kawał izolacji, powiedział Paweł, kucnął i zajrzał pod fotel.

Wstałem i pokazałem mu uszkodzenie.

Spojrzał na Zbyszka.

Leć po drugi.

Skąd wezmę drugi?, spytał zdziwiony Zbyszek.

Nie stoją tam inne pojazdy? Ktoś też zapomniał tego zgłosić. Jutro naprawimy. Sami to zauważymy, przez przypadek. Będziemy się nudzić i będziemy ot tak kontrolować inne pojazdy. Sam to zauważysz, bystry przecież jesteś. Leć. Tylko nowy wybierz.

Zbycho załapał i wybiegł. Paweł zaczął odłączać kable i węże od fotela. Jacek już podchodził z kluczami, które wyjął z pokładowej szafki narzędziowej. Za chwilę wynieśli fotel na zewnątrz.

Paweł wrócił za chwilę i spojrzał na mnie poważnie.

Wiesz co by było jak byś musiał odpalać się w kapsule bezpieczeństwa? Mokra plama na suficie. Czego jeszcze zapomniałeś zgłosić?

Rozbawiony wróciłem do komputera. Skończył. Zameldował brak łączności, systemów rozpoznania i namierzania.

Na górze pan Kami zamontuje ci moduły cywilne i podłączy do systemu. Wszystkie anteny zostały. Trzeba je tylko podłączyć i zestroić z nowymi modułami.

Wysunąłem dolną płytę konsoli. Była goła, wystawały tylko kable z wtyczkami.

To też zrobi Kami.

Wrócił Jacek i Zbyszek. W mig zamontowali nowy fotel. Paweł sprawdził po nich podłączenia.

Siadaj teraz i odpalaj napęd póki jest podłączony do wyciągu, powiedział.

Siadłem w nowym fotelu. Powierciłem się w nim przez moment. Twardszy, ale wyrobi się.

Włączyłem rozruch. Napęd poszedł jak marzenie. Wszystkie parametry na ekranie jak w zegarku. Przyłożyłem mu nagle. Paweł złapał mnie za ramię.

Zluzuj! Komin wentylacyjny wystrzelisz nam w powietrze.

Przepraszam. Emocje trochę mnie poniosły. Przeszedłem na bieg jałowy.

Teraz ci coś pokażę, nachylił się do mnie Paweł. Przesuń się.

Podsunął się koło mnie do konsoli. Na stojąco, schylony położył palce na klawiaturze.

Zobacz. Wchodzisz w program techniczny. To w zasadzie dla nas, dla obsługi, do regulacji silnika. Wybierasz tabelę ustawiania obrotów, pionowa oś, tu na dolnej osi masz ciąg. Wybierasz dodatkowo funkcję hipotetycznej prędkości, o tak z dolnego paska zadań. To ta różowa linia się pokazała. Komputer sam sobie pobiera dane gęstości atmosfery, jej brak i tak dalej. Zobacz co się dzieje. Zaczął zwiększać obroty. Żółta linia ciągu i różowa zaczęły się podnosić. To nie ważne. Tu nigdy nie gmeraj. Żebyś nie rozregulował. Co innego chcę ci pokazać. Teraz tu z górnego paska zadań wybierz narzędzia, teraz opcje i dalej wybierasz zakładkę prędkość. Ona jest czynna tylko po tym jak otworzysz wcześniej w tabeli funkcję prędkości. I teraz widzisz? Masz blokada włączona lub wyłączona. To jest elektroniczna blokada prędkości założona przez regulamin wojskowy. Z różnych względów, na przykład oszczędności paliwa, zużycia podzespołów. Nie ważne. Jak dotąd ustawiana prędkość zawsze była wystarczająca. Pokazuję ci tę blokadę, żebyś sobie w razie czego mógł ją zdjąć. Kojarzysz? Pokażę ci zaraz różnicę. Przełączył na blokada wyłączona. Zamknął na ekranie narzędzia. Teraz uważaj. Znów zwiększam obroty, tyle co wtedy. Obie linie żółta i różowa teraz bardzo gwałtownie zagięły się w górę. Pokazał mi to jeszcze raz. Pamiętaj tylko, że jak to włączysz to nigdy nie ruszaj bez pasów i kombinezonu bo ciebie lub kogoś wyssie przez oczy.
Spróbuj teraz sam, żebyś nie zapomniał. Pozamykał okna na ekranie. Ustawił zwykły widok operacyjny. Wszedłem tak jak on po kolei i włączyłem z powrotem blokadę.

Dzięki. Będę pamiętał.

Daj ten rozładowany identyfikator. Tylko jak by co to ja o blokadzie nic nie wiem. Nigdy nie wiedziałem. I pamiętaj, zawsze ją potem włączaj z powrotem. Może zresztą nigdy nie będzie ci to potrzebne.

Podałem mu woreczek, wyłączyłem napędy i wyjąłem podstawowy identyfikator.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: wtorek, 26 maja 2015, 22:34 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
Bardzo fajne, nie do końca kumam ile osób pojawiło się do tej pory i mam wrażenie że ta sama osoba raz nazywa się Goer a raz Grzem, albo cos mi umknęło ;)?

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: wtorek, 26 maja 2015, 22:38 
To są inne osoby.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: wtorek, 26 maja 2015, 23:35 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
Czyli coś mi umknęło :)
No tak, Grzem to syn a Goem to ten magik ;)

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 27 maja 2015, 06:46 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): piątek, 13 kwietnia 2012, 14:28
Posty: 2532
Wiek: 61
Lokalizacja: Szczytniki
Magik to raczej Multe ma na imię. Stefan jak masz gdzieś fragment z jego możliwościami to wstaw, ciekawe co on jeszcze potrafi.

_________________
Pozdrawiam Jurek


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 27 maja 2015, 08:00 
Wcale nie tak łatwo szukać na 400 stronach.
Wstawię jeszcze kawałek z 5 rozdziału.

"Teraz mogę porozmawiać z Touenem.

Słuchaj, zacząłem. Wydaje mi się, że jesteś pilotem wojskowym i chciałem zasięgnąć twojej opinii. Nie mylę się?

Tak. Jestem pilotem jednostki obrony galaktyki. Najmłodszym jaki został do tej pory awansowany na pilota.

Musisz być w takim razie bardzo zdolny. Znasz się również na pojazdach waszych wrogów.

To poznałem w czasie szkolenia i później w walce z nimi. Mam już siedem zwycięstw, najwięcej ze wszystkich naszych pilotów. Ten pojazd, pokazał gestem, jest również wojenny?

Tak, masz rację, ale to jest wersja cywilna. Nie możemy w tajnej pokojowej misji nosić uzbrojenia. Prawo galaktyczne tego zabrania, na pewno wiesz.

Dlatego dziwiłem się, że używasz pojazdu wojennego.

Potrzebne są jego możliwości, a nie uzbrojenie. Okazuje się, jesteśmy śledzeni. Śledzili nas ci których widzieliście na filmie, o których i ich pojazd was pytałem. Ci zostali zatrzymani, ale są też inni bo zniknęli wraz z pojazdem. Musimy mieć się na baczności, bo może być ich jeszcze więcej. Ja nie jestem pilotem wojskowym, ani Grzem. Przeszedłem tylko podstawowe przeszkolenie, ale nie uczyłem się walki powietrznej. Zawsze latałem z wykwalifikowaną załogą, obok mnie w trudnych misjach siedział zawodowy oficer. Myślę, że w razie potrzeby będę mógł liczyć na twoje doświadczenie.

Ich pojazdy są uzbrojone i jeśli nas zaatakują nie mamy szans, oświadczył Touen.

Mamy dyskretną ochronę, a ponadto musimy ich przechytrzyć jeśli wasza misja ma się powieść.

Tak naprawdę nie wiele wiem o tej misji. Zostałem skierowany do nich jako pilot ze swoją fregatą bo oni nie poruszają się w kosmosie. Takie mają zasady na swojej planecie. To przybysze przywiezieni kiedyś od was, ale teraz mogą nam wszystkim pomóc. Polubiłem ich zresztą od czasu jak jestem z nimi. Są bardzo porządni. Jeśli się im uda ich planeta może wiele zyskać w naszej galaktyce. Chciałbym, żeby im się udało, będę im pomagał jak tylko potrafię.

Mówisz, że ten rozbity pojazd w którym was znalazłem na asteroidzie to była fregata? Myślałem, że to krążownik.

Krążowniki mamy o wiele większe, ale to wynika z potrzeb bezpieczeństwa. My nigdy nie atakowaliśmy innych narodów. To są pojazdy zbudowane do obrony. Wiele złego ostatnio dzieje się w kosmosie i musimy być dobrze uzbrojeni. Kiedyś wcale nie mieliśmy pojazdów wojennych. Chcę ci podziękować za ratunek. Ocaliłeś mi życie. Potwierdziłeś moją opinię, którą wyrobiłem sobie w czasie kontaktu z nimi że Ziemianie są porządni.

Połknąłem ze smakiem ten komplement. Mam nadzieję, że się nie przekona, że nie zawsze i nie wszyscy ziemianie byli porządni.

Jesteście cywilizacją dużo starszą od naszej, powiedziałem na głos. My jeszcze obecnie nie sięgamy możliwościami do odbywania tak odległych jak do was podróży, ale teraz może to się zmieni jak poznamy się bliżej i będziemy mogli wymieniać się nauką. Powiedz mi jeszcze czy masz jakąś broń osobistą, bo oni nie mają żadnej.

Mam. Mam swoje całe osobiste uzbrojenie i pakiet przeżycia pilota.

Ja też mam jakąś tam swoją prywatną broń, a ich chcę wyposażyć w zamku w taką konwencjonalną broń na jakiej się znają. Widziałem, że trenują codziennie i może się to przydać. Powiedz mi tylko jak zamierzasz wrócić z nimi po wykonaniu misji na Ziemi jeśli twoja fregata jest zniszczona.

Spojrzał na mnie ze strachem.

Jak to? Myślałem, że ty i twój syn ...

Nasze pojazdy, przerwałem mu, nie mają takich możliwości.

Przecież przeniesiemy się windą razem z armią. Myślałem, że chcesz lecieć z nami? Jest nas za mało i nie ma czasu na budowę pojazdu.

Powiem ci, że nie myślałem o tym. Czy masz łączność ze swoimi?

Nie mam żadnej po zniszczeniu fregaty.

A twoi, nasi, poprawiłem się, wrogowie czy mają łączność ze swoimi?

Oni oczywiście mają. Powiedz, polecisz z nami?, zapytał jeszcze raz, przecież nie odlecimy stąd bez użycia twoich pojazdów. Wrócisz potem razem z armią, albo my cię odwieziemy.

Nie wiem jak to działa, a jest rzeczywiście taka możliwość? Zacząłem się zastanawiać.

Oczywiście, odpowiedział z pewnością.

No to wygląda na to, że moja podróż może być dużo dłuższa i dalsza niż się spodziewałem. Ciekawe czy Grzem się ucieszy.

W takim razie możesz na mnie liczyć, powiedziałem.

Touren odprężył się wyraźnie.

Poczułem znany mi smak przygody. Zrobiło mi się wesoło. Adrenalina zaczynała działać.

Może włączę muzykę, zaproponowałem.

Odprężony uśmiechnięty Touren skinął ochoczo głową. Puściłem swój ulubiony muzyczny pakiet podróżny. Wyglądało, że mu się podoba. Kiwał głową, poruszał nogą do rytmu.

Wywołałem syna. Przekazałem mu informację o możliwościach, które mi przekazał Touren.

Zanim zaskoczony tak jak ja wcześniej Grzem odpowiedział, odezwał się dyżurny rycerz ziemi.

Proszę was o zachowanie ciszy komunikacyjnej. Są ku temu powody, bez odbioru.

Słyszałeś, zapytałem Touena. Coś się szykuje.

Wysunąłem dolną konsolę i włączyłem wojskowe anteny. Na ekranie ukazały się wszystkie pojazdy w zasięgu. Wybrałem rozróżnienie swój obcy. Trzy pojazdy wyświetliły się jako obcy. Dwa leciały w tym samym kierunku co my.

Widzisz, zapytałem Touena i pokazałem mu palcem na ekranie podejrzane punkty.

Czy możesz powiększyć ich obraz?, zapytał.

Boję się, że jest za ciemno i nic nie będzie widać, ale spróbuję.

Włączyłem kamery. Ekran był bardzo ciemny, ale powiększałem obraz. Na tle czarnego nieba przesuwała się sylwetka wielkiego pojazdu.
Poznajesz go może?, zapytałem Touena i cały czas próbowałem elektroniką uzyskać lepszy widok. W końcu udało się wydobyć nie tylko same kontury.

Touen potwierdził, że to są jego wrogowie. Przeniosłem obraz na drugiego obcego. Tu już sam poznałem w niedużej sylwetce znany mi z ulicy pozornie skromny grat. Spojrzałem pytająco na sąsiada. Tylko skinął głową. Pomyślałem, że dobrze by było widzieć jak dużą mamy ochronę, ale te pojazdy nie były widoczne przez elektronikę tak samo jak nasz, ani optykę przy takiej ciemnej nocy. Widoczny był wyraźnie pojazd Grzema. Muszę o tym pamiętać. Wyłączyłem kamery, a potem i anteny.

Zwróciłem się do Touena.

Sam widzisz, że mamy problem. Trzeba się będzie nad tym zastanowić, ale to już w zamku jak się wyśpimy.

Mam wielką ochotę spróbować jak się prowadzi wasze pojazdy, spojrzał na mnie Touen, tylko czy będzie na to czas.

Pomyślałem, że to nawet może się przydać. Naprowadził mnie swoim pytaniem na pewien pomysł.

Wiesz Touen? Może spróbujesz jutro? Nie będziesz mógł co prawda poruszać się wszędzie, ale kilka krótkich lotów w pobliżu zamku da się zrobić. Czy nasze pojazdy prowadzi się podobnie jak twój?

Nie. Zupełnie inaczej. My sterujemy bez użycia rąk. Ale przyglądałem się tobie i nie jest to trudne. Naprawdę jutro będę mógł? To świetnie. Bardzo lubię poznawać nowe typy i zdobywać nowe doświadczenia. Wciąż nie mam dość latania.

To świetnie. Jeszcze jeden pilot może się przydać.

Komputer wyświetlił na ekranie, że niedługo będziemy zbliżać się do zamku. Pomyślałem, żeby włączyć anteny i sprawdzić jaka pogoda, czy nie powtórzy się poprzednia sytuacja. Włączyłem przegląd. Pogoda była bez zarzutu, przejrzałem jeszcze sąsiadów. Te dwa wrogie pojazdy nadal poruszały za nami. Spojrzałem na sąsiada.

Zaraz powinniśmy wyjść z korytarza i zmienić kierunek na zamek, powiedziałem, ciekawe czy skręcą za nami.

Pokazałem palcem na ekranie te dwa punkty oznaczone jako obcy.

Grzem, skręcasz, na krótko połączyłem się z synem zwykłym telefonem.

Wiem, odpowiedział.

Przeszedłem na tryb ręczny lecz dalej leciałem prosto korytarzem. Cały czas bacznie obserwowałem ekran. Pojazd Grzema skręcił i prawie natychmiast dwa punkty weszły w łuk i podążyły za nim zachowując nadal poprzednią odległość.

Widzisz? Pokazałem Touenowi. Nie widzą nas, polecieli za synem. Zależało mi żeby to sprawdzić.

Poleciałem prosto jeszcze jakiś czas, a potem dużym łukiem zacząłem podchodzić od drugiej strony do zamku. Obserwowałem na ekranie jak Grzem siada na swoim poprzednim miejscu przed bramą zamku. Dwa obce pojazdy zaczęły zwalniać, zatrzymały się i zeszły w dół gdzieś tam do stóp wzgórza. Mam nadzieję, że widzieli to również moi koledzy z ochrony. Dolatywałem od drugiej strony już bardzo wolno wciąż utrzymując dużą wysokość lotu. Zauważył to mój towarzysz bo raz za razem spoglądał na mnie zdziwiony.

Nie denerwuj się, rzuciłem mu krótko.

Zatrzymałem lot bezpośrednio nad zamkiem i zszedłem ostrożnie wprost na główny, wewnętrzny dziedziniec. Nie użyłem reflektorów, posługiwałem się tylko antenami i ekranem. Po wylądowaniu dosunąłem się jak najbliżej ściany. Na wielkim dziedzińcu pozostało jeszcze dużo wolnego miejsca.

Obudź kolegów, poprosiłem Touena, wyciągając identyfikator z konsoli.

Sam podszedłem do bramy i pilotem uruchomiłem otwieranie. Uchyliłem ile trzeba wewnętrzną bramę. Za chwilę witałem się ze zdziwionym synem i jego pasażerami. Zabrali bagaże i przeszliśmy na dziedziniec. Lekko jeszcze zaspani pasażerowie mojego pojazdu czekali z bagażami przy trapie. Wystawili również moje bagaże. Podziękowałem im za to i zabrałem jeszcze z konsoli swój ltopik. Zamknąłem pojazd. Wszyscy nie zapalając światła na dziedzińcu przeszliśmy do wejścia. Tu musieliśmy już użyć kołatki. Po dłuższej chwili otworzył nam zaspany Stanisław.

Ukłonił się i wpuścił nas do środka. Za ostatnim zamknął drzwi.

Miał pan mnie zawiadomić Książe. Chwilę potrwa zanim kuchnia przygotuje posiłek, wszyscy śpią.

Musieliśmy zachować ciszę w czasie lotu, uspokoiłem go, nie budź nikogo. Nie będziemy jeść. Mówiłeś, że pokoje są przygotowane. Pójdziemy od razu spać.

Idźcie na górę, zwróciłem się do pozostałych. Ja porozmawiam chwilę ze Stanisławem. Dobranoc.

Poszli do windy, a ja przysiadłem na końcu stołu z administratorem.

Co tam słychać? Czy wszystko w porządku?, zapytałem.

Tak. Zupełnie. Przyszły zamówione dostawy, potwierdzenie salda z banku, już pan może sprawdzić, jest wszystko na bieżąco zaksięgowane. Poczty nie było. Wyjąłem te kamienie z drzwi na dole i już hałas się nie powtórzył. Czy ma pan na jutro, a właściwie na dziś jakieś plany o których powinienem wiedzieć?

Nie, normalny dzień. Nie wiem jeszcze co do następnych dni, ale jak tylko ustalę zostaniesz zawiadomiony. Cieszę się, że nie budził was już dziś hałas z dołu. Bardzo chcę to wyjaśnić, ale na razie są pilniejsze rzeczy. Na razie te drzwi niech będą zamknięte. Idź spać Stanisławie. Ty przecież wcześnie wstajesz. Ja chcę jeszcze przyjrzeć się tej sali.

Teraz, po nocy?, zdziwił się Stanisław.

Tak. Nie miałem wcześniej na to czasu. Dobranoc, podałem mu rękę.

Podszedłem do najbliższego filara i zacząłem oglądać zawieszoną na nim starodawną broń. Przeszedłem tak po kolei od filara do filara na koniec sali i wróciłem w ten sam sposób drugą stroną. Wspaniałe egzemplarze, bardzo wyrafinowane jak na tamte czasy, w których je używano. Zauważyłem, że zniknął mój bagaż, który zostawiłem przy stole. Zgasiłem światła i prawie po ciemku na pamięć trafiłem do windy. Trzeba będzie zamontować dodatkowe wyłączniki po drugiej stronie sali przy windzie, postanowiłem o tym nie zapomnieć. Wjechałem na swoje piętro i wszedłem do pokoju. Boczne światła były włączone, bagaże stały równiutko ustawione przy drzwiach do sypialni, na kominku powiększał się dopiero co rozpalony ogień. Oj Stanisław, Stanisław.

Wszedłem do gabinetu i podłączyłem do komputera ltopik. Sprawdziłem wiadomości. Nic ważnego nie było, ustawiłem przywołanie i przełączyłem główny ekran na swój pokój. Poszedłem się myć, po drodze zabrałem tylko torbę z bielizną. Już w pidżamie ułożyłem się wygodnie na wysoko ułożonych pod głowę poduszkach na swoim ogromnym łożu. Na ekranie komputer nadal nie wyświetlał nic interesującego. Wziąłem aparat do łączności z rycerzami. Zgłosił się dyżurny. Zapytałem co mają dla mnie.

Jest kilka spraw, ale dowódca śpi.

Obudź go natychmiast.

Nie wiem czy mogę, nie jest teraz na służbie.

Proszę obudzić go na moją prośbę, to ważne.

Chwileczkę, odburknął.

Po chwili zgłosił się swoim numerem zaspany Slim.

Gdzie jesteście? Zapytałem.

Jak to gdzie? Pod zamkiem.

Czy wiecie o obcych pojazdach które nas śledziły w czasie lotu do zamku?, zapytałem.

Oczywiście, czy tylko po to mnie obudziłeś? Mają osobną obserwację. Obydwa, gdybyś jeszcze miał wątpliwości. Co ty nam nie ufasz?

Przepraszam, chciałem się tylko przy okazji upewnić. Nie o to mi chodzi. Chciałbym się z tobą teraz spotkać i porozmawiać.

Terazzzz?

Mamy naprawdę mało czasu. Wyląduj na tej wierzy z której oglądałem was poprzednio. Na tej niższej po prawej stronie patrząc z waszego starego miejsca. Będę tam za chwilę na ciebie czekał. Nie zapomnij o przegranych danych z ich komputera.

Wygasiłem ekran, wyszedłem na korytarz i dalej schodami na wierzę. Nie czekałem długo. Zupełnie rozbudzony Slim pokazał się za chwilę w szczelinie. Wciągnąłem go do wnęki, odpiął się od liny na której go opuścili i zeszliśmy do mnie na dół.
Co ciekawego dowiedziałeś się o naszych prześladowcach. Czy mamy coś na nich? Czy można jakoś się do nich dobrać? Pytałem Slima wyjmując napoje z lodówki.

Jak do tej pory nic. Kręcą się tu i tam, spotykają się z jakimiś kolesiami, którzy tranzytem przelatują przez Ziemię i rzeczywiście lecą gdzieś dalej. Sprawdzamy to za każdym razem. Ich pojazdy uzbrojone są po zęby, ale wszystko jest zabezpieczone zgodnie z konwencją i żadne czujniki nie rejestrują nic niepokojącego. Dopóki będą się tak zachowywać nie możemy nic przeciw nim zacząć.

Tych dwóch, którzy włamali się do garażu syna, co z nimi?

Nic przy sobie nie mieli. Ich identyfikatory nie wykazały notowań. Odpowiedzą tylko za głupie włamanie przed sądem miejskim. W ich ltopie jest mnóstwo danych dla fachowców od sterowania, przekazu danych, technologów. Już pracują nad symulacjami do czego ta zapisana tam wiedza może służyć. Większości jeszcze nie rozumieją.

Tak myślałem, ale może moi coś pomogą rozwikłać, dlatego tak mi na tych danych zależało. Powiedz mi dlaczego jechali za mną?

To oczywiste. Śledzą cię bo wiedzą, że znalazłeś tych zestrzelonych, ale nie wiedzą co oni zamierzają. Żeby jakoś do nich się dobrać jedni śledzą twojego syna, a drudzy ciebie.

Powiedz mi Slim czy ich elektronika rzeczywiście nas nie widzi? Sprawdziłem w czasie lotu i udało mi się ich zmylić.

Nie widzą. Nie znają naszego systemu. W dzień to co innego, ale nas jest więcej. W dwa pojazdy nie upilnują nas.

To właśnie chciałem usłyszeć. Dlatego chciałem spotkać się z tobą natychmiast, póki jest ciemno.
Musimy ich zgubić. Wystaw jeden z waszych pojazdów rano na przykład w to miejsce gdzie staliście wtedy. Będę do was przylatywał z zamku kilkakrotnie jutro i pojutrze moim starym pojazdem, a wy do mnie. Pojutrze w nocy rozdzielimy się z Grzemem tak żeby jedni polecieli za nim, a drudzy za moim staruszkiem. Wtedy będę mógł im umknąć moim nowym niewidzialnym wraz z podopiecznymi.

Sprytne Książe. Tylko proszę cię nie brykaj bo jak coś ci się stanie lub twoim gościom to nie doczekam emerytury, a widzę że na emeryturze jest o wiele ciekawiej niż w służbie, zaśmiał się.

Dolać ci jeszcze coś do picia Slim?

Nie dziękuję. Jeśli to wszystko to wracam bo zaraz będzie świtać. Proszę, tu są przegrane wszystkie dane z tego ich ltopa, podał mi nośnik.

Dziękuję. Trafisz sam, czy cię odprowadzić?

Trafię. Kładź się wreszcie spać. Dobranoc.

Nie sprzątałem już niczego. Poczułem nagle ogromne znużenie i poszedłem wprost do łóżka. Zasnąłem natychmiast.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 27 maja 2015, 23:41 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
gjery napisał(a):
Magik to raczej Multe ma na imię. Stefan jak masz gdzieś fragment z jego możliwościami to wstaw, ciekawe co on jeszcze potrafi.

Nie ... no Goer, ten co czyta mapy palcami :)

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: czwartek, 28 maja 2015, 08:41 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): piątek, 13 kwietnia 2012, 14:28
Posty: 2532
Wiek: 61
Lokalizacja: Szczytniki
W takim razie magików jest wielu. Multe to ten co kamienie podnosi i wodę w elektrowni zatrzymał. Jest jeszcze Zee i Simo ;)

_________________
Pozdrawiam Jurek


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: czwartek, 28 maja 2015, 09:23 
Dzisiaj poczytam trochę 6 rozdział, bo już nie pamiętam co w nim i jakiś fragment wstawię.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: czwartek, 28 maja 2015, 17:33 
Początek 6 rozdziału:

"
Grzem, jak stoisz z prowiantem na swoim pokładzie? Wyruszamy przecież może na dłużej, skojarzyło mi się.

Nie najlepiej. Dłuższy czas już jestem w podróży, a zamawiałem przed wylotem tylko dla siebie. Trochę się jednak przez ten czas zmieniło, potwierdził moje przypuszczenia.

Dobrze. Zrób na górze wyciąg z prowiantu, albo wiesz co? Zrób po prostu pełne zamówienie to co lubisz i złóż u Stanisława. Niech zamówi wszystko na jutro w bazie podróżnej w mieście. Na moje konto zamku. Zamów też paliwo do pełna i co tylko potrzebujesz na taką długą wyprawę. Polecimy tam jutro.

Pożegnaliśmy się z rycerzami. Poprosiłem żeby przylecieli na górę i wylądowali przed bramą na godzinę przed zmrokiem.

Pogadamy chwilę i odlecicie z powrotem. Dziękuję jeszcze raz za ciasteczka. Pozdrówcie proszę żony przy najbliższej okazji.

Podziękowali również. Wyszliśmy na zewnątrz. Burzy już nie było słychać, ale deszcz wciąż lał i to chyba większy niż wcześniej. Z nieba płynęły równe strugi gęstego, grubego deszczu. Nie było za to wiatru. Mój pilot spisał się znów bez zarzutu i po chwili lądowaliśmy na górze.

Pokazałem Touenowi jak się tworzy i zapisuje zamówienie. Wybrałem zwykłe pełne standardowe i uzupełnienie paliwa. Zapewnił, że zapamięta. Potem wypisałem jeszcze dodatkowe zamówienie ze sprzętem na wyprawę. Zajęło mi to troczę czasu, ale po chwili Touen mógł zamykać pojazd.

Pochwaliłem go gdy zakończył prawidłowo pozostałe czynności procedury. Zamknął pojazd i znów chciał mi oddać identyfikator.

Trzymaj go u siebie, aż będzie mi znów potrzebny, dobrze?

Poczekaliśmy w podcieniu otwartej bramy na Grzema.

Za chwilę pokazał się na trapie. Podbiegł w deszczu do nas. Jego pojazd zamykał się za nim. Po usłyszeniu potwierdzenia zamknięcia weszliśmy do bramy. Przebiegliśmy do wejścia do zamku. Wewnętrzną bramę zostawiliśmy otwartą. Będziemy jeszcze wychodzić. Otrzepaliśmy ubrania z deszczu pod balkonem i weszliśmy do środka. Touen w mig ściągnął swój kombinezonik i pod spodem miał zupełnie suche ubranie. Złożył go natychmiast w malutką paczuszkę. Co technika to technika pomyślałem. Wrota do garażu były otwarte. Przy brzegu stołu siedzieli smętni Goer i reszta. Wstali gdy nas zobaczyli.

Ciągle jeszcze pada, powiedział wyraźnie smutny Simo, a Goer bez słowa pokazał na niebo.

Nie możesz Simo przegonić deszczu, zażartowałem.

Mogę, odpowiedział spokojnie, ale przegonienie deszczu czy jego wywołanie powoduje zmiany gdzie indziej. W pobliżu, a czasem i dalej. Nie robi się tak dla takich powodów.

Poczułem się lekko skarcony.

Żartowałem. Coś zaraz poradzimy. Poczekajcie kilka minut zaraz do was przyjdę. Grzem, masz zamówienie?

Potwierdził. Poprowadziłem go do gabinetu Stanisława. Ten akurat wychodził od siebie. Spojrzał na nasze mokre ubrania i oblepione włosy i wyraźnie się wystraszył.

Stało się coś? Zapytał.

Nie wszystko w porządku, uspokoiłem go. Podałem mu nośnik. Trzeba to zamówić na jutro w miejskiej bazie dla pojazdu syna i mojego.

Grzem wręczył mu swój nośnik.

Paliwa będzie sporo. Powiedział.

Wystaw zamówienia na mój rachunek zamku, poprosiłem.

Tak, oczywiście, odpowiedział i zawrócił do swojego gabinetu.

Pojechaliśmy na górę. W windzie już zdejmowałem mokrą kurtkę. Poprosiłem syna, żeby na nocny lot naszykował się zaraz po kolacji, tak żeby nie było za późno, ale już ciemno. Tak żebyśmy mogli się jeszcze wyspać.

To dobry pomysł, powiedział.

A co ty synu robisz u siebie? Nie nudzisz się?

Skąd, mam kupę roboty. Wykończam stare zobowiązania. Nawet jestem zadowolony bo tu nikt mi nie przeszkadza, a z domu zawsze ktoś mnie wyciągnie. Jutro pewnie wszystko wyślę do redakcji to po powrocie będą już czekać przelewy.

Pamiętasz, że to wszystko co tutaj to na razie tajemnica?

Oczywiście, przecież mówiłeś. Odpowiedział stojąc już przed windą na swoim piętrze.

Za chwilę rozbierałem się już z mokrych ubrań w swoim pokoju. Pociągnąłem po drodze za sznureczek, żeby przywołać Jana. Wytarłem się cały i założyłem ten co rano miękki, wygodny sportowy strój. Usłyszałem sygnał od drzwi.

Wejdź Janie proszę.

Pozbierałem mokre rzeczy i buty i z całym tym naręczem wszedłem do salonu. Aż mnie zatrzymało. Dobrze, że nie było to chwilę wcześniej, ale i tak byłem boso. Przy drzwiach stała Lusia.

Dzwoniłem po Jana, wybąkałem zmieszany.

Wiem, ale Jan jest chory, a Michał przenosi gdzieś z Marianną ciężkie paczki więc jak usłyszałam, że pan dzwoni to sama prędko przybiegłam, trajkotała.

A na co Jan jest chory?

Ma lekką gorączkę, kaszel, katar. Jest przeziębiony. To starszy pan i czuje się bardzo źle.

Od dawna jest chory?

Drugi dzień. Wysłałyśmy z Marianną skan jego organizmu do lecznicy i dostaje leki. Ale jeszcze jest słaby.

Kto się nim opiekuje?

My wszystkie na zmianę.

Słuchaj, chciałem dać do suszenia swoje przemoczone ubranie, czy zajmiesz się tym?

Tak, oczywiście. Zaraz wszystko wrzucę do pralki. Jak tylko wyschnie wszystko ładnie uprasuję i rano będzie miał pan wszyściutko gotowe.

Nie musi być na rano. Mam jeszcze inne ubrania na zmianę, zaśmiałem się.

To dla mnie żaden kłopot. Pralka będzie prała godzinę, zagięła jeden paluszek, suszyła będzie pół godziny, zagięła drugi paluszek, prasowanie pół godziny, zagięła trzeci paluszek. Widzi pan? Za trzy godziny będzie po robocie.

Spojrzała uważnie na paluszki.

Zaraz. Przepraszam. Te dwa, podniosła do góry dwa palce, są po pół godziny. Za dwie godziny, poprawiła się.

Zaśmiałem się szczerze rozbawiony tą wyliczanką.

Lusiu. Dość specyficznie pomagasz sobie przy liczeniu.

Zalała się nagle rumieńcem. Przy jej ciemnej karnacji był wyjątkowo intensywny. Spuściła głowę, ale za moment przechyliła ją lekko i patrząc na mnie jednym okiem odezwała się cicho.

Zgłupiałam jakoś przez tę całą sytuację gdy zobaczyłam pana Książe tak speszonego na mój niespodziewany widok. Udzieliło mi się i zaczęłam coś paplać bez sensu. Z tymi palcami też poszło jakoś samo. Przepraszam, nie wiem dlaczego tak zgłupiałam. Powinnam zachowywać się profesjonalnie. Jestem po wyższej szkole zarządzania i organizacji wypoczynku. Ukończyłam ją z pierwszą lokatą. Umiem przecież liczyć i to nie tylko na palcach, mam dwadzieścia sześć lat. Jeszcze raz przepraszam i rozpłakała się.

Chciałem do niej podejść, ale pomyślałem, że też powinienem zachowywać się jak profesjonalista i zostałem na miejscu. Tak będzie lepiej.

Nie przejmuj się. Proszę. Obiecuję, że nikt się o tym nie dowie. Jest wszystko w porządku. Zostańmy nadal przyjaciółmi. Czy to ty rano rozpakowałaś moje rzeczy?

Tak. Razem z Iśką.

Pozbierała się. Już wyprostowana podeszła i odebrała moje mokre rzeczy. Skłoniła się i wyszła. Założyłem skarpetki i sportowe buty. Spojrzałem w okna. Wciąż padało. Zajrzałem do ltopika. wybrałem dzisiejszą datę i sprawdziłem godzinę zachodu słońca. Wziąłem do ręki swoją białą kurtkę i zjechałem na dół. Kurtkę założyłem po drodze. Przez wielką salę przeszedłem wprost do nadal siedzących na jej końcu gości. Gestem i ruchem głowy wskazali na otwarte drzwi, za którymi nadal lało.

Weźcie sprzęt i chodźcie za mną. Jest wyjście.

Poderwali się z krzeseł. W garażu zaraz za drzwiami stały równiutko oparte wyczyszczone przybory treningowe. Ja wziąłem wybrany wcześniej przez siebie miecz i dzidę. Pozostali wzięli resztę i poszli za mną. Za filarami zaprowadziłem ich do klatki za windą i dalej na mały wewnętrzny dziedziniec. Tu nie padało. Strugi deszczu nieźle szumiąc spływały po szklanym dachu i gdzieś tam były oprowadzane do odpływu. Wewnątrz zobaczyłem Mariannę, Michała i wysoko na przesuwnych pomostach dwie dziewczęta. Stanęliśmy. Patrzyłem jak Michał wnosił im na górę woreczki z mieszanką ziemi, a dziewczęta rozsypywały ją na półki regału. Marianna zobaczyła nas. Podszedłem do niej i zapytałem co robią.

Wymieniamy ziemię pod nowe uprawy.

Poinformowałem ją co zamierzamy tutaj robić.

Bardzo dobry pomysł. Przecież to dziedziniec turniejowy, a tam leje. Mam nadzieję, że nie będziemy przeszkadzać.

Na pewno nie, uspokoiłem ją. My też nie zajmiemy za dużo miejsca. Podobno Jan jest chory, zapytałem.

Tak. Właśnie miałam iść do niego. Muszę mu podać lekarstwa i sprawdzić czy nie potrzebuje czegoś.

Mogę iść z tobą?

Spojrzała na mnie i zgodziła się. Postawiłem przy ścianie swój sprzęt, który wciąż trzymałem w ręku. Podszedłem do Simo.

Możecie tu dowolnie ćwiczyć. To dobre miejsce. Niedługo wrócę.

Przepuściłem Mariannę w drzwiach i wyszliśmy. Wjechaliśmy na pierwsze piętro. Marianna zapukała do jednego z pokoi i wprowadziła mnie. Jan leżał w łóżku i nie wyglądał najlepiej. Pozdrowiłem go. Dotknąłem jego czoła. Był bardzo ciepły.

Jak się czujesz, zapytałem.

Dziś już lepiej, zapewnił. Jeszcze trochę poleniuchuję i będę mógł wstawać.

Potrzebujesz coś?, zapytała Marianna.

Nie. Dziękuję. Oprócz ciebie dziewczęta wpadają na zmianę do mnie dość często. Mam wszystko.

Widzę, że wolisz młodszą opiekę, zażartowała.

Wlała napoju do szklanki, przygotowała lekarstwa zgodnie z instrukcją lekarza i podała mu. Połknął leki i popił.

Dziękuję. Już jestem zdrowszy. Popatrzę teraz na telewizję.

Marianna zabrała tacę z talerzami po obiedzie.

Janie, odezwałem się do niego. Może spróbujesz leczenia jednego z moich gości. Pomógł mi rano gdy nie czułem się dobrze.

Jest lekarzem? Spytał Jan.

Chyba tak. Odpowiedziałem. Tak jakby. Można spróbować. Mi naprawdę pomógł. Zgodzisz się?

Mogę spróbować, czemu nie. Może pomorze, wyszło mu do rymu.

Pójdę do niego, powiedziałem.

Wyszliśmy z Marianną. Ona z zabranymi naczyniami udała się do kuchni ja na mały dziedziniec. Trzech pasjonatów walki trenowało daleko na końcu, a Goer oglądał rośliny.

Podszedłem do niego.

Oglądasz?

Tak. Jest tu bardzo wiele gatunków, czy wszystkie są jadalne?

Tak. Oczywiście. Jesz je codziennie w różnych postaciach. Marianna to urządziła i ona tu uprawia. Na Ziemi od dawna przybywa co roku wiele nowych gatunków, czy może odmian roślin uprawnych. Pracują nad tym naukowcy.

U nas uprawy są bardziej tradycyjne, powiedział.

U nas te główne też, widziałeś przecież pola w czasie naszego lotu. Tutaj jest uprawa tylko na potrzeby zamku, a może to nawet nie wystarcza i dokupuje się resztę. Przyznam ci się, że tego nie wiem. Znasz się na roślinach i uprawie?

Tak. Jest to jedna z moich wyuczonych dziedzin.

A na walce? Pokazałem ręką w kierunku ćwiczących.

Na tym nie. Uczono nas tylko jak się bronić w razie zagrożenia. Lubię patrzyć jak ćwiczą, ale to długa droga i wiele lat stałego treningu dla osiągnięcia ich poziomu.

Słuchaj, przeszedłem do sedna sprawy. Uleczyłeś mnie rano. Naprawdę uleczyłeś. Czuję się znakomicie.

Masz Książe dobry organizm i zdrowe organy. Przywróciłem im tylko relacje między nimi i wróciły do równowagi. Mówiłem ci, że to tylko przemęczenie. Dlatego znów czujesz się dobrze, lecz coś cię nurtuje, spojrzał mi prosto w oczy.

Tak. Nie chodzi jednak o mnie. Jan, ten starszy z lokai jest chory. Bierze zaordynowane przez specjalistów leki, ale byłem u niego i nie wygląda dobrze. Może ty zerkniesz na niego?

Chodźmy, rzucił bez ceregieli.

Pojechaliśmy na piętro. Zapukałem do drzwi. Zostaliśmy zaproszeni. Jan wyłączył ekran gdy weszliśmy.

Przyprowadziłem ci doktora, pokazałem na Goera.

Dzień dobry, Goer skłonił się Janowi, rozejrzał się po pokoju i podszedł do łóżka. Popatrzył mu dość długo w oczy i rękami przesunął nad jego ciałem wzdłuż od głowy do stóp.

Zamknij oczy, poprosił.

Spłoszony Jan spojrzał na mnie. Skinąłem uspokajająco głową. Zamknął je.

Goer rozłożył dłonie i chwilę poruszał nimi wolno nad klatką piersiową i brzuchem Jana. Zabrał ręce, wyprostował się.

Możesz otworzyć. Poczujesz się lepiej.

Dziękuję, odruchowo powiedział Jan otwierając oczy. Zaczął poprawiać włosy i wyrównywać kołdrę. Wyglądał na ożywionego.

Jutro przyjdę do ciebie i może pójdziemy na słońce, powiedział Goer, jeśli już będzie dobra pogoda.

Do widzenia Janie, powiedziałem od siebie i wyszliśmy.

No jak znajdujesz jego zdrowie?

To starszy człowiek i ciężko pracował. Ma sporo zużytych organów, ale ich działanie jest wspomagane przez leki, które otrzymuje. Macie dobrych lekarzy. Będzie zdrowy.

Pomogłeś mu jakoś od siebie?

Uporządkowałem trochę jego prądy. Niektóre połączenia były porozwidlane i postrzępione, rozpraszały przepływ. Niektóre przez to błądziły nie tam gdzie trzeba. Serce przez to również nie pracowało bardzo równo. Jutro będzie znacznie silniejszy. Poza tym nie jest tam dobre powietrze. Wszędzie w zamku z resztą. Wiele różnych bakterii, pleśni i grzybów przemieszcza się w powietrzu. Może to za sprawą wilgoci. Powinien więcej przebywać na świeżym powietrzu. Wszyscy z zamku powinni.

Zrobiło mi się głupio. Zrozumiałem dlaczego ciągle siedzą na dziedzińcu. W końcu to ja byłem tutaj gospodarzem.

Dziękuję ci Goer. Będziesz się nim opiekował?

Tak. Jutro zajrzę do niego, ale już będzie lepiej, powiedział z pełnym przekonaniem.

Byliśmy już na dole. Uścisnąłem mu rękę i gestem dałem znać, że chcę jeszcze coś załatwić. Skinął głową, a ja przez salę poszedłem na zaplecze. Stanisława nie było w jego gabinecie. Wszedłem do kuchni, a tam zapach! Kucharze wyjmowali z piekarnika ciasta i tace z ciasteczkami. Pomagała im Lusia. Zobaczyli mnie i skłonili się z daleka. Lusia pokręciła głową, że jeszcze nie i podniosła do góry trzy palce. Roześmiałem się i pokazałem, że spokojnie, że wiem. Też się roześmiała. Zapytałem czy nie wiedzą gdzie może być Stanisław. Lusia powiedziała, że o tej porze na pewno odpoczywa u siebie, ale może go zawołać.

Nie, dziękuję. To nic pilnego. Niech odpoczywa.

Zawróciłem do wyjścia. Zapach świeżych wypieków szedł ze mną. Skojarzył mi z czymś ciasteczka. Odwróciłem się.

Czy mógłbym dostać trochę ciasteczek?

Tak, oczywiście, zakrzątnęła się Lusia. Szybko wyciągnęła z szafki talerzyk i już była przy najbliższej tacy.

Poczekaj, jeszcze masa, powstrzymał ją młody pomocnik. Powinna już się zestalić.

Podszedł do szafy chłodzącej i wyjął przykrytą misę. Zajrzał pod pokrywę. Uśmiechnął się szeroko z zadowoleniem i zaniósł misę na blat. Zsunął ciasteczka z jednej tacy i wielkim nożem zaczął nakładać na nie po kolei gęstą masę. Lusia przykrywała z wierzchu drugim ciasteczkiem i układała na talerzyku. Ich sterta rosła. Spoglądała na mnie i dokładała następne. W końcu zauważyłem również pytający wzrok pomocnika. Wtedy zrozumiałem. Biorą mnie za niezłego łasucha.

To nie dla mnie, szybko wyjaśniłem. Chcę je zawieźć trzem głodnym. To niespodzianka. Można to jakoś zapakować?

Przełożyli ciasteczka do pudełka i pomocnik podał mi je.

Niech pan choć jedno spróbuje, Lusia podała mi ostatnio sklejone.

Ugryzłem. Było pyszne. Młody podał mi jeszcze ukrojony spory kawał ciepłego ciasta. Dołożyłem do pudełka na wierzch ciastek.

Nie! Zaprotestował. Masa się rozpuści.

Wyjął ciasto i zawinął go w jakąś specjalną folię.

Podziękowałem i wyszedłem. Gdzie może być Touen myślałem. Do korytarza wszedł Stanisław.
Z nieba mi spadł w najbardziej odpowiednim momencie.

Myślałem o tobie, zatrzymałem go. Mam do ciebie parę spraw.

Szerokim ruchem ręki zaprosił mnie do swojego gabinetu. Przysiadłem przed jego biurkiem. Stanisław stał wyczekująco.

Usiądź proszę, nie stój. Najpierw mi powiedz jak się połączyć z pokojem Touena. To ten z taką bladą skórą.

Stanisław siadł na swoim miejscu, zajrzał w komputer i podniósł słuchawkę.

Dwadzieścia sześć, powiedział i wybrał numer. Podał mi słuchawkę. Czekałem i czekałem. Chyba go niema, albo śpi. W końcu Touen zgłosił się nie pewnym głosem.

Przedstawiłem się i zaproponowałem kolejny lot.

Zaraz będę na dole, odpowiedział ochoczo.

Wróciłem do rozmowy ze Stanisławem. Zapytałem go czy można jakoś przewietrzyć zamek, osuszyć, może ogrzać? Powiedziałem mu co stwierdził Goer.

Stanisław wyraźnie zmieszał się. Powiedział, że zajmie się tym Michał. Poprosiłem go również o sprawdzenie czy jest możliwość podłączenia jakiegoś automatu do otwierania również tej drewnianej bramy, żeby się z nią nie męczyć za każdym razem, oraz o zamontowanie dodatkowych wyłączników świateł w wielkiej sali przy windzie. Jeszcze coś chciałem z nim załatwić, ale nie mogłem sobie teraz przypomnieć.

Powiem ci jeszcze o czymś później, chyba muszę zacząć zapisywać sprawy do załatwienie. Wrócę na kolację.

Touen czekał na mnie w szeroko otwartych drzwiach na dziedziniec. Nie padało. Wreszcie.

Otworzyłem pudełko, podniosłem z wierzchu zawinięte ciasto i poczęstowałem go ciasteczkiem. Bardzo mu smakowało.

Zawieziemy to chłopakom na dół. Pożarliśmy im przecież cały zapas.

Touen startował, ale poprosiłem go by tym razem poleciał w lewo i zatoczył tak duży łuk, żeby podejść na stanowisko rycerzy od przeciwnej strony niż zamek i bardzo nisko nad ziemią.

Nie widzę ich powiedział, gdy nisko zmierzaliśmy już w ich kierunku. Czy mogę jakoś ich namierzyć?

Nie, odpowiedziałem, z tego pojazdu nie ma takiej możliwości. Powinieneś już pamiętać gdzie oni siedzą, pouczyłem go. Przypomniał mi jednak swoim pytaniem co jeszcze chciałem od Stanisława.

No jak? Poradzisz sobie, zapytałem, czy ci pomóc?

Wtedy zrobił coś dziwnego, czego się nie spodziewałem. Zatrzymał lot i zaczął się cofać. Dokładnie po tej linii jaką przylecieliśmy. Leciał wciąż tyłem dokładnie z tą samą prędkością na każdym odcinku jak w tę stronę i po takim samym torze. Za chwilę byliśmy nad miejscem startu. Nie wylądował jednak tylko spojrzał w prawo tam gdzie lataliśmy poprzednio, przymknął oczy, chwilę pomyślał i poleciał z powrotem teraz bardzo szybko znów w dół do rycerzy. Za chwilę wylądował bardzo blisko miejsca ich postoju.

Jak to zrobiłeś?, zapytałem.

Przeliczyłem sobie, odpowiedział prosto.

Z krzaków wyszli do nas dwaj rycerze. Z tej strony rzeczywiście nie było widać ich pojazdu.

Dlaczego nie wylądowaliście poprzednim razem?

Touen przeliczał, powiedziałem.

Acha, potwierdzili, ale głowę daję że nie wiedzieli o co chodzi. Ważne, pomyślałem, że widzieli nas od początku do końca wtedy i teraz. Czuwają, zasłużyli na prezent.

Gdzie młody?, zapytałem.

Przy pulpicie, ma dyżur.

To dobrze. Mam dla niego coś za dobrą służbę. Pokazałem pudełko.

Wskazali zapraszająco gestem w kierunku gdzie był ukryty ich pojazd.

Wszedłem na chwilę do środka. Podałem młodemu pudełko i porosiłem, żeby zwrócił je wieczorem. Zanim zdążył zajrzeć do środka wyszedłem.

Wróciliśmy na plac przed bramą już bardzo szybko. Touen zaimponował mi swoimi postępami. Błyskawicznie dochodził do wprawy. I to jego błyskawiczne przeliczanie. Przypomniałem sobie jak podobnie podawał mi namiary Goer.

Było jeszcze trochę czasu do kolacji. Postanowiłem wejść na mały dziedziniec do ćwiczących. Nie było już tam nikogo. Ani ich, ani Marianny z ogrodniczkami. Spojrzałem na swój miecz i dzidę wciąż oparte o ścianę przy drzwiach. Zrobiłem parę zamachów mieczem, kilka wypadów i parad, pokręciłem trochę dzidą.
Kiedy wreszcie znajdę czas, żeby się trochę rozruszać?

Pomyślałem, że zajrzę jeszcze do swojego nowego pojazdu. Otworzyłem go i rozbudziłem system. Cieszyłem się jego odświeżonym wnętrzem, ale wciąż nurtowało mnie, że nie ma już takich możliwości jak poprzednio. Nie chodziło mi o uzbrojenie, ale o to że nie mam pełnego przeglądu otoczenia. Czułem się trochę jak niedowidzący. Nie bardzo byłem przekonany, że to nie jest możliwe, wszak pozostały te same wbudowane anteny.

Zacząłem rozmyślać jak przywrócić systemowi jego poprzednie możliwości. Grzebałem w konfiguracji systemu, sprawdzałem jak są w nim umiejscowione poszczególne anteny, zarządzanie nimi. Nie wiele mi to mówiło. Nie jestem specjalistą od tych spraw. Zawsze byłem tylko użytkownikiem.

Połączyłem się na koniec z Kami. Wyłuszczyłem mu swój problem. Powiedział, że nigdy nie miał do czynienia z instalowaniem programu wojskowego, ale wie że ten program współdziała z tym który zainstalował u mnie. Tak oba te systemy funkcjonują w pojazdach, które obsługują rząd.

Zaproponował na próbę pewną sztuczkę. Wysłuchałem jego instruktażu i rozłączyłem się. Z wielkim strachem, że przecenia moje możliwości poprzeciągałem wszystkie anteny w programie do aparatu łączności z rycerzami ziemi. Jak do folderu. Zatwierdziłem i zamknąłem program.

Zaczął zwykłe testowanie zamykające, ale tym razem trwało to bardzo długo. Na koniec zapytał o zapis ustawień. Kazałem zapisać, ale bez zmiany na identyfikatorze. Ponownie z wielkim strachem przystąpiłem do rozruchu. Wszystko przebiegło jak zwykle. System na koniec bez sprzeciwu zameldował gotowość.

Teraz się okaże co narozrabiałem, pomyślałem i wypuściłem swobodną antenę penetrującą. Ustaliłem jej wysokość na sto metrów, co dodając wysokość zamkowego wzgórza powinno dać wystarczający zasięg.

Antena zameldowała nawiązanie połączenia. Włączyłem rozpoznanie swój/obcy. Ekran zgodnie z typem anteny zmienił się na trójwymiarowy. Hura! Zobaczyłem całe podzamcze jak na dłoni. Dwa pojazdy wrogów przycupnięte obok siebie w rozpadlinie.

Ciekawe czy im się wydaje, że ich nie widać?

I co najważniejsze sześć pojazdów „swój” rozmieszczonych bardzo szeroko z obu stron wzgórza.

Byłem dumny. Trzeba będzie podziękować przy okazji panu Kami. Ciekawe czy udawał, że się nie zna na wojskowych systemach, czy ma po prostu taką komputerową intuicję jaką już nie raz stwierdzałem u tych fachowców.

Przyjrzałem się dokładnie rozmieszczeniu rycerzy ziemi. Zgodnie z zasadami taktyki kryli cały teren, tak że nic im nie mogło umknąć. Przy okazji uzyskałem potwierdzenie, że rząd bardzo poważnie traktuje naszą misję. Sześć pojazdów ochrony to duża operacja. Po jednym pojeździe do ochrony każdego naszego i po jednym na każdy pojazd intruzów oraz pojazd dowódcy.

Poczułem się znacznie bezpieczniej. Dobrze wiedzieć na co można liczyć.

Wywołałem rycerzy z systemu pojazdu jako połączenie kontrolne. Potwierdzili łączność. Wspaniale. Powyłączałem wszystko, antena sfrunęła do swojego luku. System tworzył zapis i wtedy stało się nieszczęście, którego cały czas się obawiałem. Komputer zawiesił się. Memłał i memłał i nie mógł sobie z czymś poradzić.

Załamałem się. Dlaczego zawsze musi mi się coś takiego przydarzyć? Wezwany w takich przypadkach fachowiec robi potem dokładnie to samo co ja i jemu się nie wiesza, a mnie zazwyczaj tak.

Pechowy jestem do tych komputerów.

Zostawiłem system bez wyłączenia, aby nie utracić tego co uzyskałem i wyszedłem z pojazdu. Właz zamknąłem ręcznie. Dobrze, że parkuję na wewnętrznym dziedzińcu.

Wszedłem do wielkiej sali. Wszyscy gromadzili się już przy stole przed kolacją. Przeprosiłem ich, że nie będę teraz z nimi jadł, ale mam ważne sprawy.

Widziałem jak zaniepokojony Goer popatrzył na mnie z uwagą.

Poszedłem prosto do Stanisława.

Poinformował mnie, że sprawa nie dobrego powietrza w zamku wyjaśniła się. Brak prądu spowodował wyłączenie się klimatyzacji. Po odblokowaniu turbiny ruszyły tylko wentylatory, a nie zadziałało uzdatnianie powietrza. Pierwszy raz zdarzyła się awaria napięcia i nikt nie przewidział, że może mieć takie następstwa. Obecnie Michał uruchomił płukanie filtrów, włączył dezynfekcję kamiennych kanałów i potem po przewietrzeniu do wieczora powinno być już normalne zdrowe powietrze.

Odetchnąłem z ulgą. Myślałem, że stęchłe powietrze jest cechą tego starego zamczyska i bardzo ucieszyłem się, że tak nie musi być. Nie wiedziałem, że jest tu zainstalowany taki dobry system wentylacyjny.

Jeśli chodzi o dodatkowe włączniki oświetlenia, informował dalej Stanisław, zamówił je już u dostawcy. Będą dostarczone w poniedziałek. Zostaną wymienione na nowe te główne przy wyjściu na zaplecze, a przy windzie zostaną zamontowane współpracujące z nimi bezprzewodowe. Nie trzeba będzie prowadzić żadnych nowych kabli, psuć ścian.

Jak to wymyśliłeś, zapytałem uradowany.

Poradziłem się trochę specjalistów i kolegów z agencji, którzy pracują w innych starych zamkach. To najlepszy sposób na montaż dodatkowych wyłączników. Przybędzie też ktoś z firmy od instalacji zamykania bramy. Opracują jakiś sposób i zaproponują rozwiązanie.

Bardzo ci dziękuję, a ja już wiem o co chciałem cię jeszcze prosić.

Trzeba zamontować na lądowisku przed bramą namierniki nawigacyjne i radiolatarnię. Musisz się zorientować jakie firmy wykonują takie instalacje. Może trzeba ogłosić jakiś przetarg? To musi być zarejestrowane w zarządzie ruchu. Nie wiem dokładnie jak to się załatwia, a może trzeba najpierw zgłosić się do nich, może oni dadzą jakąś firmę, która wykonuje takie instalacje? Sprawdź to, bardzo proszę. Jest mi to niezbędne.

Tak, oczywiście. Myślę, że zacznę jednak od kontaktu z zarządem ruchu. Tam dowiem się wszystkiego najprędzej, odpowiedział Stanisław.

Mam jeszcze jeden problem, zacząłem. Popsułem system operacyjny w tym pojeździe na dziedzińcu. Muszę ściągnąć specjalistę.

Wyciągnąłem kartę pana Kami i sięgnąłem po telefon.

Trzeba Zuzię poprosić. Ona się zna na komputerach, powiedział Stanisław.

Zgłosił się Kami. Wyjaśniłem mu jaki powstał problem i zapytałem co mogę z tym zrobić. Zaczął mi tłumaczyć jak można postąpić w takich przypadkach, ale nie wiele z tego rozumiałem i bałem się sam dalej majstrować przy systemie pojazdu. Zaproponowałem mu przylot do zamku i pomoc przy naprawie instalacji. Zapalił się do tego pomysłu.

Jutro jest niedziela. Nie mam żadnych planów, o której mogę być u pana?, zapytał.

Może pan być nawet natychmiast. Jesteśmy tutaj cały czas. Czy trafi pan do mnie?

Trafię na pewno. Ustalę trasę bez problemu.

Pomyślałem, że ktoś taki jak on przydał by się na stałe w naszej ekipie. Nasunęło mi to pewien pomysł.

Może zechciał by pan wstąpić do naszej ekipy? Pracuje pan dla rządu to może uda mi się załatwić pana oddelegowanie do nas. Co pan na to?

Jestem za, z ochotą podjął temat.

Powiedziałem, że czekam na jego przyjazd, a w między czasie spróbuję coś w tej sprawie załatwić.

Połączyłem się z kancelarią prezydenta. Poprosiłem sekretarza. Wyjaśniłem mu jaki mam problem z systemami komputerowymi i zaproponowałem oddelegowanie do naszej misji pana Kami. Sekretarz obiecał jeszcze dzisiaj odezwać się do mnie. Życzył mi jak zwykle powodzenia.

Podziękowałem Stanisławowi i powiedziałem, że zdążę jeszcze na kolację. Wyszedł ze mną. W drzwiach do wielkiej sali zetknęliśmy się z dziewczętami, które wiozły zebrane po kolacji naczynia.

Nie zdążyłem, powiedziałem do Stanisława. Teraz poproszę kolację za godzinę do pokoju. Trudno, zjem później.

Zuziu. Zajrzyj do komputera Księcia. Cos trzeba poprawić w systemie, powiedział Stanisław.

Już z panem idę, tylko odstawię wózek, odpowiedziała Zuzia.

Stanąłem. Teraz nie miałem już wyjścia. Muszę na nią poczekać, choć nie wierzyłem, że coś poradzi. Wyszła za chwilę z kuchni już bez fartuszka. Wszedłem z nią do wielkiej sali. Wszyscy byli jeszcze przy stole i kończyli napoje. Jeszcze raz przeprosiłem za moją nieobecność przy kolacji. Syna i Touena poprosiłem, żeby gdy skończą wyszli przed bramę i zawołali mnie gdy przybędą rycerze. Z Zuzią poszedłem do pojazdu. Wyjaśniłem jej po drodze co zrobiłem i co się wydarzyło na koniec z systemem.

Sprawdzę, krótko skwitowała moją opowieść.

Otworzyłem właz i wprowadziłem ją do środka. Z aprobatą rozejrzała się we wnętrzu. Posadziłem ją przy pulpicie. Odblokowała komputer jakąś kombinacją klawiszy, weszła do systemu i zaczęła coś tam przerzucać, przesuwać, kasować. Wystraszyłem się, ale pomyślałem, że Kami w razie czego naprawi. Po chwili system zaczął się zamykać. Patrzyłem w napięciu co się stanie i nic się nie stało. Zapisał ustawienia i zamknął się. Spojrzałem na Zuzię.

Co zrobiłaś?

Nic. Te anteny, które pan poprzesuwał w jedno miejsce miały takie same linie startu. Gdy były osobno program zamykał je po kolei, a gdy znalazły się w jednym miejscu to zgłupiał. Zamykał jedną i przechodził dalej, a wtedy stwierdzał, że nie zamknął anteny, bo było ich kilka i wracał, po czym stwierdzał, że jest zamknięte i szedł dalej i znów stwierdzał i wracał. Robił by to w nieskończoność. Teraz już jest dobrze.

I będą działać?

Nie wiem, ale powinny. Nic nie zmieniłam. Zostawiłam jedną wspólną linię dla wszystkich. Razem się otwierają i razem zamykają. Przedtem i tak się otwierały wszystkie tylko osobno, każda po kolei.

Sprawdzimy. Uruchomiłem system. Po skończeniu procedury wysłałem tak jak poprzednio antenę penetrującą. Na ekranie zobaczyłem lądujący na placu przed bramą punk „swój”, oraz przelatujący na wysokości placu dość daleko i wolno „obcy”

Zuziu. Idziemy przed bramę. Mamy gości. Wszystko działa. Jesteś świetna, skąd się na tym znasz?

W drodze mi opowiedziała, że chodziła do średniej szkoły o profilu informatycznym. To była jej pasja i została jej do dziś. Na studia poszła na inny kierunek, bo wiedziała, że z tej dziedziny nic już jej nie nauczą. Przeprosiłem ją w duchu za brak wiary w jej umiejętności. Dobrze, że nie drwiłem z niej przed Stanisławem i zgodziłem się na jego propozycję.

Przed bramą wysiadali ze swojego pojazdu rycerze. Oddali mi pudełko po ciastkach. Chwilę porozmawialiśmy w zasadzie o niczym. Podziękowali za ciastka i odlecieli. Tak miało być, plan działa.

Z Grzemem i Touenem ustaliliśmy spotkanie na nocną eskapadę o dwudziestej drugiej trzydzieści przy bramie. Z Zuzią wszedłem po drodze do nowego pojazdu, a piloci zamknęli bramy.

Przystąpiłem w obecności Zuzi do zamykania systemu. Wszystko przebiegło bez zakłóceń. System zamknął się bez problemu. Dmuchając na zimne zapisałem zmiany na identyfikator w osobnym folderze.

Gdy szliśmy do zamku poprosiłem Zuzię, żeby zgłosiła dla mnie kolację do pokoju. Wjechałem na górę. Umyłem się, przebrałem i przeszedłem do gabinetu. Sprawdziłem połączenia. Między innymi było potwierdzenie oddelegowania do mnie Kami. Ucieszyłem się, będę spokojniejszy.

Od drzwi przyszedł sygnał. Sprawdziłem na ekranie.

To Lusia z Zuzią i moja kolacja. Zaprosiłem je do środka. Błyskawicznie nakryły mi stolik i nałożyły potrawy. Lusia z półki pod wózkiem wyjęła ułożone ubranie z prania i buty. Podniosła z uśmiechem trzy palce i poszła z nimi do garderoby.

Po chwili obie wyszły.

Po kolacji nastawiłem sygnał na dziewiątą wieczór i położyłem się na drzemkę. Nie spałem za dobrze. Śniły mi się hałasy z komnaty przy elektrowni, tak że gdy włączyło się budzenie wstałem z ochotą. Zajrzałem do wiadomości, poziewałem i zjechałem na dół. Spotkałem Stanisława, który szedł już do siebie na odpoczynek.

Przepraszam, ale zapomniałem chyba cię zawiadomić, że jutro przybędzie jeszcze jeden gość. Nie wiem jeszcze o której.

Nie będzie kłopotu, odparł Stanisław.

Śpij dobrze, życzyłem mu na pożegnanie.

Ja będę spał, a pan znowu się nie wyśpi i będzie się dziwił jutro dlaczego się źle czuje. Trzeba więcej dbać o siebie.

Zdążę jeszcze zadbać, zdążę Stanisławie.

Usłyszałem cichutkie „młodzieniaszek”, a może mi się tylko zdawało.

Wyszedłem na zewnątrz. Była piękna ciepła, spokojna noc. Taka jak na spacery, pomyślałem. Otworzyłem bramy. Wyszedłem przed zamek. Otworzyło się przede mną całe ugwieżdżone niebo. Rozglądałem się rozpoznając poszczególne gwiazdozbiory. Moi goście przybyli skądś tam jeszcze dalej niż widać. Bez szelestnie pojawił się Touen.

Próbuję zgadnąć gdzie mieszkacie, zwróciłem się do niego.

Tam, wskazał bez wahania wprost przed siebie.

Czy widać stąd was choć jako punk?

O nie, spojrzał zdziwiony. To o wiele za daleko.

Za chwilę pojawił się ziewający syn.

Spałeś już?, zapytałem.

Nie. Teraz bym się chętnie położył, powiedział ponurym głosem.

Mam nadzieję, że nie zaśniesz w czasie lotu?

Co to za lot. Pięć minut i lądowanie. Nie zasnę. Napijemy się kawy u chłopaków.

Żartowałem, uspokoiłem go. Dobry pomysł z tą kawą.

Słuchajcie. Polecimy tak. Grzem tak jak stoisz lecisz długim łukiem w lewo za zamek i potem ląduj z tej strony przed rycerzami, a my w prawo i wylądujemy z tyłu za nimi. Dobrze?

Potwierdzili obaj.

No to wsiadamy i start. Bez gadania w locie, cisza.

Jeszcze raz potwierdzili.

Grzem poszedł do swojego, a my z Touenem wsiedliśmy do mojego pojazdu. Ciekaw byłem jak mój pilot spisze się w nocy. Specjalnie wyznaczyłem mu inną trasę niż poprzednio, żeby nie mógł lecieć po swoich poprzednich przeliczeniach, ale nie wyglądał na speszonego. Prawidłowo przeprowadził całą procedurę rozruchu i szykował się do startu.

Jak chcesz lecieć bez widoczności?, zapytałem go.

Będę patrzył w ekran nawigacyjny, odpowiedział chyba zdziwiony.

Przecież na ekranie ich nie zobaczysz.

Ale już pamiętam gdzie są. W dzień też widziałem okolicę na ekranie.

Na pewno?

Na pewno, odpowiedział pewnie.

No to startuj. Przepraszam, że tak cię wypytuję, ale chcę mieć pewność, że jak zostaniesz sam to poradzisz sobie bez problemu w każdej sytuacji. Nie znam przecież twoich możliwości. Nie obrażasz się na mnie?

No skąd. Rozumiem przecież twoje intencje.

Tak sobie rozmawialiśmy, a Touen mimo chodem pewnie wystartował i spokojnie leciał w kierunku parkujących na dole rycerzy. Śledziłem uważnie cały czas jego poczynania i nie mogłem mu nic zarzucić. Spisywał się jak wytrawny pilot. Takim widocznie był, ale ja musiałem się o tym przekonać. Wylądował w tym samym miejscu co rano i to tak, że prawie nie wyczułem przyziemienia. Po ciemku. Teraz już wiedziałem, że poradzi sobie w każdej sytuacji tak w dzień, jak i w nocy.

Opanowałeś widzę ten pojazd? Wydaje mi się, że poradzisz sobie już w każdej sytuacji. Włącz zewnętrzne kamery, dobrze? Zobaczymy co naprawdę widać.

Tak czuję go już, odpowiedział. Trenowałem w pokoju. Słabo jednak widać w nocy z kamer na ekranie.

Trzeba włączyć korektę i dostosowanie. To dobre kamery, poradzą sobie. Pokazywałem ci jak to się robi? Jak trenowałeś w pokoju?

Zadawałem mu pytania i regulowałem kamery i po chwili wszystko było widać prawie jak w dzień. Włączyłem na koniec automatyczny dobór kolorów. Za zaroślami nie było widać pojazdu rycerzy.

Wysiadamy. Wyłączaj wszystko i ustaw system na tryb jałowy. Jakoś nie wychodzą do nas rycerze, dziwiłem się.

Może nas nie zobaczyli. Powiedział Touen.

Nie możliwe. Zawsze czuwają. Otwieraj właz.

Wtedy odezwał się w aparacie głos Slima.

Nie otwieraj na razie włazu, przyjdziemy po ciebie.

Spojrzałem na Touena. Dał znak głową, że zrozumiał.

Włącz z powrotem kamery, poprosiłem.

Na ekranie znów ukazał się obraz. Żeby przerwać ciszę zapytałem go znów jak trenuje pilotowanie w pokoju.

Zakładam hełm i odtwarzam z pamięci trasę przelotu. Potem hełm powtarza mi trasę dowolną ilość razy i wyrabiam sobie nawyki.

Twój hełm ma takie możliwości?

Nie tylko takie. To bardzo skomplikowane urządzenie łączące pilota z pojazdem. Mówiłem ci, że my pilotujemy bez używania rąk.

Na ekranie ukazało się trzech rycerzy idących w naszym kierunku. Byli w pełnym rynsztunku z długą bronią i rozglądali się na wszystkie strony. Coś się działo.

Widzisz?, wskazałem na ekran. Wychodzimy.

Włączyłem tryb postojowy i otworzyłem właz. Wyszliśmy na zewnątrz.

Zamknij za wami, polecił Slim.

Slim? To ty? Skąd ta ostrożność? Co się dzieje?

Nic poważnego. Chodźcie z nami.

Wzięli nas w środek i poprowadzili w zarośla. Za chwilę weszliśmy do ich pojazdu.

W środku stał blady Grzem w otoczeniu pozostałych rycerzy i z ożywieniem o czymś rozmawiali.
Gdy mnie zobaczył spuścił szybko oczy.

Rozwalił swój pojazd, pomyślałem.

Co się stało?, zapytałem wystraszony.

Przyleciałem przed wami i gdy wychodziłem na rampę zaatakowały mnie jakieś gadziska. Było ich kilka, nie wiem może pięć może więcej. Było ciemno. Coś takiego nie powinno się zdarzyć. Wszystkie zwierzęta jakie pozostały na ziemi powinny być bez agresji do ludzi, a tu całe stado rzuciło się na mnie. Uratowali mnie rycerze, którzy zobaczyli co się dzieje i wyskoczyli z bronią. Odstraszyli napastników, ale jeden który dostał się do środka mojego pojazdu tak szalał gdy próbowaliśmy go wypłoszyć na zewnątrz, że trzeba go było uśpić. Jest unieruchomiony. Trzeba to zgłosić rano do miasta, muszą go zbadać. To przecież duże zagrożenia dla wszystkich.

Co ci zrobiły? Masz jakieś rany, zapytałem poważnie wystraszony i zacząłem go oglądać.

Nie, uspokoił mnie syn. Trochę podarły mi ubranie.

Widzisz? Mówiłeś, że nie potrzebna ci broń, a tu by się przydała.

Broń, broń, odpowiedział poirytowany Grzem. Przecież wiesz, że już dawno na Ziemi nie ma agresywnych zwierząt. Przez kilka wieków był rzeczywiście spory problem po tym jak rozpoczęły się masowe kontakty z innymi galaktykami i przemycały się masowo owady i zwierzęta inne niż nasze. Był nawet okres, że groziło wyparcie wielu naszych gatunków przez obce, ale to już dawno zostało opanowane i wszystkie gatunki żyją od dawna w równowadze i dzięki naukowej selekcji żadne nie są agresywne w stosunku do ludzi. To co się dzisiaj stało jest jakieś chore i naprawdę trzeba to zbadać. Nie wierzę, że uchowało się tu od zawsze agresywne stado. Coś musiało spowodować ich agresję. Zawiadomię moich kolegów, którzy zajmują się tymi sprawami.

Masz rację, też się dziwię, ale mówiąc o broni chodziło mi właśnie o takie nieprzewidziane przypadki, które nie powinny się zdarzyć. Wiem to ze swojej pracy. Powiem ci, że nie tylko zwierząt to może dotyczyć.

Syn spojrzał na mnie poważnie.

Wolał bym, żebyś nie miał racji, skwitował.

Ja też synu, zakończyłem.

Dzięki panowie za ratunek syna, zwróciłem się do rycerzy.

Po to tu jesteśmy. To stadko kręciło się tu już wcześniej, ale my nie wychodzimy w nocy na zewnątrz więc nie można było przypuszczać, że mogą być groźne. Tego schwytanego oddamy rano do miasta, niech go obejrzą.

Najważniejsze, że dobrze się skończyło, odezwał się Slim. Przywiozłem ci specjalistę do załogi, pokazał na siedzącego na kanapce przy burcie Kami.

Dopiero go zobaczyłem. Podszedłem do niego i przywitaliśmy się.

Panowie, porozmawiajcie sobie, zwróciłem się głośno do wszystkich, a ja muszę naradzić się z dowódcą.

Slim, gdzie możemy porozmawiać?

Przejdźmy Książe tam, wskazał w kierunku pomieszczeń mieszkalnych.

Wszedłem do ogólnego pokoju, z którego były wejścia do poszczególnych kabin załogi i usiadłem przy dużym środkowym stole. Slim usiadł naprzeciwko.

Widzę, że sam przywiozłeś pana Kami.

Tak. Musiałem być w stolicy i przy okazji go przywiozłem. Powiedz jakie masz najbliższe plany, bo w stolicy się denerwują co tu robimy i jakie są postępy w twojej misji. Podobno tam w obleganej galaktyce nie dzieje się najlepiej. Prezydent jest zaniepokojony.

Brałem to pod uwagę i dlatego już jutro w nocy chcę wyruszyć z emisariuszami. Stąd te moje dzienne i nocne manewry. Tak jak ci mówiłem wcześniej musimy zgubić te dwa pojazdy szpiegów, żeby mieć swobodę działania. Jak do tej pory nic nie wskazuje, żeby wiedzieli o moim pojeździe ukrytym w zamku.
Tej nocy chcę żeby jeszcze raz Grzem i Touen przylecieli do was na dół, umówmy się na czwartą, a ja będę śledził ze swojego pojazdu ruchy szpiegów. Jak dotąd zawsze startowali gdy nasze pojazdy wyruszały z zamku i latały w pobliżu pilnując czy nie odlatujemy. Chcę jutro w nocy wysłać Grzema na jakiś dłuższy przelot, a Touena do was na dół, tak żeby jak zwykle polecieli za nimi, a ja w tym czasie chcę już odlecieć moim operacyjnym pojazdem z emisariuszami bez świadków.

Świetnie, potwierdził Slim. Wyślę meldunek do stolicy. Miałeś jakiś kontakt z prezydentem?

Na razie nie. Myślałem, że zawiadomię go gdy już wyruszymy. Jutro w nocy połączę się z nim.

Dobrze. Jesteśmy umówieni. Powiedz tylko swoim, żeby nie wysiadali o czwartej na wszelki wypadek z pojazdów. Rycerze sami do nich podejdą. Ja już będę u siebie. Jutro w nocy oba twoje pojazdy będą pod ochroną i każdy ich pojazd dostanie naszego do opieki. Tobą zajmę się ja i może jeszcze ze dwa pojazdy łącznikowe. Potem zobaczymy co dalej w miarę rozwoju sytuacji. Masz jeszcze coś do mnie?

Tylko prośbę, żeby nic się nie stało mojemu synowi.

Spojrzał na mnie inaczej, tak prywatnie.

Obiecuję, zapewnił patrząc mi prosto w oczy.

Wyszliśmy z powrotem do pomieszczenia służbowego.

Panowie. Wracamy, zwróciłem się ogólnie do wszystkich.

Dowódca pojazdu wydał dyspozycję dwóm rycerzom, żeby najpierw odprowadzili Grzema do jego pojazdu, a nam polecił poczekać aż wrócą.

Poprosiłem syna, żeby zaczekał na mnie w zamku. Wyszli. Umówiłem się z dowódcą grupy na drugą nocną wizytę. Slim przekazał mu krótko co ustaliliśmy. Za chwilę otworzył się właz i wrócili po nas rycerze.

Odleciał?, zapytałem.

Tak Książe. Proszę z nami. Rozejrzeli się z rampy i dali znak do wyjścia. Prowadzili nas cały czas z opuszczoną bronią bacznie rozglądając się wokół przez hełmy z nocną widocznością. Dotarliśmy do naszego pojazdu. Pierwszego wpuściliśmy Kami z bagażami. Podziękowałem rycerzom i odlecieliśmy. Touen wylądował pewnie przed zamkiem. W oświetlonej bramie czekał na nas Grzem. Zamykając bramę ustaliłem z nim i Touenem spotkanie na drugi nocny lot.

Nie boicie się? Nie będziecie już musieli wysiadać na dole.

Nie boimy się, odpowiedział Grzem za obydwu. Teraz chodźmy lepiej spać bo już za chwilę nie wiele zostanie do czwartej. Dobranoc.

Dobranoc, odpowiedziałem. Touen ty też idź się wyspać. Rano lecisz sam.

Dobranoc, powiedział i spojrzał na mnie nie wiem zadowolony czy zmartwiony.

Odeszli z Grzemem, a ja zostałem z rozglądającym się ciekawie Kami.

Panie Kami. Da pan radę zajrzeć jeszcze o tej porze do pojazdu?

Tak, oczywiście odparł z ochotą.

Nie jest pan śpiący?

Jestem, ale to dla mnie normalne. Poradzę sobie. Jestem przyzwyczajony do pracy o różnych porach. Awarie nie wybierają. Taka moja praca.

Podeszliśmy do mojego uśpionego pojazdu. Wprowadziłem go do środka. Uruchomiłem systemy. Kami bacznie śledził meldunki komputera przy testowaniu.

Wszystko działa poprawnie, informowałem, ale muszę mieć pewność, że nic nie nawali w czasie misji, dlatego zależy mi żeby pan sprawdził cały system po moich niewprawnych działaniach przy uruchamianiu pełnych możliwości anten. Poprawiła co prawda po mnie jedna dziewczyna, ale zależy mi na pana opinii.

Już działam, rozsadził się wygodnie przy pulpicie i zaczął przeglądać system. Wie Książe co? Proszę niech pan też idzie spać bo to może trochę potrwać. Trudno mi teraz powiedzieć jak długo.

Dobrze. Sen przyda mi się na pewno. Obudzę jeszcze kogoś w zamku, żeby zaprowadził pana potem do jego pokoju. Zaraz ktoś się do pana zgłosi.

Nie ma takiej potrzeby. To naprawdę może potrwać dość długo, a ja mam ze sobą w bagażach wszystko co mi potrzebne i jak skończę ułożę się tu u pana gdzieś na kanapie. Mogę?

Jeśli tak pan woli to proszę.

Proszę jeszcze chwilę poczekać, zatrzymał mnie Kami. Pobrałem z kancelarii prezydenta dla pańskiej misji wojskowy program operacyjny za pisemną zgodą prezydenta. Sam pan musi go odpieczętować i wprowadzić swoje hasło dla rejestracji instalacji.

Musimy go teraz instalować?. Nie można rano?

Można. Tylko nie wiem jeszcze jak działa pański obecny system po tych poprawkach i czy nie lepiej zainstalować nowy program od razu.

Umówmy się tak, powiedziałem po namyśle. Jeśli będę potrzebny to obudzi pan mnie przywołaniem, a ja natychmiast przyjdę.

No tak, to jest rozwiązanie, zgodził się Kami.

Życzę dobrych snów.

Podziękowałem i natychmiast poczułem, że rzeczywiście jestem bardzo śpiący i zmęczony. Poszedłem do zamku wsiadłem do windy i za chwilę znalazłem się w łóżku. Chyba się nawet nie umyłem.

Wydało mi się, że ledwie co usnąłem zbudziło mnie przywołanie.

Ocho, Kami mnie potrzebuje, pomyślałem. Usiadłem na łóżku i wziąłem ltopika. Nie. To było po prostu budzenie. Wyłączyłem je. Godzina wpół do czwartej. Ciekawe jaka jest teraz temperatura na zewnątrz pomyślałem i sprawdziłem w ltopie. Chłodno. Trzeba wziąć ciepłą kurtkę. Trochę się obmyłem i wyszedłem na korytarz. Przywołałem windę i gdy wjechała w środku byli obaj piloci. Wjechali po mnie. Touen stał w swoim kombinezonie, a w ręku trzymał hełm. Trochę się zdziwiłem i zapytałem go dlaczego tak się ubrał.

Będzie mi cieplej, roześmiał się, a tak naprawdę chcę coś sprawdzić.

Jak się czujecie?, zapytałem obydwu.

Dobrze tatku, odpowiedział Grzem. zdążyłem się wyspać.

Touen skinął głową, co chyba znaczyło, że on też.

Wyglądali dość rześko. Zjechaliśmy na dół. Na dziedzińcu było zupełnie ciemno. Zaproponowałem im, żeby sami ustalili między sobą sposób przelotu do rycerzy. Pozdrowili mnie po lotniczemu i poszli w kierunku bramy. Ja wszedłem do swojego pojazdu.

Tylko przy pulpicie było trochę światła, reszta była wygaszona. Kami nie było. Siadłem na fotel. Obudziłem ekran. System był uruchomiony. Wysłałem w górę antenę penetrującą i wyregulowałem obraz. Rozejrzałem się po okolicy. Dwa obce pojazdy tkwiły jak zwykle w swoim miejscu. Pojazdy ochrony też. Skierowałem obraz na ekranie na dziedziniec przed zamkiem. Na razie nic się nie działo. Jeszcze Touen i syn uruchamiali swoje pojazdy. Za chwilę zobaczyłem jak wolno unosi się pojazd Grzema, a w ślad za nim podąża mój z Touenem w środku. Polecieli jeden za drugim, a ja śledziłem jak zniżają się na podzamcze i precyzyjnie lądują bardzo blisko siebie przy rycerzach. Zrobiłem zbliżenie. Widziałem jak podchodzą do ich pojazdów uzbrojeni rycerze. Podniosłem obraz i zrobiłem zbliżenie na pojazdy obcych. Nie było widać żadnej reakcji. Dwa ich pojazdy stały w rzadkich krzakach w kotlinie bez ruchu.

Co jest?, zdziwiłem się. Zaspali, czy może rozszyfrowali mój plan. Naprawdę mnie to zaniepokoiło. Czyżby całe moje wysiłki miały się okazać niewypałem?

Włączyłem górne światło. Spojrzałem po kabinie. Za konsolą na podłodze leżały pootwierane torby pana Kami i jego otwarty laptop. On sam spał skulony w ubraniu na twardej ławie przy lewej szafce kuchennej. Niech śpi, pomyślałem i wygasiłem zbędne światła. Ja bym tam nie usnął, wzdrygnąłem się, za twardo.

Wróciłem wzrokiem do ekranu. Z pojazdami obcych nadal nic się nie działo. Zrobiłem zbliżenie na swoich. Rycerze odchodzili właśnie machając na pożegnanie. Ustawiłem zasięg tak, żeby widzieć całe podzamcze. Nagle wpadłem na pomysł. Szybko włączyłem łączność do syna i Touena.

Rozdzielcie się. Niech każdy wraca do zamku z innej strony, powiedziałem. I nie spieszcie się.

Za chwilę zobaczyłem jak startują i kierują się zgodnie z tym poleceniem. Z niepokojem wpatrywałem się w pojazdy obcych. Udało się, odetchnąłem z wielką ulgą. Zobaczyłem jak startuje jeden, a zaraz za nim drugi i nisko, jakby skradając się ruszają w ślad za naszymi pojazdami.

Może są już umęczeni tym ciągłym pilnowaniem naszych ruchów i chcieli odpuścić? Myśleli, że oba pojazdy wrócą razem tak jak przybyły i wystarczy je tylko obserwować, ale gdy zobaczyli, że się rozdzielają na wszelki wypadek wystartowali. Pewnie będą bardzo wściekli jak znowu nasi wrócą wprost do zamku. Swoją drogą muszę zapytać Kami, jak się obudzi, czy nie ma sposobu słuchać ich łączności. Obserwowałem nadal jak nasi podnoszą lot i podchodzą do lądowania na swoich miejscach przed zamkiem. Dwa pojazdy obcych nagle przyspieszyły i to jak. Błyskawicznie wróciły na miejsca swojego postoju. Rzeczywiście są wściekli pomyślałem. To dobrze. Swoją drogą ich przyspieszenie było imponujące. Te ich pojazdy mają ogromne możliwości. Dobrze to wiedzieć.

Popatrzyłem na błogo śpiącego Kami. Chyba tak mu wygodnie? Kiedyś w jego wieku też bym się wyspał w takich warunkach, nie będę go budził. Przywołałem na dół antenę, ustawiłem system na postój. Wyszedłem otworzyć bramy i na zewnątrz do Grzema i Touena.

Nie jest późno, powiedziałem do nich, zdążycie jeszcze pospać do śniadania. Plan działa. Śledzili was i też się nie wyśpią. Jesteśmy górą.

Tato, ty też idź wreszcie spać, powiedział Grzem. znowu osłabniesz.

Idę synu, idę. Warto było się przekonać, że moje przewidywania się sprawdzają.

Popatrzyłem jeszcze po drodze na pojazd ze śpiącym w środku Kami.

Kami śpi w środku, powiedziałem do syna.

Budzić go na sen do zamku czy niech śpi?

Niech śpi. Oczywiście. Co go będziesz budził. Zanim się położy w zamku to tutaj już będzie wyspany. Niech śpi.

Poszliśmy do windy. Zacząłem usypiać na stojąco.

Widzisz? Miałem rację?, zapytał Grzem.

Miał, trzeba mu to przyznać. Dobranoc.

Tym razem przypilnowałem, żeby się umyć, przebrałem się w wygodny strój nocny, pomyślałem żeby sprawdzić połączenia, ale ustawiłem tylko budzenie i natychmiast usnąłem.

Spałem, aż się wyspałem. Tym razem nic mi się nie śniło. Obudziłem się ze świadomością, że zaraz włączy się budzenie i otworzyłem oczy. Zobaczyłem Jana szykującego moje ubranie do założenia na rano. Nie ruszałem się. Jan krzątał się bezszelestnie po pokoju i wyglądał na zupełnie zdrowego. Włączył się sygnał budzenia. Jan spojrzał na mnie i wyłączył pobudkę. Uśmiechnął się.

Wszystko gotowe, może pan wstawać Książe. Dzień dobry.

Dzień dobry Janie. Widzę cię w dobrej kondycji, powiedziałem wciąż leżąc.

Tak. Czuję się już zupełnie zdrowy.

Czy ktoś pozwolił ci już wstać?, zapytałem.

Tak. Marianna rano wysłała skany do lekarza do ośrodka i ten potwierdził, że jestem zdrowy. Pozwolił mi już wstać i przepisał mi coś tam na wzmocnienie. Czuję się dobrze i przyszedłem przygotować pana do dnia.

Bardzo się cieszę, odpowiedziałem, tylko czy nie za wcześnie bierzesz się do obowiązków?

Nie. Naprawdę już się czuję dobrze. Czy przygotować kąpiel?

Tak. Oj tak. Zaraz wstanę.

Jan wyszedł do łazienki, a ja wstałem i przeciągnąłem się głęboko. Też czułem, że jest ze mną świetnie. Czułem, że to będzie dobry dzień. Uruchomiłem rolety. Wpadło jasne światło i zapowiedziało dobrą pogodę. Wszystko się dobrze zaczyna, a to ma być ważny dzień.

Można zaczynać, pomyślałem.

Po krótkiej kąpieli ogoliłem się i miałem jeszcze chwilę czasu na sprawdzenie połączeń. Przeszedłem do gabinetu, włączyłem komputer. Było sporo informacji. Ustawiłem selekcję na służbowe i prywatne i przypomniałem sobie o Kami.

Zostawiłem wszystko na później i zjechałem na dół. Marianna z Lusią szykowały stół do śniadania.

Dzień dobry, odpowiedziałem w locie na ich ukłon. Idę po jeszcze jednego gościa, powiedziałem, będzie nas ośmiu przy śniadaniu.

Nie pokazały po sobie zdziwienia. Lusia poszła po jeszcze jedno nakrycie. Szybkim krokiem przeszedłem przez całą salę i otworzyłem wrota na dziedziniec. Jeszcze tak ładnego dnia tutaj nie widziałem. Wysoko na bladym niebie zaczynały się dopiero tworzyć nieśmiałe blade pasemka chmurek, mimo wczesnej pory było już bardzo ciepło. W bujnych pnączach na ścianach słychać było ostro dyskutujące ptaki. Rozglądając się wokół szybko szedłem do pojazdu. Po rampie dostałem się do środka. W półmroku na ławie tak samo jak wcześniej skulony tylko na drugim boku nadal spał Kami. Obudziłem go. Usiadł natychmiast. Rozejrzał się, uśmiechnął i powiedział: dzień dobry.

Co pan stwierdził z systemie?, zapytałem.

Wszystko działa. Sprawdziłem. Ktoś to wszystko ładnie uporządkował. Cały system jest stabilny.

To dobrze. Cieszę się. Ma pan kilka minut na ogarnięcie się. Idziemy na śniadanie. Tam jest łazienka, wskazałem mu drzwi.

Wiem. Już się zbieram, odpowiedział Kami.

Gdy mył się za drzwiami opowiadałem mu, że w nocy używałem anteny zewnętrznej i wszystko działało.

Trzeba było mnie obudzić, powiedział wychodząc z łazienki. Ręce wycierał we włosy.

Nie było potrzeby. Smacznie pan spał, a że wszystko działało to po co miałem pana budzić? Musiał być pan zmęczony jeśli nie obudził się pan przy mojej tu krzątaninie.

Ja mogę spać wszędzie jeśli nie mam nic do roboty, odpowiedział, czasem nie śpię przy pracy dwadzieścia i więcej godzin, a potem odsypiam gdziekolwiek.

Młody pan jest. Pamiętam, że też miałem kiedyś i to chyba właśnie mniej więcej w pana obecnym wieku taki okres. Zajmowałem się wieloma sprawami na raz i nie starczało czasu na sen. Jak mi się udało złapać trochę wolnego czasu i gdzieś położyć głowę to usypiałem natychmiast, ale spałem czujnie. W razie czego budziłem się natychmiast gdy coś się ruszyło, albo zagrażało. To chyba jednak przemęczenie jeśli nie zbudził się pan.

Lub ruszał się pan Książe bardzo cicho i nic mi nie zagrażało, roześmiał się Kami.

No tak, nie zagrażałem panu. To fakt, też się roześmiałem.

Czułem jakąś sympatię do tego wesołego chłopaka.

Idziemy do środka. Nie spóźnijmy się na śniadanie, ponagliłem go.

W drodze przez dziedziniec zapytałem go czy ma możliwość jakoś tak ustawić odbiór, żeby można było słuchać rozmów miedzy obcymi pojazdami. Poprzednio gdy używałem tego pojazdu to było możliwe.

Jeśli było możliwe to będzie możliwe, odpowiedział filozoficznie, ale do tego jest prawdopodobnie potrzebny dekoder. Może zawiera go program, który przywiozłem. Mówiłem panu Książe, że nie znam się na systemach wojskowych i nie mogę się znać. Jestem cywilnym pracownikiem i tylko takie systemy obsługuję.

A ja mówiłem panu, podtrzymałem jego swobodny, wesoły ton, że to jest cywilna, a właściwie nawet prywatna wyprawa i nie można było oddelegować do mnie wojskowego specjalisty. Liczę na to, że jeśli pan czegoś nie wie o wojskowych systemach to się po prostu domyśli.

Doszliśmy tak rozmawiając do drzwi wejściowych głównej sali. Otworzyłem je i przepuściłem go do środka.

Postaram się być domyślny, tak żeby nie zawiódł się pan na mnie Książe, powiedział na koniec wchodząc już w drzwi tyłem.

Zobaczyłem, że wszyscy już siedzą przy stole.

Dzień dobry, powiedziałem głośno od progu.

Przedstawiam wszystkim naszego następnego towarzysza podróży. To jest pan Kami. Będzie nam pomagał przy komputerach.

Nie róbcie sobie na razie ceregieli, poznacie się później, powiedziałem gdy chcieli wstawać do przywitania.

Wskazałem Kami wolne, przygotowane dla niego miejsce przy stole. Przeszedł na drugą stronę i usiadł. Ja siadłem również.

Jak tam, wszyscy wyspani?, zapytałem patrząc po wszystkich twarzach.

Nawet Grzem i Touen uśmiechali się radośnie i wyglądało, że zdążyli się wyspać. Od początku ten dzień zapowiadał się dobrze tak jak ich twarze.

To ważny dla nas wszystkich dzień, zacząłem, ale ponieważ w drzwiach ukazała się Marianna z Isią i Lusią wiozącymi przed sobą swoimi wózeczkami śniadanie, przerwałem.

Podjechały do stołu jak zwykle od mojej strony. Wybrałem jakieś pyszności, które rzuciły mi się w oczy, a raczej w żołądek i od razu tak pokierowałem nakładaniem, aby starczyło mi już do końca apetytu. Kolejno przesuwały się przy pozostałych biesiadnikach, aż wszyscy mieli nałożone na talerze. Odmówiliśmy jak zwykle krótką modlitwę i zaczęliśmy jeść.

Przypomniałem Grzemowi i Touenowi, że po śniadaniu lecą do bazy po zaopatrzenie, a ja i Kami będziemy szykowali duży pojazd do drogi. Potwierdzili, ze pamiętają. Kończyliśmy już jedzenie i przyszły z powrotem dziewczęta żeby zabrać nakrycia. Zacząłem kontynuować z panem Kami przerwaną śniadaniem rozmowę, a do sali wjechała Zuzia ze swoim wózeczkiem z gorącymi napojami i ciastami. Zaczęła rozstawiać na stole patery z pokrojonym ciastem i ciasteczkami ułożonymi w stosy i termosy z kawą i herbatą. Na koniec zaczęła podawać filiżanki na spodeczkach. Najpierw ustawiła przede mną, a potem dalej kolejno przed następnymi. Gdy podeszła do Kami, który akurat odpowiadał na moje pytanie zobaczyłem jak nagle filiżanka wraz ze spodeczkiem upada na jego kolana. Złapał filiżankę, ale spodek zsunął się na podłogę. Pan Kami spojrzał na Zuzię i poderwał się z krzesła.

Zuzia? Wykrzyknął.

Pierre, Piotr, Piotrek? Stała z szeroko otwartymi oczami i powtarzała jego imię.

Tak długo cię szukałem/am, powiedzieli jednocześnie.

Stali wpatrzeni w siebie. Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na nich. W końcu Piotr spojrzał na mnie i przerwał napięcie.

Chodziliśmy do jednej szkoły, powiedział. Od początku byliśmy parą, taką nie rozerwaną zawsze razem. To była wielka miłość, spuścił oczy, to jest wielka miłość, poprawił się. Po skończeniu szkoły Zuzia wyjechała na wakacje z rodzicami, a ja ze swoimi. Wyjechaliśmy na bardzo odległą atrakcyjną planetę. To miała być nagroda za ukończenie przeze mnie szkoły. Tam mój ojciec przez przypadek znalazł bardzo korzystną pracę. Ja też zatrudniłem się tam na dobrych warunkach i pisałem do Zuzi, ale ona nie odpowiadała. Szukałem jej w sieci bez skutku. Po trzech latach wróciłem na Ziemię. Byłem już usamodzielniony i tęskniłem za starymi miejscami. Rodzice zostali tam. Nadal szukałem Zuzi, ale aż do dziś bezskutecznie.

Ja też cię wciąż szukałam, odezwała się cicho Zuzia. Nie wróciłeś po wakacjach, potem ja wyjechałam na studia do innego miasta. To niewiarygodne, że nasze listy tak krążyły gdzieś obok siebie w kosmosie i nie mogły się spotkać. Teraz cię znalazłam.

Stali i wciąż patrzyli na siebie.

Idźcie sobie gdzieś porozmawiać, przerwałem tę ciszę, a my skończymy śniadanie.

Wzięli się za ręce i poszli w kierunku dziedzińca. "

Za dużo zaznaczyłem stron/znaków i nie chciało się wgrać, to przyciąłem trochę z przodu.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: czwartek, 28 maja 2015, 21:25 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
Czytamy czytamy ....

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: niedziela, 28 czerwca 2015, 21:13 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
I co ?
To tyle ?
Tak fajnie się czytało ....

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: niedziela, 28 czerwca 2015, 22:08 
O! Myślałem, że nikt nie czyta to nie wstawiałem.
Coś tam poczytam co dalej napisałem to jakiś fragment wstawię.
Dopiero wróciłem z lotniska i nie wiem czy dziś sił mi jeszcze starczy.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 29 czerwca 2015, 17:42 
skopiowałem kawałek 7 rozdziału, jak będzie za duży to przytnę:

"miękka. Bezładnie trzęsła się wraz z całym tułowiem Zee. Nagle wszystko ustało. Poczułem lekki uścisk jego ręki i puściłem ją. Zee patrzył na mnie.

Czy znowu się trząsłem? Zapytał. Nie czułem kiedy wziąłeś mnie za rękę.

Tak. wydaje mi się, że zaczynasz się trząść gdy budzisz się z letargu. Teraz to trwało krócej niż poprzednio.

Czy ty ich widzisz, gdy idziesz do nich? Zapytałem.

Nie, zaśmiał się. Nie widzę. Jestem tylko z nimi w bezpośrednim kontakcie. Mogę na nich oddziaływać. Czuję to dokładnie tak jak mnie uczył ojciec i dziadek. Nie wiedziałem tylko, że to jest tak silne.

Mówiłeś, zacząłem i chciałem powiedzieć, że to się mu zaczyna wymykać, ale znów spiker zaczął informować o zanotowanych wstrząsach.

Słyszysz Zee? Mam już pewność, że te trzęsienia mają związek z tobą, a raczej z wojskiem. Musisz uważać bo twoje kontakty wywołują takie skutki.

Naprawdę? Ja nic takiego nie odczuwam, a wojsko jest ufne i spokojne. Wiem to, bronił się.

Nie, Zee. Nic ci nie zarzucam, zapewniam się. Proszę cię tylko żebyś uważał i na razie przerwał z nimi kontakty. Nie powodujmy paniki. Na razie widzę, że nikt wokół nic nie zauważył, ale jak słychać w komunikatach urządzenia rejestrują te zdarzenia.

Rozumiem. Tak oczywiście, przytaknął Zee. Wysiadajmy.

Wyszliśmy z pojazdu. Grzem zamknął go starannie i poszliśmy w kierunku bramy. Przy bramie syn zarejestrował identyfikatorem nasz postój. Ruszyliśmy drogą wraz z innymi turystami w jednym kierunku. Robiło się coraz cieplej. Spojrzałem w górę. Blade niebo było czyste i zupełnie pozbawione chmur.

Zanosi się na niezły upał. Będzie gorąco w starych pałacach bez klimatyzacji, pomyślałem, ale jak wiedziałem warto się pomęczyć, aby obejrzeć te starożytne cuda miejscowej architektury. Przed nami przybywało turystów bo włączali się z innych mijanych na prawo i lewo parkingów i szliśmy coraz wolniej.

Pomyślałem, że opowiem po drodze przybyszom czego mogą się spodziewać w czasie zwiedzania.

Spojrzałem na nich i zobaczyłem że Zee idzie uśmiechnięty z innymi, ale znów ma nie obecne oczy. Zbliżyłem się do niego i wziąłem go delikatnie za ramię. Było miękkie jakby pozbawione mięśni. Wzdrygnął się i poczułem jak mu wraca krążenie. Nagle zaczął pochylać się w moją stronę i rozpoczęły się drgawki. Mimo, że był przecież nie wielkiego wzrostu nie mogłem go utrzymać i osunąłem się z nim na drogę. Trząsł się coraz bardziej, a ja z nim. Wokół nas zrobił się nagle ruch. Otoczyli nas turyści.

Czy jest tu lekarz? Usłyszałem czyjeś wołanie nad głową i poczułem siedząc na ziemi z Zee w ramionach jak zaczyna się ona trząść wraz z nami.

Wybuchła panika. Jedni kładli się na ziemi inni gdzieś biegli w popłochu. Wszyscy wrzeszczeli. Tym razem trzęsienie było dużo silniejsze niż te dotychczas.

On wyczuwa trzęsienia zanim się zaczną, tłumaczyłem leżącej obok mnie i zakrywającej ramionami głowę patrzącej na mnie przerażonej turystce, dlatego źle się poczuł.

Poczułem, że ciało Zee uspokaja się i uspokaja się równocześnie ziemia. Spojrzałem mu w oczy, on również patrzył na mnie, znów był przytomny.

Książe Sztym. Usłyszałem szept z drugiej strony.

Odwróciłem się gwałtownie.

Zobaczyłem leżącego na ziemi tuż obok mnie Slima.

O! A ty tu skąd, zdziwiłem się.

Dzwonię do ciebie od rana, szeptał, a ty się nie zgłaszasz. Co się dzieje? Co z Zee?

Oddziaływuje na niego kontakt z historią, odpowiedziałem również szeptem. Nie może sobie z tym poradzić.

Czy trzeba ci jakiejś pomocy? Pytał Slim.

Nie. Już wiem jak z tego wybrnąć, a co do łączności to rzeczywiście nie wziąłem ze sobą aparatu do łączności z tobą. Został w pojeździe. Mam przy sobie tylko osobisty. Czuję się tu bezpiecznie, sprawdziłem, że nie ma tu żadnych obcych.

To już się zmieniło, cicho szeptał Slim, ale się nie bój. Wszystko jest pod kontrolą.

Dzisiaj zaczynamy, szepnąłem mu.

Tylko spojrzał na mnie i odwrócił głowę.

Puściłem Zee i wstałem. Otrzepując spodnie widziałem, że wszyscy wokół leżą. Stali tylko członkowie naszej grupy i teraz ja. Leżący jednak również wyczuli, że już jest bezpiecznie bo rozglądali się i stopniowo zaczęli się podnosić. Patrzyli na nas bo wyróżnialiśmy się jako jedyna stojąca grupa w okolicy.

Nasz kolega wyczuwa trzęsienie ziemi zanim inni to poczują, wyjaśniałem podnoszącym się najbliżej nas. Już jest bezpiecznie, proszę się niczego nie obawiać, mówiłem. Zaraz wróci do siebie i pójdziemy dalej.

Wszyscy jednak stali i patrzyli na nas. Jednak po chwili zaczęli otrzepywać się z pyłu. Wstał i Zee i rozglądał się nie pewnie. Wiedział, że to co widzi było za jego przyczyną.

Proszę państwa już wszystko dobrze. Kolega trochę odpocznie i pójdziemy dalej. Proszę iść, proszę nie czekać na nas, zaraz wyruszymy.

Zeszliśmy na pobocze.

Usiądź Zee. Usiądź i odpocznij, poprosiłem.

Zrobiłem to dla uspokojenia turystów.

Usiadł na ziemi pod drzewkiem.

Ludzie rozmawiali między sobą i patrzyli na nas, ale stopniowo odwracali się i zaczęli odchodzić. Poszukałem wzrokiem, ale nigdzie nie widziałem Slima. Rozpłynął się między turystami. Od tyłu też już sunął równy szpaler turystów.

Spojrzałem na syna.

Panowie. Wydaje mi się, że powinniśmy wracać. Zee nie opanuje kontaktu.

Nawet nie poczułem, że do nich wracam. Tłumaczył się Zee.

Tak. wracamy. Możemy narobić sobie tutaj nie potrzebnego kłopotu, odezwał się Goer.

Zawróciliśmy w kierunku parkingu. Byliśmy jedynymi podążającymi w tę stronę i idący w kierunku pałaców patrzyli na nas. Ja patrzyłem na Zee i modliłem się, żeby znów nic nie stało.

Dotarliśmy do pojazdu i wjechaliśmy na powrotny pas do miasta. Zająłem Zee rozmową, aby nie uciekał pod ziemię. Nawet nie zauważyłem kiedy dojechaliśmy do śródmieścia.

No tak, przypomniałem sobie. Mieliśmy wstąpić po drodze na jakieś miejscowe jedzenie przygotowywane ze świeżych produktów.

Synu, zawołałem. Mieliśmy gdzieś stanąć za miastem na jedzonko. Widzę, że też zapomniałeś.

Tak. Rzeczywiście, przyznał. Zagadałem się z Piotrkiem no i ta cała sytuacja. Teraz to już musimy poprosić naszych kucharzy o przygotowanie czegoś prawdziwego na miejscu. Mam pomysł, ucieszył się. Zrobimy party w ogrodzie. Na powietrzu będzie miło.

Znakomita myśl, potwierdziłem.

Dojeżdżaliśmy do miejsca gdzie łapaliśmy grubasa. Uliczka zastawiona była policyjnymi zaporami, a wrak jego pojazdu wciąż leżał pod bramą. Zmieniło się światło. Ruszyliśmy szeroką aleją wzdłuż pałacu burmistrza.

Grzem. Stań synu na chwilę, jakiś impuls wyrwał to ze mnie. Wstąpię do pani burmistrz.

Tu nie mogę stanąć, odpowiedział, jest zakaz.

To wjedź na chwilę na podjazd, wysiądę, a wy jedźcie do domu. Nie długo do was dotrę.

Wysiadłem na samym początku dojazdu i szedłem w kierunku pałacu. Zobaczyłem, że od wejścia wyszedł do mnie szybkim krokiem wartownik.

Tu nie wolno wchodzić, krzyczał z daleka.

Doszedłem do niego.

Kim pan jest, zapytał.

Nikim, odpowiedziałem. Idę do pani burmistrz, jestem zaproszony.

Ja pana nie mogę wpuścić, burknął.

A kto może mnie wpuścić, zapytałem.

Recepcja. Tylko recepcja, poinformował.

A gdzie jest recepcja?

Na prawo przy głównym wejściu, odpowiedział.

To proszę mnie tam zaprowadzić.

Nie mogę. Tu nie wolno wchodzić, powtórzył.

Poczułem, że narasta we mnie złość.

To kto mnie może tam zaprowadzić, wybuchnąłem.

Trochę jakby się zastanowił. Jego twarz zastygła na chwilę w zamyśleniu.

Dowódca warty, oznajmił. Zaraz go zawołam.

Połączył się z kimś przez aparat zasłaniając usta ręką, cicho, tak żebym nie słyszał, z kimś rozmawiał.

Proszę poczekać, rozkazał mi.

Zszedłem z dojazdu i usiadłem na trawę. Złość mi przeszła i zacząłem się śmiać. Wartownik patrzył na mnie jeszcze bardziej podejrzanie. Trawa była wspaniale utrzymana, elastyczna i dość twarda. Wspaniale by tu się grało w golfa, pomyślałem, albo w tenisa. Wystarczyło by tylko postawić siatkę. Ciekawe, przypomniałem sobie co z tymi ludźmi, których najechał na trawniku grubas?

Przechyliłem się na prawy bok i opadając na bark położyłem dłoń na trawę. Wypchnąłem się nie pewnie w górę i albo schudłem, albo wciąż byłem w niezłej formie bo udało mi się stanąć na ręce. Wyciągnąłem złożone nogi prosto do pionu jak do oceny przez sędziów i zobaczyłem idącego od pałacu do góry nogami mężczyznę w eleganckim piaskowym mundurze.

Opadłem na nogi i wstałem tuż przed nim. Patrzył na mnie jak na wariata.

Pan do mnie? Zapytał.

Nie. Do pani burmistrz. Jestem zaproszony.

Jak pan się nazywa?

Sztym. Nazywam się Sztym, powtórzyłem.

A dalej?

Nie chcę panu powiedzieć jak dalej, odparłem. Jestem zaproszony przez panią burmistrz. Proszę się z nią połączyć i mnie zaanonsować.

Nie mam połączenia z panią burmistrz, odparł.

To chodźmy do recepcji, wypaliłem. Zacząłem znów tracić cierpliwość.

Jeżeli będę miał przez pana jakiś kłopot to ostrzegam, spojrzał na mnie groźnie.

Idźmy, powiedziałem krótko i ruszyłem szybko w kierunku pałacu i wejścia. Dogonili mnie i zajęli miejsca po obu moich bokach. Tak doszliśmy do holu. W recepcji podałem znów tylko swoje imię i poinformowałem, że jestem zaproszony.

Recepcjonistka wcisnęła jakiś guzik i poinformowała, że przyszedł jakiś Sztym do pani burmistrz. Spojrzała zdziwiona na słuchawkę i odłożyła ją.

Czy to jakieś żarty? Spytała. Pani burmistrz odłożyła słuchawkę.

Zobaczyłem kątem oka jak wartownicy ruszają w moim kierunku. Poczułem ciężką łapę na ramieniu.

Koleś! Usłyszałem za uchem...

Gdzieś na górze po kamiennej posadzce zatupały pantofelki.

Jednak znalazł pan chwilę czasu dla mnie Książe, płynął ze schodów charakterystyczny głos, który poznałem dzisiaj rano. Spojrzałem w górę. Stała tam burmistrz.

Łapa opadła z mojego ramienia. Ruszyłem na schody. Wartownicy przepuszczali mnie z głębokim ukłonem.

Wchodziłem na górę, a ona uśmiechała się zupełnie jak Mona Lisa.


Chodźmy, zaczęła schodzić po schodach.

Wyprostowany na sztywno dowódca ochrony zapytał czy pani burmistrz wyjeżdża.

Tak i dzisiaj już mnie nie będzie, powiedziała.

Proszę poczekać. Zaraz podstawimy pojazd, poprosił.

Może niech jedzie od razu do mnie, zaproponowałem pani burmistrz, a my chodźmy piechotą. Po skosie przez trawnik to jest naprawdę blisko.

Rzeczywiście, powiedziała i spojrzała na mnie. Nigdy w ten sposób nie pomyślałam. Wiem gdzie pan mieszka, bywałam w tej rządowej rezydencji.

Od razu wyszliśmy na zewnątrz i prosto przez trawnik skierowaliśmy się w kierunku uliczki dochodzącej do placu przed pałacem. Pani burmistrz nie bardzo się szło po trawie w lekkich pantofelkach z obcasami i kilka razy musiała się oprzeć na moim ramieniu, żeby zachować równowagę.

Zdejmij buciki, wyrwało mi się jakoś samo, i idź boso. To bardzo dobra trawa, sprawdziłem.

Zdjąć buty? Dobrze, powiedziała.

Przytrzymała się mojej ręki i zdjęła buty. Szła teraz obok mnie trzymając je w ręku. Milczeliśmy i zrobiło się jakoś nie zręcznie.

Nie ma pani już dzisiaj nic ważnego w urzędzie? Próbowałem nawiązać rozmowę.

Nie odpowiedziała. Spojrzałem na nią. Szła przy mnie, malutką dolną wargę zagryzła drobnymi ząbkami, a po policzku spływała jej duża przezroczysta łza. Wystraszyłem się i stanąłem.

Co się stało? Nadepnęła pani na coś?

Stanęła również.

Nie. Nie nadepnęłam. Nigdy dotąd nie szłam boso po trawie. Dziękuję ci. To bardzo nowe uczucie.

Nie miałem przy sobie chusteczek więc po prostu palcami wytarłem jej łzę. Roześmiała się jak dziecko, a ja sądziłem, że to taka twarda kobieta. Ruszyliśmy dalej i niebawem doszliśmy do końca trawnika i do chodnika.

Tu już załóż buty, stanąłem.

Przytrzymała się śmiało za moje ramię i posłusznie włożyła buciki. Szliśmy chodnikiem w kierunku uliczki do mojej siedziby. Przechodnie rozpoznawali swoją burmistrz bo co chwila ktoś nam się kłaniał i pozdrawiał, tak że właściwie nie mogliśmy rozmawiać. Widziałem, że spacery pani burmistrz po mieście nie musiały być częste, bo ludzie wyglądali na zdziwionych, a może to moje towarzystwo wywoływało zdziwienie. Przecież nikt mnie nie znał i bardzo dobrze. Weszliśmy w uliczkę dojazdową do domu i dochodziliśmy do bramy.

Krótko zwiedzaliście panowie zabytki, usłyszałem jej głos. Dość wcześnie mnie pan odwiedził.

Jeden z moich gości źle się poczuł, wytłumaczyłem, i musieliśmy wracać.

Oj, to może potrzebny lekarz. Czy to coś poważnego? Bo gdyby co to...

Nie, dziękuję bardzo, ale jeden z moich gości jest też lekarzem i już jest wszystko w porządku.

Stanęliśmy przy bramie. Podszedłem do domofonu i zobaczyłem, że od strony miasta wolniutko podąża za nami limuzyna.

To pani pojazd? Zapytałem.

Odwróciła się w tamtym kierunku.

Tak, potwierdziła. Będę mogła potem wygodnie wrócić.

Zadzwoniłem. Za chwilę zaczęła się otwierać furtka. Zadzwoniłem ponownie. Odezwała się nasza pani gospodyni i poprosiłem o otwarcie również bramy.

Przeszliśmy furtką, a limuzyna wtaczała się przez bramę do środka.

Pomyślałem, że po żwirze nie będzie się dobrze szło pani burmistrz w pantofelkach.

Tu jest żwir, powiedziałem. Mamy dwie możliwości, albo wsiądziemy do pani pojazdu i podjedziemy do drzwi, albo będę panią niósł.

Tam przy żywopłocie jest gładka ścieżka, pokazała mi ręką.

Miała rację. Wzdłuż żywopłotu był wąski wydeptany pas wolny od żwiru.

Dziękuję za bystre oko. Ma pani rację. Tamtędy będzie mi wygodniej panią nieść.

Roześmiała się szczerze.

Przepuściłem ją przodem i szedłem z tyłu podziwiając jak wspaniale przeginają się jej biodra w każdym stąpnięciu. Przypomniało mi się stare porównanie chodu pięknej kobiety do klaczy w galopie i fregaty tnącej fale pod pełnymi żaglami, ale ten który to wymyślił widocznie nigdy nie widział baraszkującej foki pod wodą. To jest dopiero poezja ruchu. Tak właśnie poruszała się przede mną pani burmistrz.

Przed wejściem czekał Grzem z Piotrem.

No jak tam? Zapytałem. Uzgodniliście przyjęcie w ogrodzie? Mamy gościa. Widzieliście się państwo rano. Nie muszę przedstawiać wam pani burmistrz?

Skłonili się przed pięknem.

Nie zupełnie. Nie wiedzieliśmy o której wrócisz, a panowie z obsługi jakoś nie pałają chęcią przygotowania nam przyjęcia w ogrodzie. Mówią, że powinniśmy to wcześniej z nimi uzgodnić. Nie wiem czy nie są przygotowani, czy po prostu nie mają ochoty.

Myślę, że możliwe jest jedno i drugie, stwierdziłem z doświadczenia. Pójdę dowiedzieć się o co chodzi. Zapraszam panią do środka. Panowie, zabawcie panią przez chwilę. Przepraszam.

Poszedłem prosto do swojego pokoju. Touen ćwiczył.

Nie lepiej było wziąć kombinezon? Zapytałem.

Przecież zostawiłeś zamknięty pojazd, odpowiedział.

No tak. To prawda. Jesteś prawdziwym zawodowcem pilocie, nie marnujesz czasu. Gorzej, że obiecałem wam miłe przyjęcie, a jak mi mówi Grzem chyba nam to nie wyjdzie.

Zadzwoniłem dzwonkiem ze stolika. Po krótkiej chwili zapukała do drzwi nasza gospodyni.

Zapytałem o powody kłopotów z przyjęciem dla naszych gości. Wyjaśniła, że takie przyjęcia przygotowuje się z innych naturalnych produktów, z których niektóre trzeba wcześniej odpowiednio przygotować, a nie z półprefabrykatów jakie stosuje się na co dzień. Ponadto jeden z dwóch panów z obsługi nie może dzisiaj zostać dłużej. Powiedziała, że jest jej przykro i takie przyjęcie proponuje jutro.

Zmartwiło mnie to. Wyjaśniłem jej przy okazji, że bardzo rano musimy odlecieć i przyjęcie jutro nie jest możliwe. Też wyglądała na zmartwioną. Poprosiłem więc o dobry obiad w ogrodzie na nasze aktualne możliwości i poinformowałem ją o jeszcze jednym gościu. Obiecała, że zorganizuje wszystko najlepiej jak to tylko możliwe. Podziękowałem.

Touen. Muszę iść do gościa, zwróciłem się do niego gdy wyszła. Przyszła do nas pani burmistrz. Przypomnij proszę naszym, na wszelki wypadek, że obowiązuje nas tajemnica po co tak naprawdę tu jesteśmy i skąd pochodzicie. Mogę cię o to prosić?

Tak, naturalnie. Zaraz do nich pójdę.

Poszedłem do saloniku. Grzem, Piotr i pani burmistrz rozprawiali o czymś.

Nic z tego. Nie będzie uczty i degustacji słynnej tutejszej tradycyjnej kuchni, informowałem od progu. Będzie zwykłe uroczyste przyjęcie w ogrodzie, a taką miałem ochotę na tę słynną pieczoną kaczkę. Nasłuchałem się o niej zawsze gdy byłem w stolicy regionu, ale nigdy nie było czasu tu przyjechać. W zeszłym roku gdy przekazywałem ostatnie odzyskane dzieła miejscowemu ministerstwu sztuki mieliśmy następnego dnia wybrać się tutaj na degustację tej kuchni, ale wieczorem musiałem nagle odlecieć i nic z tego nie wyszło. Trudno. Ja będę tu pod koniec roku, ale moi goście może już nigdy nie spróbują tych specjałów.

Pani burmistrz patrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła mnie po raz pierwszy. Jakieś myśli zmieniały co chwila wyraz jej twarzy.

Przepraszam Książe. Czy ja się nie mylę? Czy to pan odzyskał te wszystkie wywiezione z Ziemi, w tym i od nas, dzieła sztuki? Byłam wtedy w zeszłym roku w hali narodowej na uroczystości odebrania naszej części spuścizny. Chciałam potem rozmawiać z panem, osobiście podziękować za pana działalność. Nie było szansy. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi, pan w otoczeniu ekipy rządowej i notabli naszego regionu. Widziałam pana tylko z daleka, ale wtedy miał pan krótkie włosy. Dopiero teraz pana kojarzę.

Tak, uśmiechnąłem się, wtedy jeszcze byłem stary i zajęty pracą. Teraz już jestem na emeryturze.

Pod koniec roku nasze władze przekażą nam z generalnego muzeum naszego regionu odrestaurowane eksponaty, kontynuowała, kończymy już przygotowania sal w naszym miejskim muzeum do ich przejęcia. Nasze miasto jest małe, ale z ogromnymi jak pan wie tradycjami. Wysłałam do pana zaproszenie na jego otwarcie.

Tak, dziękuję za zaproszenie, właśnie mówiłem, że będę tu pod koniec roku,. Wiele o pani i jej zaangażowaniu w tę sprawę słyszałem i dlatego tak ucieszył mnie rano pani widok.

Mam prośbę, powiedziała, czy mogę poinformować o pana przybyciu dyrektora naszego muzeum? To stary profesor, dużo starszy od pana.

Ale mi powiedziała, pomyślałem, ale kobiety są takie szczere aż do bólu.

On też jest na emeryturze, słuchałem. Społecznie zaangażował się w tę sprawę gdy się dowiedział, że po tylu wiekach wracają do nas te dzieła. Był moim profesorem na uczelni i to on zaszczepił mi miłość do historii i dzięki jego opracowaniom mogłam poznać wszystkie dzieła jakie od zarania powstały na naszym terenie.

Czy to może pan Chi Yuan? Zapytałem.

Tak, to on. Odpowiedziała. Pan go zna?

Osobiście nie, ale dzięki jego książkom i albumom, które wydał znałem wasze dzieła i mogłem je rozpoznać w czasie swoich podróży. Korespondowałem z nim nawet i czasem korzystałem z jego konsultacji na odległość w udokumentowaniu niektórych, co pozwoliło na ich odzyskanie dla Ziemi. Bardzo chętnie go poznam.

Mam propozycję, zachłysnęła się śliczna pani burmistrz. Wiem jaka firma może nam urządzić imprezę z prawdziwymi tradycyjnymi potrawami i zaprosimy profesora z żoną. Będą szczęśliwi.

Naprawdę? Poznam dzisiaj profesora? Moi goście mieli by szansę posmakować jednak waszej słynnej kuchni? Zgoda, ale proszę nikogo więcej. Moi goście są przyzwyczajeni chodzić wcześnie spać, użyłem niewinnego kłamstwa i nie mogę burzyć tych zasad.

Już dzwonię, szczebiotała swoim głębokim głosem. Wyjęła telefon, wyszła do ogrodu i z kimś rozmawiała. Widziałem przez okno jak chodziła podniecona po trawie, wymachiwała rękami i trajkotała do telefonu.

Wróciła do nas cała rozpromieniona.

Załatwione, informowała. Nie długo przybędą nasi najlepsi kucharze. Spróbuje pan swojej kaczki. Profesor też przybędzie, nie chciał wierzyć, że rzeczywiście jest pan u nas.

To świetna wiadomość. Moi goście się ucieszą, a ja poznam profesora, dziękowałem jej. Muszę odwołać obiad u naszej gospodyni, przepraszam.

Zadzwoniłem i gdy pojawiła się nasza administratorka wycofałem poprzednie ustalenia. Poczułem się głodny.

Proszę mi dać kilkanaście minut, zwróciłem się do pani burmistrz z ukłonem.

Tak, oczywiście Książe, odparła.

Znów poprosiłem syna o zajęcie się naszym gościem i dodałem cicho, że muszę się przygotować.

Tak tato, tylko wracaj szybko to my też zdążymy się ogarnąć. Słyszałem, że ma być Chi Yuan?

Tak. bardzo się cieszę, że wreszcie go poznam.

To ciekawy człowiek, mówił syn, czytałem wiele jego prac. Ma ciekawe poglądy.

Dobrze, już pędzę rzuciłem i poszedłem prosto do pojazdu. Szybko się obmyłem, uczesałem i przebrałem w odpowiedni, ale nie za poważny strój. Sprawdziłem jeszcze aparat do łączności z rycerzami. Tak jak mówił Slim było na nim kilka wywołań. Po namyśle nie sprawdziłem jednak jakie wiadomości mi zostawił.

Ostatni raz, obiecałem sobie. Od dzisiejszej nocy będę odbierał.

Zamknąłem pojazd i zobaczyłem jak z za domu wtacza się na trawę wielki, kanciasty barwnie wymalowany pojazd lądowy. Z drzwi do ogrodu wyszła pani burmistrz, syn i pan Piotr.

Pani burmistrz zobaczyła mnie z daleka.

Przybyła ekipa z kuchnią, gdzie mogą się rozstawić? Pytała.

Właśnie tam, z tamtej strony lądowiska będzie najlepsze miejsce, odpowiedziałem, z dala od pojazdów, i będzie przyjemnie przy tamtych drzewach.

Podeszła do pojazdu i nagle zaczęły się cuda. Pojazd stanął, zaczęły się otwierać jego boki, jakieś pokrywy, wybiegło z jego wnętrza kilka osób w strojach ludowych tego regionu i zaczęli rozstawiać wielką płócienną wiatę, parasole, stoliki, krzesełka, jakieś barki i lady. W kilkanaście minut powstała wykwintna restauracja na wolnym powietrzu. Podziwiałem mebelki. Nie były to plastikowe czy gięte z drewna maszynowe tanie wyroby. Tak stoliki jak i krzesełka wyglądały na solidne, ręcznie wykonane z pięknie rzeźbionymi zdobieniami. Ciekawe jak są stare, pomyślałem, bo wyglądały na prawdziwe antyki. Obsługa rozstawiała nakrycia, kwiaty na stolikach, rozwieszali kandelabry i lampiony, a kucharze na ladach na podeście przy pojeździe zagniatali ciasta, obierali i siekali warzywa, nacierali mięsa i drób włącznie z tym co interesowało mnie najbardziej, kaczki. Wielkie klapy w bokach kuchennego pojazdu parowały i widać było, że zakrywają umieszczone pod nimi piece, a z kominków nad nimi wydobywał się aromatyczny pachnący drewnem dym.

Jak długo potrwają przygotowania? Zapytałem panią burmistrz.

Już można zaczynać, odpowiedziała, niektóre potrawy przygotowuje się błyskawicznie dosłownie w kilka minut.

Tak, rzeczywiście, przecież wiem, że ta kuchnia również z tego słynie.

Wyszedłem na ignoranta, uśmiechnąłem się do pani burmistrz, to przecież wiedziałem, ale emocje z powodu tego spektaklu wzięły górę i nie zastanowiłem się co mówię. Ci ludzie, pokazałem na krzątającą się ekipę nie robią niepotrzebnych ruchów. Stoję i podziwiam ich.

To bardzo znana i renomowana firma. Słyną w naszym rejonie od wielu pokoleń, informowała mnie pani burmistrz.

Panowie, przypomniałem sobie, biegnijcie przebierać się i wołajcie resztę, zwróciłem się do przyglądającego się tak jak i ja temu co się działo przed naszymi oczami Grzemowi i Piotrowi.

Tak, masz rację. Już nas nie ma, rzucił syn i szybko odeszli z panem Piotrem w kierunku domu.

O której możemy się spodziewać profesora? Zagadnąłem panią burmistrz.

Myślę, że nie długo przybędzie. wysłałam po profesorostwo swój pojazd. Zaraz zadzwonię.

Połączyła się ze swoim pojazdem i za chwilę uśmiechnęła się do mnie szeroko.

Już podjeżdżają pod dom, oznajmiła.

Idę do niego, poczułem jakbym miał za chwilę zobaczyć starego przyjaciela. Nie oglądając się na nikogo przeszedłem przez dom na frontowy podjazd. Rzeczywiście podjeżdżał pojazd pani burmistrz. Gdy się zatrzymał i otworzyły się włazy wyskoczył pilot i zaczął pomagać zejść po trapie profesorowi. Widziałem, że w rzeczywistości wyglądał jeszcze starzej schodząc drobnymi kroczkami po trapie niż na ekranie w czasie moich z nim kontaktach. Zobaczyłem, że za nimi schodzi dziarska elegancka niewiasta. Przedstawiłem się profesorowi.

Witam panie ministrze, ucieszył się profesor. Jestem bardzo rad, że tak szybko pan przybył po mojej informacji do rządu Ziemi.

Nie jestem już ministrem panie profesorze. Jestem tu prywatnie i turystycznie z moimi gośćmi. Jestem już na emeryturze i podróżuję teraz dla przyjemności.

Profesor wyraźnie się zdziwił i spojrzał na mnie przenikliwie.

Jak to? To nie przyjechał pan w związku z moim meldunkiem? A może jest z panem ktoś z ramienia rządu? Myślałem, że ktoś się ze mną skontaktuje.

Nic o tym nie wiem panie profesorze. Spotkanie z panem zorganizowała pani burmistrz, gdy dowiedziała się, że znamy się z dawnych kontaktów związanych z moją działalnością dla kultury Ziemi.

To kłopot, to kłopot powtarzając spuścił głowę. Przepraszam, wyprostował się nagle i syknął z bólu. To inna sprawa, przepraszam jeszcze raz. Bardzo się cieszę z pana wizyty u nas. Jesienią otwieramy u nas, jak pan wie część muzeum z odzyskanymi przez pana skarbami. Jesteśmy panu niezmiernie wdzięczni. Pan proszę pozwoli. Przedstawię panu moją żonę. Jest urzeczona pana działalnością i prawdziwą pana fanatyczką i chyba ma do mnie żal, że to nie ja odzyskałem naszą spuściznę, a pan.

Nie mam do ciebie żadnego żalu, nie żartuj sobie ze mnie przed panem ministrem, mówiła z uśmiechem. Bardzo się cieszymy, że poznaliśmy pana osobiście.

Przywitałem się z żoną profesora. Pilot prowadził pod ramię profesora poruszającego się drobnymi kroczkami w kierunku domu. Szedłem z tyłu obok pani profesorowej.

Może pójdę przodem i przytrzymam drzwi? wyrwałem się w przód.

Nie jestem jeszcze taki stary, zaprotestował się profesor. Mam dopiero dwieście dziewięćdziesiąt sześć lat, a pochodzę z gór. Wskazał ręką za plecy. Ranne trzęsienie ziemi dało się trochę we znaki mojemu kręgosłupowi i trochę mnie boli przy chodzeniu, ale to minie. Moja trzecia żona jest sporo starsza ode mnie, proszę jej pomagać.

Zatkało mnie. Wiedziałem, że ludzie rodzący się wysoko w górach w tym rejonie Ziemi charakteryzują się najwyższą średnią życia, ale aż tyle? To mam nadzieję nie jest żart profesora.

Tak, tak, to prawda, mówiła idąca za nimi pani profesorowa. U nas nie ukrywamy naszego wieku, ale wiem, że u was kobiety nie chcą aby znano ich lat i dlatego nie zdradzę panu panie ministrze ile ich sobie liczę.

Na szczęście moja obecna żona też pochodzi z gór, mówił profesor gdy doszedł do mnie do drzwi i mam nadzieję, że nie opuści mnie przedwcześnie tak jak poprzednie i widziałem w jego oczach wyraźnie młodzieńczy błysk gdy to mówił.

Poszedłem przodem przez dom z żoną profesora i na lądowisku zobaczyłem już komplet moich towarzyszy rozmawiających z panią burmistrz pod rozstawioną wielką wiatą.

Pani burmistrz zobaczyła nas, ucałowała się z żoną profesora i przedstawiła jej moich gości. Zbliżał się również prowadzony przez pilota profesor. Gdy stanął przy nas zacząłem mu przedstawiać moich gości. Gdy doszło do Zee spojrzeli sobie w oczy i uściskali się jak ojciec z synem tylko wyglądało to tak jakby to młodziutki Zee przytulający przez moment starego profesora do piersi witał dawno nie widzianego syna. Podeszła obsługa i zaczęli proponować dania i napoje. Wszyscy rozeszliśmy się pod wiatą. Poczułem, że odzywa się mój telefon. Przeprosiłem moich sąsiadów i odszedłem na bok.

Połączenie było z kancelarii prezydenta. Odebrałem. Urzędnik poprosił o potwierdzenie kontaktu przez wpisanie mojego kodu identyfikacyjnego. Wbiłem swój kod. Poprosił o chwilę cierpliwości, że połączy się ze mną za chwilę.

Bardzo rzadko żądano potwierdzenia tożsamości bo przecież widać na wyświetlaczu z kim się rozmawia, ale czasem była stosowana ta procedura dla potwierdzenia niezależności osoby z którą się kontaktowano w danym momencie. Czekałem i czekałem na ponowne połączenie, ale telefon się nie odzywał. Wróciłem do gości. Wszyscy siedzieli przy stolikach i kosztowali pierwszych potraw. Uwijała się przy nich obsługa. Usiadłem przy stoliku obok pani burmistrz, na przeciwko mnie siedzieli państwo profesorostwo. Zamówiłem „wszystko po kolei” u kelnerki, która podeszła do mnie gdy usiadłem, ale w małych porcjach.

Proszę pamiętać o zamówieniu kaczki, przypomniała mi burmistrz.

Już zamawiać? Zdziwiłem się. Przecież kaczki muszą się długo piec.

Na wszelki wypadek, żeby nie zabrakło, zaśmiała się.

Lubi pan kaczkę?, zapytała żona profesora.

Lubię i sam ją czasem przyrządzam, ale przez tyle lat słyszałem, że tutaj jada się najlepszą kaczkę na świecie, że nie mógł bym sobie darować gdybym jej nie spróbował.

Zapraszam pana jutro do nas. Sama przygotuję panu taką kaczkę jak nikt. Nawet tutaj nie spróbuje pan Książe takiej jaką ja robię. Proszę zapytać mojego męża. Mam rodzinny przepis.

Tak, ona robi wspaniałą kaczkę, muszę to przyznać. Profesor odwrócił się w moją stronę i syknął z bólu.

Tak panu dokucza ten kręgosłup? Proszę chwilę poczekać, dotknąłem go w ramię. Przepraszam na chwilę.

Wstałem i poszedłem do Goera. Zapytałem go czy może pomóc profesorowi w jego dolegliwości.

Tak oczywiście. Widziałem, że jest cierpiący. To jakiś uraz i ucisk kręgów w plecach, powiedział patrząc mi prosto w oczy tym swoim innym wzrokiem w takich przypadkach.

Wstał, a zanim wstał Zee.

Wróciłem do profesora.

Czy może pana zbadać Goer? To nasz lekarz w tej wyprawie.

Miałem umówioną wizytę domowego lekarza na wieczór, ale przyjechaliśmy tutaj, tłumaczył się profesor.

Czy zechce pan wstać, profesorze, zapytał Goer.

Profesor patrzył trochę nie ufnie i widziałem lekki strach w jego oczach, ale wstał. Goer po swojemu przejechał ręką nad jego plecami i poprosił aby pacjent się nachylił.

Profesor zaczął się nachylać i widziałem, że robi to bardzo ostrożnie i boi się bólu. Nachylał się i nachylał aż prawie dotknął czołem kolan. Spojrzał z dołu przez lekko skręconą głowę.

Już, proszę się wyprostować, poprosił Goer.

Profesor wyprostował się szybko i zaczął poruszać plecami. Zrazu ostrożnie, a po chwili skręcał się we wszystkie strony i widziałem, że chyba nic mu już nie jest. Na koniec podskoczył lekko raz i drugi jak młodzik.

Nic mnie już nie boli, powiedział do żony zdziwiony.

Już nie ma ucisku, zapewnił Goer, nie powinno pana boleć. Ma pan spokojny dobry organizm.

Dziękuję, bardzo dziękuję, profesor nadal przeginał się lekko sprawdzając, czy to prawda, że nic go nie boli.

Goer uśmiechnął się, lekko się skłonił profesorostwu i odszedł do swojego stolika. Zee stał jeszcze i z uwagą i chyba troską przyglądał się zadowolonemu rekonwalescentowi. Profesor spojrzał na niego uważnie i widać było, że coś go nurtuje i ma jakąś sprawę.

Chciałbym z panem porozmawiać, odezwał się do niego. Pan ma w żyłach naszą krew. Skąd pan do nas przybył?

Być może, ale nic bliżej nie wiem o tym, odezwał się szybko przestraszony Zee i odszedł do Goera.

Znów odezwał się mój telefon. To znowu kancelaria prezydenta. Przeprosiłem i odszedłem na bok w kierunku pojazdów. Tym razem na wyświetlaczu zobaczyłem sekretarza. Przywitałem go. Nie odpowiedział na przywitanie tylko tak jak urzędnik poprzednim razem poprosił o potwierdzenie mojej niezawisłości przez podanie pewnej daty z czasu mojej działalności dla rządu. Wpisałem tę datę. Poprosił jeszcze o wybranie z ośmiu wyświetlonych imion imię mojej babci ze strony matki. Wskazałem to imię.

Są niezwykle ostrożni, pomyślałem. Chyba coś niepokojącego się dzieje.

Dopiero teraz sekretarz odpowiedział na moje powitanie i powiadomił mnie, że łączy mnie z prezydentem. Za moment ukazała się twarz prezydenta. Przywitał mnie serdecznie i zapytał co słychać.

Wszystko dobrze panie prezydencie. Dzisiaj zaczynamy, odpowiedziałem.

Wiem. Dostaliśmy o tym dzisiaj rano meldunek od rycerzy. Niepokoiliśmy się o was bo jakoś unikaliście kontaktu.

Nie, nie unikałem. Trochę było problemów w ośrodku rządowym do którego przybyliśmy w nocy, ale tylko organizacyjnych. Nic ważnego i dlatego może wyszło trochę niefortunnie z nie odebranymi rozmowami.

Martwiliśmy się, ale to już za nami. Rzadko ostatnio używany ośrodek w którym was umieściliśmy nie był przygotowany na wasze przybycie bo dla ostrożności nie zawiadamialiśmy nikogo o przylocie. Łączę się z panem Książe bo otrzymaliśmy dzisiaj tajną informację od pewnego profesora stamtąd, że budzi się starożytna podziemna armia. Sprawdziliśmy tego profesora. To wielka miejscowa sława od historii pan Chi Yuan. Okazuje się, że już przed wielu laty pisał on do naszego ministerstwa kultury, że wyczytał w bardzo starych manuskryptach o istnieniu przekazów o starożytnej podziemnej armii umieszczonej tam przez przybyszów z kosmosu i prosił o fundusze i stworzenie światowej komisji do zbadania tych informacji. Oczywiście nigdy nie odpowiedzieliśmy mu na jego pismo tylko obserwowaliśmy go, ale dzisiaj prosił o kontakt z kimś z ramienia rządu w tej sprawie. Proszę się z nim skontaktować, lecz oczywiście nadzwyczaj ostrożnie wybadać co on wie w tych sprawach i skąd.

Znam go służbowo od dawna. Współpracowałem z nim korespondencyjnie w czasie odzyskiwania dla Ziemi zabytków z tych rejonów. Ma wielką wiedzę, a obecnie jest kilka kroków ode mnie i wreszcie poznałem go osobiście, poinformowałem prezydenta.

O, to świetnie. Będzie panu łatwiej, ucieszył się prezydent. Proszę pozdrowić ode mnie naszych gości, a panu jak zwykle dodatkowo przekazują pozdrowienia od mojej żony. Do widzenia, powiedział i rozłączył się.

Spojrzałem w kierunku profesora. Po namyśle wstąpiłem jeszcze na chwilę do pojazdu i wziąłem aparat do łączności z rycerzami. Nie było nowych zgłoszeń, ale zabrałem go ze sobą. Wróciłem do stolika, włączyłem się do ogólnej rozmowy i próbowałem dalszych rewelacyjnych potraw. Zerkałem czasem na profesora. Zobaczyłem, że przestał na razie kosztować dalszych potraw i popijał tylko jakiś napój. Podziękowałem również na razie zbliżającej się kelnerce za dalsze porcje, udając, że jestem nasycony. Wyglądała na zmartwioną, a może tylko zawodowo udawała. Wyczekałem dogodny moment i odezwałem się do profesora.

Co z kręgosłupem panie profesorze?

Już nic nie boli. Wstał aby mi pokazać jak świetnie się czuje.

Może przejdziemy się trochę po ogrodzie żeby zrobić miejsce na dalszą degustację tych pyszności? Zapraszam pana, powiedziałem.

Chętnie, odparł i ruszył natychmiast jakby chciał zademonstrować jak dziarsko się porusza gdy jest zdrowy.

Poszliśmy po trawie w głąb ogrodu.

Jak długo będzie pan u nas gościł? zapytał profesor.

Nie długo niestety tym razem, odpowiedziałem i natychmiast przystąpiłem do zasadniczej sprawy.

Miałem przed chwilą rozmowę ze stolicą. Otrzymałem pełnomocnictwo od pana prezydenta do skontaktowania się z panem profesorze. Wysłał pan dzisiaj do rządu pewien meldunek.

Tak, profesor stanął i spojrzał mi prosto w oczy. Gdzieś w naszym rejonie, zaczął cicho, zostały umieszczone kiedyś bardzo dawno temu głęboko pod ziemią machiny wojenne. Umieścili je tu prawdopodobnie przybysze z odległego kosmosu. Od wczoraj zaczęły się budzić i ruszać.

Skąd pan o tym wie profesorze? Zdziwiłem się.

Nie wiem skąd wiem. Czuję to jakoś i wiem również, że to one spowodowały dzisiejsze trzęsienie ziemi, dlatego wysłałem ten meldunek do rządu. Od dziecka śniły mi się te podziemne machiny i zawsze wiedziałem, że coś takiego gdzieś tutaj się znajduje. Gdy mówiłem o tym rodzicom i innym dzieciom śmiali się ze mnie, więc przestałem o tym opowiadać. Dzisiaj już nie wiem czy to były sny czy rodzaj kontaktu, transu. Chciałem panu jeszcze powiedzieć, że nie chodzi tu o słynną terakotową armię. To zupełnie co innego. Później gdy badałem stare pisma jednego z naszych cesarskich rodów wyczytałem jakiś przekaz o tym, czy raczej zapis starej legendy mówiącej o umieszczeniu przez przybyszów z innego świata podziemnego wojska. Wtedy wiedziałem, że moje dziecinne sny nie były takie niemożliwe. Zwracałem się do rządu o podjęcie badań nad tą wyczytaną legendą, ale nie było zainteresowania.

Tak, powiedziano mi dzisiaj o tym, przerwałem mu. Czy rozmawiał pan z kimś ostatnio o tych zjawiskach?

Nie. Tak jak powiedziałem od dziecka nie mówiłem już o tym nikomu. Przecież gdybym obecnie wyszedł z czymś takim dopiero by sobie używali koledzy historycy na całym świecie jaki to ze mnie stary wariat.

Panie profesorze. Proszę się niczego nie obawiać. Tak się składa, że nie jest pan starym wariatem. Może już niedługo coś będzie o tym wiadomo, a póki co proszę się niczemu nie dziwić i zachować spokój. To bardzo ważne dla pana bezpieczeństwa, naszego i całego świata. Myślę, że gdy przybędę tu jesienią na otwarcie pańskiego muzeum będziemy już mogli o tym porozmawiać. Wracajmy do stołu.

Zawróciliśmy i usiedliśmy przy paniach.

Spacer dobrze nam zrobił, powiedziałem do dam. Czuję, że wrócił mi apetyt.

Mnie też, czuję, że mogę zaczynać na nowo, zawtórował mi profesor.

A jutro rozboli cię wątroba, zaśmiała się żona profesora.

Nie dokuczaj mi, proszę, odgryzł się. Jeszcze z panem ministrem musimy skosztować kaczuszki.

Do wieczora zjedliśmy jeszcze sporo, a gdy pani burmistrz już po zmroku odwoziła ich do miasta czułem jeszcze wspaniały smak kaczki, którą zostawiłem sobie jako ostatnie danie. Jej sława na cały świat nic, a nic nie była przesadzona. Odprowadziłem ich do samej bramy, a gdy wróciłem do ogrodu liczna obsługa kończyła zwijanie sprzętu. Za chwilę po ogrodowej restauracji nie było śladu.

To był bardzo miły wieczór, pomyślałem i mam nadzieję, że dobrze wróży zbliżającej się pracowitej nocy. Trzeba iść do naszych. Wszedłem do domu i poszedłem prosto do Goera.

Zaczynamy? Zapytałem natychmiast od progu.

Goer spojrzał na Zee, a ten tylko skinął głową.

Wiesz, Zee odezwał się do mnie cicho, ten profesor to chyba jakaś moja rodzina, a jednocześnie jakby coś więcej. Bardzo dziwnie się przy nim czuję. To niesamowite uczucie. Gdy byłem blisko niego to wiedziałem co on myśli i co do mnie powie. Czułem tak jakbym stał obok samego siebie, aż mi się na rękach robiła gęsia skórka. Bardzo mnie to krępowało.

Widziałem, że odsuwałeś się od niego. On też chyba coś wyczuwał bo wyraźnie chciał z tobą rozmawiać, ale nic mi nie mówił co czuje przy tobie. Mówił mi natomiast, że od dziecka wyczuwał jakieś podziemne urządzenia w tej okolicy. Nigdy nie miałem takiego doświadczenia i nie potrafię tego wytłumaczyć. A ty Goer wiesz coś o takich zjawiskach? Zapytałem.

Uczyłem się, że


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: poniedziałek, 29 czerwca 2015, 20:03 
Ponieważ trochę się dziś lenię to poczytałem sobie 9 rozdział. Wstawię kawałek:

"ROZDZIAŁ 9: W DŻUNGLI.

Na nasze następne budzenie wybrałem nie bardzo odległy od naszego obecnego miejsca punkt leżący w pierwotnej wciąż błyskawicznie rozrastającej się wilgotnej dżungli. Długo na Ziemi nie wiedzieliśmy, że kryją się tam rozległe starożytne opuszczone miasta. Nikt tam nie docierał, potem nie latał, miejscowa ludność w tym tak trudnym terenie nie była bardzo liczna, zacofana i nie szukała kontaktów z innymi. Dopiero gdy zaczęły się loty orbitalne, z kosmosu zauważono co kryje tam roślinność. Kiedyś były organizowane wyprawy dla zbadania tych okolic, ale nigdy nie zostały rozwinięte na większą skalę. Ostatnio ustanowiono specjalne fundusze do badania tych części Ziemi i tworzona była ekipa naukowców. Nie wiadomo do dziś co stało się z zamieszkującą tam niegdyś cywilizacją i dlaczego te wspaniałe niszczone przez mocarną dżunglę miasta zostały opuszczone. Zawsze interesowało mnie to gdy czytałem o tym czy oglądałem zdjęcia. Dlatego teraz wybrałem to miejsce na nasz następny etap. Teraz będę miał okazję tam być.

Popiłem łyk ze szklanki i podłączyłem ltop. Zacząłem przeglądać na dużym ekranie wszystko co tylko miałem na ten temat. Od schłodzonego napoju zrobiło mi się chłodno więc podniosłem nieco próg temperatury w kabinie.

Pomyślałem o Goerze, może on ma jakąś wiedzę na temat terenów do których podążamy. Połączyłem się ze sterówką.

Zobaczyłem na ekranie, że mimo późnej pory załoganci siedzieli przy stole i z ożywieniem o czymś rozprawiali. Nie było z nimi Piotra. Szklanki mieli opróżnione w różnym stopniu.

Dołączę do nich, postanowiłem, mnie też nie chce się jeszcze spać.

Wziąłem szklankę i wyszedłem do sterówki.

Siadaj. Simo wstał z mojego krzesła gdy zobaczył, że wchodzę.

Siedź, siedź. Tutaj usiądę, odsunąłem sobie następne krzesło przy Multe. O czym rozmawiacie?

Zastanawiamy się czy można będzie przenieść do nas tę mnogość morskich gatunków, które dzisiaj widzieliśmy pod wodą.

Z tego co wiem, zmartwiłem ich, nie jest to takie proste. Gatunki słodkowodne dość łatwo jest adoptować w nowych warunkach, ale morskie są bardzo czułe ma temperaturę i chemiczny skład wody. Wiem, że bardzo długo nie udawało się naszym uczonym pokonać tych barier, ale obecnie wiedzą jak to robić. Znam ludzi, którzy wam pomogą.

To świetnie, powiedział Simo, za pomyślność przedsięwzięcia panowie i podniósł szklankę tak jak ja poprzednio.

Smakuje wam piwo? Macie piwo u siebie? pytałem.

Tak, mamy, odpowiadali. U nas od zawsze kobiety robiły piwo, ale to jest klarowne i dość mocne. Bardzo nam smakuje. Chwalimy je właśnie między sobą.

Na Ziemi produkcja piwa to już od dawna wielki przemysł. Nie wytwarzają go kobiety w domu, choć ja jeszcze pamiętam te czasy, opowiadałem. Teraz zresztą produkcja wszelkich napojów to duży przemysł. Nawet zwykła woda w butelkach dobrze się sprzedaje choć każdy ją ma w dobrym gatunku w kranie.

Myślę, że również tymi umiejętnościami będziecie się mogli z nami podzielić, odezwał się Multe i nawiążemy współpracę.

Skończyłem ostatnim łykiem moje piwo i zaproponowałem Goerowi obejrzenie następnego lądowiska. Poszliśmy do mnie.

Gdy otworzyłem drzwi poczułem, że wewnątrz jest bardzo gorąco. Za gorąco. Przesadziłem z podwyższeniem temperatury. Natychmiast ustawiłem ją na poprzedni poziom. Usiedliśmy przed ekranem. Zacząłem pokazywać mu materiały filmowe, ale zacząłem ziewać. Przeprosiłem Goera.

To nasenne działanie piwa, tłumaczyłem się i w kabinie zrobiłem zbyt gorąco. Przełóżmy oglądanie na jutro, zaproponowałem.

Było już bardzo późno. Goerowi też się udzieliło ziewanie i też zaczął mnie przepraszać. Pożegnaliśmy się. Wygasiłem ekran i natychmiast położyłem się w mojej wygodnej koi.

Usnąłem natychmiast. Śniło mi się, że otwieram puszki z wodą, w których znajdują się małe kolorowe rybki. W każdej puszce odkrywałem nowe gatunki.

Obudziłem się. Chciało mi się pić i wstałem po krótkim namyśle. Narzuciłem coś na siebie i poszedłem do sterówki. Paliło się światło, a Multe, który miał wachtę spał na ławie tak jak kiedyś Piotr gdy pracował na pokładzie po przybyciu do zamku.

Wachta! Obudziłem go.

Tarł oczy dłońmi i długo przychodził do siebie. W końcu rozbudził się i poderwał na nogi. Miał bardzo speszoną minę.

Przepraszam, usnąłem. Nie wiem nawet kiedy. Nigdy mi się to nie zdarzyło, tłumaczył się ze wstydem.

To trochę moja wina, powiedziałem. powinienem was uprzedzić, że zawartość chmielu w piwie powoduje senność. Napij się kawy i nastaw sobie jakąś muzykę.

Sam wziąłem kwaskowy owocowy napój i spojrzałem na ekran. Na szczęście nie mieliśmy żadnych przywołań i w czasie lotu nic się nie działo. Wróciłem do siebie. Do rana już mi się nic nie śniło.

Obudziłem się dość wcześnie. Miałem jeszcze czas przed śniadaniem na ćwiczenia. Przerobiłem cały ich program i potem wykąpałem się. Świeży i w dobrym nastroju wszedłem do sterówki. Nie byłem ostatni. Przywitałem się z tymi, którzy już byli i napiłem się kawy. Zerkałem na ekran. Nadal było spokojnie. Ciekaw byłem jak tym razem rząd wytłumaczył nocne wydarzenia w mieście naszego ostatniego pobytu. Usiadłem przy pulpicie i wybrałem wiadomości.

W mieście trwało wielkie sprzątanie. Służby porządkowe zmywały i usuwały z powrotem do morza wodorosty zalegające dość grubą warstwą nadmorski bulwar i dobiegające do niego z głębi miasta ulice. Wybierali wyrzucone z nimi na brzeg stworzenia ratując je od śmierci na powierzchni. W migawce pokazano szalejącego na placyku długiego na kilka metrów jaszczura pokrytego nastroszonymi, barwnymi jak papuga piórami. Nie mógł się wydostać za wysokie bariery oddzielające ulice od skalnego urwiska opadającego do morza.

Swoją drogą, pomyślałem, jak tak ogromne zwierzę zostało wyrzucone na taką wysokość. To mi uświadomiło jak ogromna musiała być wywołana przez nas fala.

Sprzątacze zastawili pojazdami dobiegające do placu drogi, ale bali się do niego zbliżyć. Dopiero specjaliści, którzy przybyli swoim pojazdem z miejscowego zwierzyńca obezwładnili rozwścieczone stworzenie i odjechali zwrócić go oceanowi.

Jak on się tu dostał? Widzieliście to? powiedziałem do załogi, która zgromadziła się za moimi plecami i wraz ze mną pilnie oglądała wiadomości. Fala spowodowana startem wojska musiała być rzeczywiście gigantyczna jeśli tak duże zwierzę zostało wyrzucone tak wysoko do miasta.

Ściany i dachy budynków też nosiły ślady opadającej wody. Reporterzy komentowali obraz informując, że sprzątanie miasta po ogromnej fali wywołanej obsunięciem się morskiego dna w dość bliskiej odległości potrwa kilka dni.

Zaproszony przed kamery docent geolog uspokajał mieszkańców i turystów, że nie należy się obawiać dalszych wstrząsów, że obecnie grunt w okolicy jest zupełnie stabilny. Przypominał podobne przypadki, które przyniosły znacznie większe skutki i zniszczenia w przeszłości.

Po śniadaniu wróciliśmy z Goerem do przeglądania w mojej kabinie całego materiału jaki miałem o naszym następnym lądowisku. Nic nie wiedział o budowlach, które mu pokazywałem.

Te miasta nie są zbudowane za naszych czasów, stwierdził. My zostawiliśmy jak zawsze nie wielkie znaki i opiekujące się nimi miejscowe plemię.

Dość podobny scenariusz jak w innych przypadkach, skwitowałem. Widocznie jakaś późniejsza cywilizacja stworzyła te miasta, ale nie doczekała się powrotu obcych przybyszów i stopniowo zwyciężyła niegościnna dla ludzi przyroda zajmująca te tereny.

Długo jeszcze rozmawialiśmy z Goerem o różnych starożytnych miastach, które pokazywałem mu na Ziemi, ale nic nie potrafił mi o większości z nich wyjaśnić. Wiedział tylko o pozostawionych za ich czasów znakach, a nic o późniejszych dziejach. Zeszło nam tak do obiadu.

Po południu rozmawialiśmy w ogólnej kabinie, potem ćwiczyliśmy. Dwa następne dni wyglądały podobnie.

Przybysze opowiadali sobie i mnie swoje historie, wypytywali o życie na Ziemi. Coraz lepiej dzięki takim rozmowom poznawałem ich życie.

Z ich opowieści wynikało, że do dzisiaj żyją dość prymitywnie, w naszym pojęciu. Budują w tradycyjny sposób, tak jak nauczyli się tego jeszcze za ziemskich czasów od swoich nauczycieli, uprawiają tradycyjnie rolę, łowią ryby, polują. Ich rozwinięci sąsiedzi nie ingerują zbytnio w ich rozwój, a może właśnie pilnują, pomyślałem, aby nie zmieniał się poziom ich cywilizacji. Tak miało być od początku i trwało do dziś. Wyglądało, że ich populacja nie była bardzo liczna. Ilość mieszkańców utrzymywała się na stałym poziomie. Może i to było pilnowane przez ich wszechwładnych sąsiadów?

Jednak takie życie ma w sobie jakiś urok, myślałem porównując nasze zabiegane czasy. Chociaż, czy jesteśmy teraz bardziej zabiegani niż kiedyś? Taka podróż jak ta nasza trwała by jeszcze kilka wieków temu dużo krócej. Jednak w miarę przybywania pojazdów na Ziemi zrobił się w przestworzach taki tłok i tak znaczne było przy tym zanieczyszczenie atmosfery, że kolejne ograniczenia prędkości doprowadziły do tego, że tę odległość pokonujemy w kilka dni, a nie w ciągu jednego dnia. Cóż, zdrowie mieszkańców i bezpieczeństwo planety przede wszystkim.

Dużo ćwiczyłem. Rano zawsze u siebie w kabinie przed śniadaniem i później w dzień ze wszystkimi. Czułem, że wraca mi dawna kondycja, a i w lustrze w czasie kąpieli widziałem, że moje ciało staje się bardziej sprężyste i skóra na nim jest bardziej naciągnięta. Cieszyło mnie to.

Taka sielanka trwała do momentu, aż system zameldował, że osiągnęliśmy planowane miejsce opuszczenia przez nas wojskowego korytarza przelotowego.

Na zewnątrz było już dość szaro więc zamknąłem osłony, aby niskie słońce nie raziło w oczy. Obudziłem Piotra, który wreszcie w tych dniach miał okazję odespać wszystkie zaległości z ostatnich lat. Posadziłem go obok siebie, aby utrzymywał stałą łączność z moim synem. Oba pojazdy przeszły na ręczne sterowanie.

Gdyby nie to, że wciąż się spieszymy, odezwałem się do Piotra, moglibyśmy poczekać w korytarzu do jutra aż będzie widno. Trudno, już się przyzwyczaiłem, że prawie zawsze lądowania wypadają nam w nocy.

Zapytałem syna jak się czują z Touenem.

Bardzo dobrze, odpowiedział. Już nam się nudziło. Dobrze że dolatujemy. Będę trzymał się was jak najbliżej w bezpiecznej odległości.

Do zaznaczonego na ekranie celu zostało nam kilka godzin lotu, jeszcze bardziej wolnego dla bezpieczeństwa w nie kontrolowanym obszarze. Nie mogłem skorzystać z żadnej automatyki. Po pięciu godzinach zaczęły mnie boleć oczy od ciągłego wpatrywania się w ekran. Zmieniłem ustawienia wyświetlania. Trochę mniej ostro widziałem przesuwające się obrazy, ale oczy przestały boleć. Połączyłem się z synem.

Jak sobie radzisz?, bo mnie już rozbolały oczy, zapytałem.

Świetnie, odpowiedział natychmiast. Touen siedzi obok mnie w hełmie i jak pilot kierowcy rajdowego podaje mi co mam robić. To bardzo pomaga, nie muszę być taki skupiony. Lecę jak po sznurku.

Touen, wpadłem na pomysł, czy hełmy od kombinezonów pozostałych, w których przylecieli też mają takie możliwości jak twój? Zapytałem.

No nie. Oni mają zwykłe podróżne, a raczej pasażerskie wyposażenie podobne do waszych. Mój jest wojskowy. To zupełnie coś innego.

Szkoda, zmartwiłem się. A jak sądzisz, czy zrobienie takiego hełmu jest w naszych warunkach możliwe?

Nie jestem specjalistą od konstruowania takich systemów, wiem tylko jak i na jakiej zasadzie taki hełm działa. Tego nas uczono, ale porozmawiam z Piotrem, odpowiedział, może wspólnie coś wymyślimy, obiecał.

Nieźle by to było, mruknąłem z zazdrością.

Spojrzałem na Piotra. Słyszał oczywiście moją rozmowę i widziałem jak skupił się na twarzy i zaczął głęboko myśleć.

Wiesz coś bliżej o jego hełmie? Zapytał.

Opowiedziałem mu wbrew przepisom w czasie prowadzenia ręcznego sterowania, cały czas pilotując z uwagą, wszystko co mi kiedyś Touen opowiadał o możliwościach jego hełmu.

Piotr znów się zamyślił.

Muszę rzeczywiście wypytać Touena, to może być przełom w naszej technice, powiedział. Tylko jak oni łączą mózg z elektroniką? To cały problem, zastanawiał się, mam nadzieję, że nie wszczepiają czegoś do mózgu. Poczekaj.

Wstał z fotela.

Zaraz wrócę, powiedział.

Po chwili znów usiadł przy mnie. Położył na kolanach swój prywatny hełm od kombinezonu, który przywiózł ze sobą gdy przybył z rycerzami do zamku. Zaczął wywijać jego miękką wewnętrzną wyściółkę, zaglądał pod nią i wkładał do wewnątrz palce macając jego wnętrze i znajdujące się pod wyściółką wbudowane elementy. Za chwilę znów wstał i przyniósł swoją walizeczkę z narzędziami. Położył ją przy fotelu, otworzył i wyjętymi kluczami i śrubokrętami zaczął rozkręcać zewnętrzną błyszczącą obudowę hełmu. Najpierw odłączył zasuwaną przezroczystą osłonę i jej filtry, a potem ostrożnie zaczął wyciągać z wnętrza hełmu wyściółkę z przymocowanymi do niej ustnikami, mikrofonami, słuchawkami i całą plątaninę kabli, cieniutkich elastycznych rureczek i jakiś czujników i sam nie wiem jeszcze czego. Wyglądało to tak, jakby ściągał skórę z przenicowanego zająca.

Nigdy nie widziałem rozłożonego hełmu, powiedziałem przyglądając się z uwagą temu co robił Piotr. Nie wiedziałem, że jest tak skomplikowany. Po co rureczki?

To od systemu osuszania i regulacji ciśnienia, wyjaśniał mi. Wraz z wydychanym powietrzem i dostarczanym do oddychania dostaje się przecież para. Skóra też wydziela wilgoć, to wszystko musi być regulowane. Te kable są od łączności w obie strony i od czujników badających parametry wewnątrz hełmu. Piotr zajął się teraz wtyczką przyłączoną do karbowanej rury odchodzącej z tyłu hełmu. Tą wtyczką łączy się hełm z fotelem lub kombinezonem. Objaśniał.

To wiem Piotrze. Tylko czy będziesz potem w stanie złożyć to wszystko z powrotem?

Mam nadzieję, powiedział kiwając głową.

Wysunął dolny pulpit, który był mniej zabudowany niż górny i główny i na nim zaczął układać odkręcone tulejki, pierścienie, nakrętki i drobniutkie śrubeczki.

Jak mi to wszystko wyfrunie to rzeczywiście będę miał kłopot, spojrzał na mnie.

Odłożył rozbebeszony hełm na główny pulpit i przyniósł sobie kubek z kuchni. Wysunął uchwyt z boku fotela i do umieszczonego w nim kubka poprzekładał wszystkie drobne odłączone części. Gdy rozebrał już całą wtyczkę zaczął wyciągać z hełmu wyściółkę wraz z wszystkimi elementami i podłączonymi do nich kablami i rurkami. Na podłogę odłożył goły czerep hełmu z pozostawionym tylko przymocowanym na jego wewnętrznej powierzchni ogrzewaniem i rurą. Zaczął oglądać przymocowane do wyściółki drobne i te większe elementy. Wygrzebał z walizeczki okularowy mikroskop, założył go na nos i po kolei odczytywał umieszczone na nich oznaczenia. Mruczał coś pod nosem. Odłożył wyściółkę, wstał i omal nie wpadł na mnie w swoim mikroskopie na oczach. Zdjął go z nosa i przyniósł swój ltop. Znów zaczął odczytywać oznaczenia i coś zapisywał w ltopie.

Piotrze, przerwałem mu, zaraz będziemy lądować.

Za ile? Zapytał.

Już właściwie, odpowiedziałem patrząc na ekran.

Przywróciłem poprzednie bardziej wyraźne ustawienia grafiki.

To ja to wszystko pakuję, poderwał się i znów o mało nie wpadł na mnie.

Przyniósł dwie torby na śmiecie i do nich zapakował obudowę hełmu i jego wnętrze. Kubek przykrył pokrywką z zaworem używaną w stanie nieważkości i też włożył go do jednej z toreb. Odłożył torby na podłogę przy fotelu obok walizeczki.

Czy łączyć się z Grzemem? Zapytał.

Tak. Zaczynamy podchodzenie do lądowania, odpowiedziałem.

Pod sobą widziałem tylko wierzchołki drzew. Zwalniałem. Słyszałem, że Piotr rozmawia z Grzemem. Wyhamowałem i stanąłem w zawisie.

Włączyłem reflektory i za chwilę widziałem, że to samo robi syn. Wierzchołki drzew pod nami były widoczne tak jak w dzień, ale w splątanych konarach pozszywanych dodatkowo przez różne liany i inne roślinne pasożyty nie widziałem żadnej przerwy, ani nawet szczeliny. Pod nami był jednolity ocean zieleni.

Grzem. Widzisz jakąś szczelinę w tych zaroślach?

Nic nie widzę. Czy jesteśmy nad miastem? Zapytał.

Chyba tak, odpowiedziałem. Powinniśmy być dokładnie nad wyznaczonym punktem.

Sprawdziłem jeszcze raz na ekranie robiąc maksymalne elektroniczne powiększenie.

Potwierdzam, jesteśmy dokładnie w wyznaczonym punkcie, powiedziałem. Spróbuję lądować przez ten gąszcz, a ty poczekaj w zawisie.

Zacząłem opuszczać pojazd bardzo wolno w dół. Po chwili weszliśmy w korony drzew i nic już nie widziałem w dół oprócz zwartej zieleni. To samo pokazało się za chwilę w bocznych kamerach.

Zanurzaliśmy się coraz wolniej w tę zieleń. Widziałem jak uginają się i następnie łamią najbliższe gałęzie, a nas zaczynają oplątywać zerwane liany. Zniżaliśmy się coraz wolniej. Roślinność zaczęła przejmować nasz ciężar i po chwili utknęliśmy w tej plątaninie. Nie wiarygodne jak wielka była siła tej żywej sieci. Nie było wyjścia. Zacząłem wznoszenie i zawisnąłem obok syna.

Nie dam rady. Za gęsto, odezwałem się do wszystkich.

Grzem. Musimy wznieść się ze sto metrów wyżej i wystrzelimy race na ziemię. Może w ich świetle coś więcej zobaczymy.

Dobrze, krótko odpowiedział.

Wolno podleciałem nieco do góry, poczekałem na syna i zacząłem odpalać rakiety w kierunku ziemi. To samo uczynił Grzem.

To był dobry pomysł. W migotliwym, ale bardzo jasnym świetle palących się na ziemi rac zobaczyłem prześwitującą w niektórych miejscach między roślinnością powierzchnię pod koronami drzew.

Rzeczywiście. Pod nami było kamienne starożytne miasto całe porośnięte roślinnością. Duże drzewa rosnące między budowlami pięły się w górę i to one spięte ze sobą wierzchołkami uniemożliwiały nam lądowanie. Budowle też były pokryte mniejszymi roślinami wyrastającymi ze szczelin między kamiennymi ścianami. Te też łączyły się ze sobą i z tymi większymi wyrastającymi wyżej. Mrugające światło palących się rac stwarzało wrażenie ruchu kamieni i cała powierzchnia ziemi wydawała się poruszać jak brzuch oddychającego olbrzyma.

Wypatrzyłem spory placyk o odpowiedniej wielkości, wyłożony kamiennymi płytami, nad którym tylko bardzo wysoko rozciągał się żywy, dość cienki zielony strop. Wystrzeliłem w jego kierunku jeszcze dwie rakiety i powiedziałem synowi, że tam ląduję.

Dobrze. ja też wybiorę sobie coś podobnego, usłyszałem.

Zacząłem nadlatywać nad wybrany plac. Widziałem przelatujące obok mnie następne rakiety wystrzelone przez Grzema. Szukał odpowiedniego miejsca.

Skupiłem się na lądowaniu. Zacząłem wolne zniżanie. Tak jak poprzednio po chwili otoczyła nas zbita zieleń, ale była cieńsza i nie hamowała nas tak jak wcześniej. W pewnej chwili poczułem jak rozrywa się pod nami żywy hamak i spadamy na bok. Podtrzymałem natychmiast wysokość joistikiem i wyrównałem położenie do poziomu.

Usłyszałem za plecami westchnienie ulgi wydane przez wszystkich.

Opuściłem się na plac w światłach reflektorów, których nic tu na dole nie przesłaniało. Wystrzelone race kończyły się wypalać.

Przełączyłem szybko napęd na postój i skierowałem reflektory w bok szukając Grzema. Zacząłem otwierać osłony. Najpierw zobaczyłem słup światła z jego reflektorów skierowany za częściowo porośniętą krzakami drogą za niewielkimi budowlami na brzegu miejskiego placu otoczonego widocznymi stąd rzeźbami przy widocznych dalej gęstych zaroślach. Potem widziałem jak powoli opuszcza się jego pojazd. Skryli się za kamiennymi budowlami.

Włączyłem światło w kabinie. Na zewnątrz zawirowało. Tysiące, czy miliony fruwających owadów rzuciło się na nasze przezroczyste osłony. Za chwilę nasz pojazd był pokryty żywą kołdrą z za której nic nie było widać.

Widzicie to? Zapytałem. Trzeba założyć kombinezony i skorzystać ze śluzy, powiedziałem. Pamiętajcie o broni, dodałem.

Wachta zostaje, rzuciłem do tyłu.

Poszedłem do kabiny i wróciłem dopinając po drodze kombinezon. Wziąłem rewolwer z zapasem amunicji i dużą maczetę. Na wszelki wypadek. Pomyślałem, że nie potrzebnie przypominałem Atlantom o zabraniu broni. Oni mają swoją znaną mi zasadę. To raczej ja muszę o tym pamiętać.

Wachtowy stał przy burcie i obserwował kłębiące się na zewnątrz na szybie oszalałe owady.

Po chwili wszyscy zgromadzili się przy wyjściu do śluzy i weszliśmy jeden za drugim do jej wnętrza. Założyliśmy hełmy i po zamknięciu wewnętrznego włazu schodziliśmy po rampie w kierunku pojazdu Grzema.

Z daleka widziałem osłabione też pewnie przez warstwę owadów jego światła. Szliśmy po spękanych, krzywo obecnie leżących dużych powysadzanych przez korzenie płytach. Między niektórymi płytami trafiały się większe przerwy i kierowane tam światło pokazywało kryjące się pod nimi podziemia na dnie których połyskiwała woda. Wyszliśmy za zabudowania okalające nasz plac i zbliżaliśmy się do rzeźb za drogą. W świetle reflektorów poruszających się w rytm naszych kroków rzeźby jakby podnosiły się i opadały patrząc wszystkie w naszym kierunku jakby z oczekiwaniem i napięciem. W miarę zbliżania się do nich uspokajały się, a gdy przechodziliśmy obok nich stały już zupełnie spokojne i martwe.

Nad naszymi głowami wciąż kłębiły się chmary owadów, ale zauważyłem że nie tylko. Co chwila gdzieś z góry nurkowały większe i mniejsze nietoperze i chwytały w locie co smaczniejsze kąski. Otaczało nas codzienne nie widoczne zazwyczaj nocne życie dżungli.

Zobaczyłem stojący pojazd syna. Osłony mieli zamknięte.

Wcisnąłem na klawiaturze na lewym rękawie przywołanie. Grzem odezwał się za chwilę.

Widzimy cię. Idziemy do was, powiedziałem. Nie wychodźcie tylko bez kombinezonów bo was zjedzą owady i wychodźcie przez śluzę

Rozumiem. Wychodzimy, rozłączył się Grzem.

Gdy podchodziliśmy już do nich zaczęła nas otaczać jeszcze większa chmara owadów które odłączały się od tych, które kłębiły się przy światłach pojazdu syna. Za moment, gdy Grzem wyłączył reflektory wszystkie owady rzuciły się w naszym kierunku. Wyłączyłem światło na moim hełmie. Za mną zrobili to pozostali i staliśmy w ciemności.

Po chwili zaczął się otwierać właz śluzy. Widziałem to po malutkich czerwonych świecących ostrzegawczo światełkach rozmieszczonych na jego obrzeżu.

Pokazały się światła na hełmach syna i Touena i natychmiast zgasły. Owady wokół nas zawirowały i popędziły w ich kierunku, ale rozproszyły się po chwili. Zaprosiłem Grzema i Touena do nas na kolację. Przyjęli zaproszenie z ochotą.

Poszliśmy prawie po omacku. Prowadziłem wszystkich idących za mną gęsiego przy włączanym tylko od czasu do czasu reflektorze, gdy nie byłem pewny czy dobrze prowadzę.

Wachtowy, wołałem od progu gdy wewnętrzny właz śluzy zaczął się otwierać, wybierz na dziś uroczystą kolację. Mamy gości.

Po zrzuceniu kombinezonów witaliśmy wszyscy serdecznie Grzema i Touena.

Kolacja była długa i bardzo wesoła. Wywiązał się jakiś luźny, spokojny nastrój i długo w noc siedzieliśmy i rozmawialiśmy przerzucając się z tematu na temat. Tylko Piotr okupował Touena i wciąż go wypytywał o szczegóły jego hełmu, aż w końcu obaj usiedli przy pulpicie i na zmianę zakładali na oczy mikroskop dyskutując i zapisując jakieś ustalenia do ltopa Piotra.

Na koniec, gdy już zrobiło się bardzo późno przekazałem swoje ustalenia.

Jutro mamy wolny dzień. Będziemy zwiedzać miasto bo warto skorzystać z okazji. Nasi wrogowie, sprawdziłem to, są bardzo daleko i chyba na razie nie wiedzą gdzie nas szukać, informowałem załogę, a do budzenia wojska przystąpimy jutro wieczorem. Dobranoc, zakończyłem.

Grzem i Touen poszli do siebie, a my poszliśmy spać.

Rano po śniadaniu połączyłem się z synem. Okazało się, że go obudziłem. Umówiliśmy się za dwie godziny przy ich pojeździe. Za osłonami, w dziennym świetle nie było już owadów. Pod baldachimem koron drzew panował lekki półmrok. Pospacerowałem trochę w okolicy pojazdu. Powietrze było bardzo wilgotne i ciężkie. Miasto było zbudowane na bagnach i cała niższa okolica była pod wodą. Miejsce w którym lądowaliśmy było na niewielkich wzgórzach, ale ze zdjęć wiedziałem, że inne części miasta były połączone ze sobą całą siecią zarośniętych dziś kanałów.

O umówionej porze poszliśmy w kierunku pojazdu Grzema i Touena. Gdy zbliżaliśmy się do nich zobaczyłem niepokojący widok. Zacząłem biec.

Grzem wylądował na wielkiej kamiennej płycie zrobionej z jednego kamiennego złomu. Wyglądało to po ciemku z góry na znakomite lądowisko, ale płyta była umieszczona na samym skraju placu. Za nimi widać było porośnięte obecnie bajoro, jakiś dawny basen portowy czy szersza część kanału. Pod płytą powstała widocznie podmyta pustka bo ta wraz z pojazdem Grzema pod jego ciężarem zanurzyła się przechylając w kierunku bajora i tylko dziób pięknego pojazdu wystawał nad powierzchnię brunatnej cuchnącej wody.

Połączyłem się z synem.

Czy wiesz, że jesteście pod wodą? Zapytałem.

Pod wodą?, zdziwił się syn. Nie wiem, ale coś krzywo stoimy.

Odpal napęd i przeleć gdzieś tu kawałek dalej na plac bliżej nas na pewniejszy grunt. Przez kamery i osłony pewnie nic nie zobaczysz bo woda jest bardzo brudna, dodałem.

Dobrze. odpowiedział syn. Poczekajcie na nas.

Odsunęliśmy się w głąb placu i patrzyliśmy w ich kierunku. Bardziej odczuwaliśmy niż słyszeliśmy pracę napędów pojazdu Grzema, ale efektu nie było widać. Ziemia drżała, gęsta woda wokół nich pokryła się drobnymi zmarszczkami, a pojazd wciąż tkwił pod wodą.

Co się dzieje? Zapytałem syna.

Nie wiem. Chyba nas wessało. Nic nie widzę, ale pojazd nie chce się unieść. Będę próbował.

Ponawiał próby jeszcze kilkakrotnie, ale bez skutku.

Nie dam rady, odezwał się zmęczony sapiąc jakby sam dźwigał pojazd.

Poczekaj, podlecę tutaj i cię wyciągnę. Wystrzel w między czasie cumy do przodu, powiedziałem.

Wróciłem do pojazdu, uruchomiłem go i za chwilę wolniutko tuż nad kamiennymi co niższymi budynkami i rzeźbami podlatywałem do pojazdu syna z otwartym włazem. Wystrzeliłem cumy i poprosiłem stojącą na dole załogę, aby sprzęgli je z cumami Grzema. Gdy już się odsunęli zacząłem wolno cofać aż cumy się napięły. Zwiększałem moc, ale nic się nie działo. Pojazd Grzema ani drgnął, cumy naprężone jak struny drgały za to i wydawały cichy wysoki dźwięk, który słyszałem przez otwarty właz. Zacząłem szarpać raz za razem pojazdem w tył, ale to też nie pomagało. Opuściłem pojazd na płytę i wyszedłem na zewnątrz. Połączyłem się z synem.

Słuchaj, nie daję rady. Włącz znów napęd i spróbujemy razem.

Dobrze, włączam usłyszałem syna.

Próbowaliśmy za chwilę w dwa napędy, ale i to nie pomogło. Wydawało mi się, że pojazd Grzema zanurzył się nawet głębiej.

Wysiadłem ponownie z pojazdu. Usiadłem załamany na płycie i myślałem co zrobić. Trzeba wezwać rycerzy na pomoc, nie ma wyjścia, pomyślałem.

Cumy mogą nie wytrzymać, odezwał się ktoś, a wtedy twój pojazd wyskoczy nie kontrolowany w górę jak korek, a ciebie wyciśnie przeciążenie.

Wytrzymają. Tego jestem pewny, odpowiedziałem, ale nagle ta uwaga przypomniała mi rozmowę w podziemnym hangarze gdy odbierałem pojazd po remoncie od wojska.

Grzem, znów połączyłem się z synem. Załóżcie kombinezony i przypnijcie się w fotelach. Zaraz was wyciągnę.

Właśnie je zakładamy, usłyszałem, chciałem do was wyjść przez śluzę.

Przypnijcie się, powtórzyłem i daj mi znać jak będziecie gotowi.

Widziałem jak wszyscy spojrzeli na mnie uważnie.

Co chcesz zrobić? Zapytał Piotr.

Zdejmę blokady.

Jakie blokady?

Nie ważne, przepraszam. Poczekaj.

Wszedłem na pokład i zacząłem się ubierać w kombinezon. Grzem zameldował gotowość.

Za chwilę ja też przypinałem się w fotelu.

Wszedłem do programu technicznego i zdjąłem blokady mocy tak jak mnie wtedy nauczył Paweł.

Zacząłem cofać i stopniowo zwiększałem moc. Po chwili zobaczyłem, że pojazd Grzema zaczyna się wolno wysuwać z mazi. Obniżyłem obroty i coraz łatwiej w miarę wynurzania się uwięzionych wyciągałem ich na powierzchnię. Przeciągnąłem ich na warstwie oblepiającego ich błota jak po smarze na pewny grunt.

Gdy wychodzili po rampie z pokrytego cuchnącą mazią pojazdu moja załoga już rozwijała wąż z wodą i obmywała ich pojazd. Potem przy okazji umyli i nasz.

Jak to zrobiłeś? pytał Piotr.

Nie mogę, nie powinienem ci tego mówić. Nie jestem upoważniony, wybacz.

Rozumiem, trochę smutno odpowiedział.

Przeprowadziłem czysty, ociekający jeszcze słodką wodą pojazd na poprzednie miejsce, a syn zaparkował blisko też po tej stronie placu. W czasie zwijania cum widziałem, że wyciągnęły się one o kilka metrów. Nie namyślając się długo, aby potem nie zapomnieć wpisałem nowe cumy jako pierwszy punkt przyszłego zamówienia.

W pojeździe został samotny i zły, że nie może z nami iść wachtowy, a my wyruszyliśmy na zwiedzanie do dziś tajemniczego opuszczonego miasta.

Poszliśmy w kierunku wielkiego pobliskiego pałacu pokrytego od dołu do dachu rzeźbami i weszliśmy w jego pozbawioną bramy czeluść. Włączyliśmy światła bo wewnątrz było ciemno. Szliśmy po zalegającym piękne posadzki kamiennym gruzie. Wszędzie go było pełno. Wyrastające ze wszystkich szpar między kamiennymi płytami posadzki i ścian rośliny od wieków odszczypywały kawałki kamieni i to one zalegały teraz podłoże.

Rozglądałem się w koło. Na ścianach i stropie nie było miejsca, które nie było by zdobione. Płaskorzeźby, nacinane gzymsy, jakieś słabo widoczne wyblakłe malowania. Ściany odbijały echem dźwięk naszych kroków. Przechodziliśmy z sali do sali w głąb pałacu i gdzieś przed nami widziałem rozjaśniający się wewnętrzny dziedziniec. Coś innego usłyszałem w zagłuszającym wszystko chrzęście gruzu pod butami. Zatrzymałem się i gestem nakazałem ciszę.

Od widocznego z przodu dziedzińca dobiegały jakieś wysokie piski i śmiechy. Zgasiliśmy światła i jak najciszej posuwaliśmy się w kierunku dziedzińca i dobiegających od niego dźwięków. Wyszliśmy na szeroki kamienny jak wszystko tu balkon. W dole zobaczyliśmy wielki kwadratowy zbiornik wypełniony krystaliczną przezroczystą wodą. Zajmował prawie cały dziedziniec. Spojrzałem w dół. Pod nami był dość wąski chodnik wyłożony spękanymi niebieskimi kafelkami otaczający cały basen. To była jakaś cysterna z zapasem wody czy basen dla mieszkańców, a może jedno i drugie.

Po drugiej stronie basenu obrzeże było częściowo zniszczone i jego część zawaliła się tworząc dogodny dostęp do wody.

Baraszkowało tam kilkanaścioro dzieci. Skakały do wody z kamieni, pływały, nurkowały i to one robiły taki hałas. Bawiły się świetnie.

Stanęliśmy wszyscy przy kamiennej barierce. Zacząłem rozglądać się wokół. Ze wszystkich stron na dziedziniec wychodziły od dołu do góry takie same balkony jak ten na którym staliśmy. Te najwyższe może były tylko mniej kunsztownie zdobione. Wszędzie jak wcześniej na zewnątrz wyrastała ze szpar wszechmocna roślinność, ale ogólnie stan kamiennej konstrukcji był w dobrym stanie. Spojrzałem w bok na stojących przy mnie chcąc poznać ich wrażenie i zobaczyłem jak nagle Goer wspina się na barierkę i skacze głową w dół. Wychyliłem się za nim wystraszony i zobaczyłem jak płynie szybko pod wodą w prawo. Zamarłem.

Zobaczyłem że z podobnego jak po drugiej strony zawaliska z jakiegoś kanału biegnącego gdzieś pod pałac wypływa krokodyl. Był ogromny, największy jakiego widziałem kiedykolwiek. Jeszcze nie cały wynurzył się z pod chodnika, ale już można było ocenić jego wielkość. Przyspieszał w kierunku dzieci.

Dlaczego nie mam przy sobie sztucera? Pomyślałem.

Wyciągnąłem rewolwer i zacząłem strzelać w kierunku zwierza. Wiedziałem, że raczej nic mu nie zrobię z tej odległości bo woda tłumi lot pocisków, ale co mogłem zrobić?

Wystraszone dzieci, które usłyszały strzały odwróciły się i widząc nas powyskakiwały na kamienie.

Przestałem strzelać bo Goer dopływał już do krokodyla i mogłem jego trafić przez przypadek.

Ależ on płynął! Poruszał się pod wodą wężowymi ruchami jak węgorz i czas w jakim dopadł bestię to było mistrzostwo świata. Zobaczyłem, że skacze również Grzem, ale wynurzył się natychmiast i płynął po powierzchni jak tylko mógł najszybciej, a pływał zawsze znakomicie.

Goer dopłynął od tyłu do bestii, zaczerpnął na moment powietrza i zanurkował wprost na jego głowę. W ręku trzymał wydobyty spod koszuli sztylet.

Zakotłowało się. Krokodyl zobaczył lub poczuł napastnika bo nagle szarpnął się w górę, wyrzucił głowę nad wodę, a ja widziałem uczepionego od góry do jego szyi Goera. Teraz już słabo było widać co się dzieje pod wodą bo krokodyl uruchomił całą silę i dynamikę swoich stalowych mięśni. Kręcił się wokół swojej osi, wypryskiwał w górę nad wodę do połowy swojego gigantycznego ciała. Skotłowana woda skutecznie uniemożliwiała obserwację, ale zobaczyłem, że zabarwia się na czerwono.

Tylko czyja to była krew?

Patrzyliśmy bez słowa, nic nie mogliśmy zrobić.

Do walczących dopływał Grzem i zaczął z wynurzoną głową wypatrywać dogodnego momentu. Zanurkował. Krokodyl za moment zaczął się uspokajać, a wraz z nim zbełtana woda. Patrzyłem z napięciem.

Nagle wynurzyły się dwie głowy. Grzem trzymał od tyłu Goera i wystawiał jego twarz do powietrza.

Stanąłem na balustradę i skoczyłem w dół do wody. Jeszcze pod powierzchnią widziałem jak obok mnie głowami do przodu wpadali pozostali.

Dopływaliśmy do Goera i Grzema. Ciężko dyszeli, a woda wokół nich coraz ciemniej zabarwiała się na czerwono.

Zmroziło mnie i patrzyłem na nich przerażony.

Goer spojrzał na mnie, a był tak zmęczony, że skinął tylko głową, że wszystko w porządku i wraz z Grzemem podpłynęli do krawędzi basenu, uchwycili się rękami i odpoczywali.

Widziałem, że woda przy nich robi się coraz bardziej przejrzysta. Zrozumiałem, że nic im nie będzie.

Zanurkowaliśmy z pozostałymi. Krokodyl był tak wielki, że jego długość może nawet przekraczała dziesięć metrów. Wspólnymi siłami zaczęliśmy wyciągać bestię na powierzchnię. Z pod jego szyi wciąż wypływała struga brunatnej krwi. Zaczęliśmy holować go w kierunku dzieci. Tam było najlepsze wyjście na brzeg.

Przerażone dzieciaki wciąż stojące bez ruchu na wystających z wody rozwalonych kamieniach obudowy basenu widząc, że płyniemy w ich stronę z ogromnym krokodylem wrzasnęły nagle wszystkie na raz jeszcze głośniej i cieniej niż przy wcześniejszej zabawie. Odwróciły się do tyłu i zaczęły uciekać.

Widzieliśmy tylko przez chwilę ich mokre błyszczące pupy i białe pięty i za chwilę zniknęły gdzieś w ciemnym dochodzącym do basenu po tamtej stronie korytarzu. Ich piski oddalały się.

Dociągnęliśmy bestię do zwałowiska i ułożyliśmy jego ogromny łeb na jednym zanurzonym tuż pod powierzchnię głazie. Przepłynąłem dalej i wypłukałem się w nie zabarwionej wodzie. Wyrzuciłem zużyte łuski z magazynka rewolweru i załadowałem nowe naboje. Wygramoliłem się na chodnik i poszedłem brzegiem do krokodyla. Z drugiej strony szli w też ociekających jak ja ubraniach syn i Goer.

Spojrzałem na Goera. Upewniłem się że nie był ranny. Jego ubranie nie było już nigdzie pokryte krwią. Dochodzili do mnie.

Różne słowa, które chciałem mu powiedzieć cisnęły mi się na myśl, ale zrozumiałem, że żadne nie mogą wyrazić tego co zrobił. Spojrzałem mu w oczy i skłoniłem lekko głowę.

Oddał ukłon i myślę, że zrozumiał co chciałem tym powiedzieć. Podszedłem do syna i uścisnąłem go za ramię. Nadal byli bardzo zmęczeni.

Kucnąłem przy pozostałych nisko nad wodą i komentowaliśmy wielkość gada. Nikt nie komentował tego co wydarzyło się przed chwilą.

Spojrzałem na brzeg.

Goer przyłożył do czoła zdjętą z szyi pochwę ze sztyletem. Potem wyjął sztylet i zaczął go obmywać. Wylał wodę z pochwy i wycierał broń w mokre ubranie. Grzem wylewał wodę z lufy swojego pistoletu. Wyczuł mój wzrok bo spojrzał na mnie.

Wyschnie, powiedziałem. Potem przyjdziesz do mnie rozłożysz go i nasmarujesz. Będzie działał, uspokoiłem go.

Grzem spojrzał gdzieś w prawo i wyprostował się. Z opuszczonej lufy kapała woda.

Spojrzałem za jego wzrokiem.

W korytarzu którym uciekły dzieci stała grupa mężczyzn.

Ich skóra była szaro oliwkowa. Na biodrach mieli barwne przepaski, na głowach jakieś wysokie kunsztownie ułożone pióropusze, ale mimo tego byli chyba jeszcze mniejsi niż moi goście. Nie licząc Simona.

Wstałem i zacząłem iść w ich kierunku. Chyba się wystraszyli bo ścieśnili się jeszcze bardziej. Ten najstarszy, który stał nieco z przodu zaczął coś do mnie szybko mówić i pokazywać ręką na krokodyla. Wyminęli mnie i schodzili w dół. Teraz już mówili wszyscy naraz.

Nasi wstali i wspięli się po kamieniach na brzeg. Miejscowi zsunęli się ostrożnie do wody, zaczęli wygrażać leżącej bestii, a w końcu gdy widzieli, że jest zupełnie martwa zaczęli kopać jej wynurzoną głowę i okładać trzymanymi w rękach dzidami. Cały czas gestykulowali i coś nam opowiadali.

Spojrzałem na innych. Wyglądało, że nikt nie rozumiał co do nas mówią. Tylko syn zszedł do nich i próbował nawiązać z nimi rozmowę.

Nie znam tego narzecza, powiedział w końcu w moim kierunku. Rozumiem tylko parę słów. Mówią o krokodylu, o nocnym złym duchu, nas nazywają wędrownymi królami, coś mówią o bogach z nieba.

Trzeba iść do Zee, odezwał się Goer, który już odzyskał głos. To jego strona, powiedział.

To chodźmy. Skwitowałem.

Gestami zapraszałem z nami miejscowych, a to był język zrozumiały dla wszystkich w kosmosie.

Nie chcieli jednak iść i ciągnęli nas z powrotem do krokodyla. Otwierali jego paszczę i pokazywali jego ozór.

W końcu zniechęceni tłumaczeniem tak nie rozgarniętym jak my przybyszom sami wzięli się do dzieła. Dwóch z nich uniosło ogromną górną szczękę krokodyla, a ten najstarszy zaczął wydobytym kamiennym nożem odkrawać język gada.

O dziwo poszło to bardzo szybko. Kamienny nóż był wbrew pozorom bardzo ostry i wprawny mężczyzna sprawiał mięso znakomicie. Inni stojący obok niego pokazywali wprost w otwarte usta i gładzili się po brzuchu. To zrozumieliśmy wszyscy.

Po chwili mężczyzna - wódz? Zaczął wyciągać ogromny ponad metrowy ozór z rozwartej paszczy. Pomogli mu za moment ci, którzy trzymali szczękę gada. Nałożyli trofeum na ramiona jednemu z nich i gestami pokazali, że możemy iść.

Usłyszałem coś w korytarzu.

Zobaczyłem w mroku przycupniętą tam przy ścianach grupę zaciekawionych mężczyzn, kobiet i chowające się za nimi dzieci. Pokazałem ich wodzowi i gestem zaprosiłem z nami. Pokręcił głową, machnął w ich kierunku ręką i rzucił dwa krótkie zdania. Mężczyźni i kobiety natychmiast pobiegli w głąb korytarza, a dzieci z piskiem za nimi.

Wyruszyliśmy w powrotną drogę przez mroczne sale. Włączyliśmy światła i maszerowaliśmy uważając na zalegające posadzkę gruzowisko. Obejrzałem się na miejscowych. Szli za nami gęsiego nic sobie nie robiąc z kamyków po których stąpali bosymi przecież stopami.

Doszliśmy po jakimś czasie na plac przed pałacem. Gdy miejscowi zobaczyli nasze pojazdy zatrzymali się i zaczęli po cichu ze sobą rozmawiać. Pokazywali na niebo, naśladowali dzidami opadające z góry pociski, wydawali z siebie głosy naśladujące wybuchy na placu, rozwierali ramiona imitując światło.

Musieli widzieć nasze wczorajsze przybycie.

Chodźcie. Zapraszałem.

Doszliśmy do rampy. Prosiłem głosem i gestem, aby wszyscy stanęli. Miejscowi skłonili się przed pojazdem i ułożyli na brzegu rampy przyniesione mięso.

Wszedłem do środka i krótko opowiedziałem Zee o spotkaniu miejscowych, nie było czasu na opowiadanie o innych szczegółach.

Wyszedł na rampę i zaczął do nich mówić i o coś ich pytać. Widziałem, że go rozumieją, a na koniec upadli na kolana i zaczęli mu składać hołd. Zbiegł w dół i zaczął ich podnosić wyraźnie ich łajając. Gdy wstali pokazał na mnie gdy schodziłem po rampie. Znowu upadli na kolana, więc i ja musiałem zażądać ich powstania.

Potem pokazywali mu leżący ozór krokodyla i coś mu tłumaczyli.

Mówią, zaczął mi tłumaczyć Zee gdy stanąłem obok niego, że przepraszają bo myśleli, że zostaliśmy tylko przysłani by zabić krokodyla, złego ducha tego świata o co ich plemię prosi od wielu lat wysyłając prośby do nieba, a teraz wiedząc kim jesteśmy witają nas i dziękują za przybycie.

Czy to są twoi pilnujący wojska? Zapytałem.

Tak, to oni, odpowiedział. Mówią, kontynuował, że na ten teren przybywało w dawnych odległych czasach wiele innych plemion, jedno z nich pobudowało to miasto, inne zbudowały miasta w okolicy, ale to nigdy nie byli przybysze na których oni czekali. Po pewnym czasie wszyscy odchodzili z tej niegościnnej ziemi i jak zawsze zostawali tylko oni czekając na powrót swojej rodziny.

Czy wiedzą czego pilnują i po co przybyliśmy? Zapytałem.

Wiedzą, że pilnują podziemnej potęgi i muszą tu być. Inaczej też by pewnie odeszli sami lub z innymi w inne bardziej przyjazne rejony i powiedziałem im o celu naszego przybycia.

Podziękuj im za wierność, poprosiłem.

Już to zrobiłem. Są bardzo szczęśliwi i dumni, mówią, że to ich pokolenie doczekało się spełnienia odwiecznego zadania, i że ich przodkowie nie mieli takiego szczęścia jak oni.

Czy wiedzą, że wojsko tu wróci?

Zee znów zaczął do nich mówić.

Widziałem, że byli bardzo radośni i spoglądali z dumą jeden na drugiego i gorąco z uniesieniem mu odpowiadali.

Powiedziałem im, odezwał się Zee do mnie. Są bardzo zadowoleni, że nadal będą mogli spełniać swoje zadanie i chcą natychmiast podzielić się tą wiadomością z resztą plemienia. Pytają czy mogą iść z tą wiadomością do swoich.

Zaproś ich do środka. Musimy ugościć twoich ziomków, powiedziałem.

Zee powiedział kilka słów i wszyscy zaczęli wchodzić na rampę. Miejscowi stanęli przy jęzorze i chcieli go wnosić do środka.

Zee, odezwałem się. Powiedz im, że nie mamy możliwości w naszej krótkiej podróży należycie przyrządzić takiego jadła. Mogą to zabrać do siebie.

Powiedział im, a oni dziękowali mi bardzo gorąco. Weszliśmy do środka. Tubylcy z ciekawością rozglądali się po wnętrzu i zbili się onieśmieleni w zwartą grupkę.

Oprowadź ich po pojeździe, zaproponowałem, a ja wybiorę w kuchni coś specjalnego.

Przebierzmy się w suche ubrania i za moment zbiórka przy stole, zarządziłem. Grzem i Touen poszli do siebie.

Zee poprosił naszych gości, aby ustawili swoje dzidy w przedziale technicznym i poprowadził ich w głąb pojazdu oprowadzając po wnętrzu.

Przebrałem się błyskawicznie w suche ubranie i wyszedłem do kuchni.

Zastanawiałem się co najbardziej może smakować naszym gościom. Przypominałem sobie kontakty z takimi plemionami i ich kulinarne gusty. Wybrałem mnóstwo drobnych mięsnych i morskich przekąsek bez podziału na porcje, do tego stosy przetworzonych i surowych jarzyn, owoców i dużo smacznych słodkich deserów. Do tego różne zimne i gorące słodzone napoje. Ustaliłem w programie kolejność wydawania potraw.

Gdy do ogólnej kabiny zaczęli wracać przebrani załoganci kuchnia akurat zaczęła wydawać półmiski z potrawami. Pomogli mi przenosić wszystko do stołu i zanim wrócił Zee ze swoimi podopiecznymi stół był przygotowany. Poczekaliśmy chwilę na Touena i syna i zasiedliśmy przy stole.

Miejscowi bez zdziwienia uczestniczyli w modlitwie. Potem jedliśmy i widziałem, że naszym gościom wszystko smakowało. Na początku nie bardzo wiedzieli jak używać sztućców, ale gdy zobaczyli jak my to robimy poszli w nasze ślady. Najbardziej zapracowany był Zee. Pracował nie tylko za tłumacza, ale musiał również spełniać rolę wachtowego. Musiałem dać mu do pomocy podwachtę. Wypadało na Simo i ten szybko przejął rolę od Zee pozwalając mu na zajęcie miejsca przy stole.

Podobało mi się to, że nie było między nami oglądania się jeden na drugiego i każdy mógł pomóc drugiemu w każdej chwili.

Uśmiechnąłem się. Przypomniało mi się jak zażądali ode mnie pierwszego śniadania jeszcze na moim maluszku w czasie podróży z nimi na Ziemię. Teraz coś takiego nie miało by miejsca, a przy tym wszyscy szanowaliśmy się nawzajem jednocześnie znając swoje miejsce. Tak właśnie pojmowałem prawdziwy szacunek, ale to ma miejsce tylko wśród naprawdę mądrych i prawdziwych mieszkańców świata.

Grzem usiłował rozmawiać z naszymi gośćmi i wciąż prosił Zee o podrzucenie jakiegoś słowa. Pod koniec jakoś porozumiewał się z nimi, co prawda nie bez pomocy rąk, ale oni też używali ich często i nie było to niezwykłe u wielu takich plemion.

Wszyscy znaliśmy już nasze imiona i mogliśmy zwracać się do siebie z różnymi pytaniami.

Nareszcie miałem dość biesiady. Byłem syty i widziałem, że inni też coraz rzadziej sięgają po kolejne potrawy. Spojrzałem na gości. Zachowywali godność. Starali się spróbować wszystkiego, ale nakładali coraz mniejsze porcje. Coraz częściej też rozmawiali po cichu o czymś ze sobą. W końcu zaczęli wszyscy na raz coś szybko mówić do Zee.

Wysłuchał ich i spojrzał na mnie.

Słuchaj Sztym. Oni teraz zapraszają do siebie. Dowiedzieli się od Grzema, że dzisiaj odlatujemy i koniecznie proszą nas do swojej wioski. Chcą nas przedstawić swoim rodzinom i pochwalić się nam nimi.

Musimy iść, odpowiedziałem. Czy od razu?

Możemy już, odpowiedział.

Przekazał gościom moją decyzję i wstaliśmy od stołu. Spojrzałem na Simo.

Słuchaj, zacząłem...

Wachta! Przerwał mi i tylko w jego oczach widziałem, że chętnie by poszedł z nami.

Wyszliśmy na zewnątrz. Miejscowi załadowali krokodyli ozór na barki jednego z nich i tym razem oni poprowadzili nas w drogę. Szliśmy znaną już trasą do pałacu i przez znane nam sale. Gdy wyszliśmy na wewnętrzny dziedziniec z basenem zobaczyłem, że z gigantycznego krokodyla prawie już nic nie zostało. Krzątający się po tamtej stronie mężczyźni wynosili dokądś resztę porośniętych resztkami mięsa i ścięgien kości. Zobaczyli nas i stanęli czekając aż się do nich zbliżymy.

Nasi przewodnicy sprowadzili nas w dół klatka schodową i znaleźliśmy się na chodniku okalającym basen i poszliśmy na drugą stronę.

Idący przed nami porozmawiali z oprawiającymi gada i tamci podeszli witając się podaniem obu rąk najpierw z Zee, który zamienił z nimi kilka słów, a potem ze mną i wszystkimi pozostałymi.

Nie przeszkadzały mi ich ubroczone ręce. To w środku dżungli było zupełnie naturalne.

Po prezentacji wódz poprowadził nas dalej. Weszliśmy w mroczny korytarz gdzie zniknęli wcześniej pozostali członkowie plemienia. Włączyliśmy światła i mijaliśmy kolejne sale. Ta strona pałacu była dużo dłuższa niż od naszej strony. Szliśmy i szliśmy aż zobaczyłem dochodzące dzienne światło. Wyszliśmy na ogromny taras też dość znacznie zrujnowany jak wszystko wokoło. Poszliśmy dalej przez wyłom w kamiennej barierze otaczającej taras i weszliśmy na wąską ścieżkę opadającą gdzieś w dół miedzy gęściejsze zarośla. Zrobiło się ciemniej bo byliśmy w żywej dżungli. Nad naszym placem i później tarasem tylko w górze splątane gałęzie blokowały dostęp słońca, a tu od samego dołu rosła gęsta tropikalna roślinność. Nie było jednak zupełnie ciemno i mój wzrok szybko przyzwyczaił się do tej ilości światła.

Prowadził wódz, za nim gęsiego szli pozostali tubylcy za nimi Zee, ja i dalej reszta naszych. Ścieżka była gładka i dobrze udeptana od stałego używania, ale czułem jak elastycznie ugina się pod moimi krokami. Świadczyło to, że nie idziemy po stałym gruncie, tylko że pod nami znajduje się luźne bagno. Schodziliśmy coraz niżej i odczułem chłodną, większą wilgoć w powietrzu. Pod nogami zaczęła od czasu do czasu chlupać woda, a w bok od ścieżki pokazywały się wodne oczka. Spojrzałem w przód chcąc ocenić czy nie widać podnoszenia się terenu i nagle zobaczyłem jak z nad gałęzi nad ścieżką wyprysnęła, jak natychmiast poznałem, głowa bardzo silnie jadowitego węża.

To co zrobiłem zaczęło przebiegać w zwolnionym tempie.

Zaczęła się bardzo powoli, choć wiedziałem, że w rzeczywistości bardzo szybko, rozwierać jego paszcza i widziałem jak otwierają się jak ostrza scyzoryka jego zęby jadowe. Celował w szyję idącego przodem wodza. Moja ręka sama powędrowała pod ubranie. Poczułem w dłoni kolbę rewolweru, wysunąłem go z kabury, uniosłem na wysokość oczu i wypaliłem w głowę węża, która już była tuż przy szyi wodza. Widziałem jak z lufy wypływa pocisk, a za nim struga prochowego dymu. Pocisk płynął wolno wprost w głowę węża, ale widziałem, że zdąży. Gdy dosięgnął celu ta wolno rozprysnęła się jak rozsadzona od wewnątrz i na głowę i ramiona wodza zaczęła opadać gęsta rozwijająca się w powietrzu płachta krwi i na tego za nim, który niósł na barkach ozór.

Zobaczyłem, że wszyscy przede mną padają na ziemię. Obejrzałem się. Idący za mną też opuszczali się w kucki.

Wypuściłem powietrze z płuc. Poczułem, że czas wraca do normy.

Na ścieżce stałem tylko ja, a inni się podnosili. Wyrzuciłem z magazynka łuskę i włożyłem w jej miejsce nowy nabój. Schowałem rewolwer do kabury

Zabryzgany krwią wódz coś szybko mówił do mnie. Zee mu odpowiadał. Jeden z tubylców zerwanym wiechciem jakiejś rośliny wycierał wodza z krwi. Inni zajęli się tym, który niósł za nim jęzor krokodyla. Ścieżka pod nami zaczęła grzęznąć.

Idźmy stąd dalej bo zaraz zaczniemy się zanurzać powiedział Zee odwracając się do mnie.

Idźmy, potwierdziłem słuszność jego decyzji.

Jeden z miejscowych idący przed Zee ściągnął długie zwisające ciało węża z gałęzi, nadział go na dzidę i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Ścieżka po jakimś czasie zaczęła się podnosić i zaczęliśmy iść po bardziej suchym gruncie. Daleko w przód widziałem jak w naszym zielonym tunelu robi się nieco widniej.

Słuchaj Zee, trąciłem go z tyłu w ramię. Czy jesteś tutaj w kontakcie z wojskiem?

Jestem cały czas, odwrócił się z uśmiechem.

I nie pobudza cię to tak jak poprzednio?

Nie. Tam chyba za bardzo się denerwowałem, zwierzył się. Nie wiedziałem jak to będzie i tak byłem spięty, że mnie to trzęsło. Tutaj jestem spokojny, odpowiedział z uśmiechem. Wódz dziękuje ci za uratowanie życia, ale powiedział, że teraz musimy szybko dojść do wioski.

Zacząłem zerkać na boki. Zobaczyłem ile żywych barw jest w tej ponurej wilgotnej dżungli. Wszędzie od dołu do góry widziałem puszące się kwiaty. Te najniższe wyrastały wprost z gleby, te na wysokości wzroku rozkwitały na gałęziach krzewów i drzewek, a te które widziałem wyżej były tworami roślin pasożytujących na tych wyrastających do samej góry, mocarnych nie zauważających, że coś się w nie wszczepiło. Każda roślina wypuszczająca kwiat starała się, aby był on najpiękniejszy, najbardziej pachnący bądź cuchnący tak, aby przyciągnąć owady lub ptaki dla rozprzestrzenienia gatunku. Zacząłem wychwytywać ich zapachy selekcjonując je z pośród ciężkiego zapachu wszechpanującej tu wilgoci. Zaczęły również docierać do mnie dźwięki na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Usłyszałem ptaki dyskutujące gdzieś w zaroślach, nawoływania małp w koronach drzew i chlupot wody i sapnięcia wynurzających się z pod niej jakichś nie do zauważenia w tym gąszczu zwierząt. Wsłuchiwałem się w te dźwięki i zacząłem być częścią, uczestnikiem tego miejsca. Słyszałem, że zaczęły gdzieś w górze walkę dwa samce małpiego plemienia. Walczyły rozsierdzone na śmierć i życie, tak to odbierałem, ale nie mogłem tego dojrzeć walka odbywała się gdzieś w gęstej zieleni nad naszymi głowami.

Zrobiło się widniej. Ścieżka rozszerzała się, wychodziliśmy pod górę na jakąś polanę przykrytą prześwitującym dachem z konarów rosnących wokół niej drzew. Wódz wyszedł już na równą powierzchnię i usunął się na bok, a za nim kolejno ustawiali się idący za nim. Stworzyli zapraszający jednostronny szpaler.

Przede mną otworzyła się przestronna wydeptana polana. W głębi było widać wioskę, od której biegła w naszym kierunku gromada dzieci i psów. Dzieci jak to dzieci pędziły z piskliwym wrzaskiem, a niewielkie psy wtórowały im nie zgorzej. Dzieciaki gdy dobiegły do nas ucichły i schowały się za dorosłych stojących w zapraszającym szpalerze, a psy otoczyły mnie i nadal


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 1 lipca 2015, 14:02 
Offline
modelarz

Dołączył(a): wtorek, 30 czerwca 2015, 12:20
Posty: 50
Fajnie się czyta... Szkoda, że tylko kawałki... :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 1 lipca 2015, 14:16 
Tylko kawałki daje się wstawiać, jest ograniczenie systemu, a ponadto sam dawno tego nie czytałem i gdy mam czas to coś poczytam i wstawiam. Jest tego ponad 400 stron.


Góra
  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 1 lipca 2015, 22:38 
Offline
modelarz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 19 marca 2012, 11:26
Posty: 1559
Wiek: 61
Lokalizacja: Peterborough, UK
To samo pisałem, fajnie się czyta. Jak nie masz zamiaru tego wydać to może wrzuć dla zainteresowanych w jakimś zipie albo rarze to cykanie po kawałku ...... drażni :)

_________________
Pozdrawiam
RobUk
HyperBipe 900, AMBeR III "Experience", Spitfire MKIIb, Sbach342, White Sheep 480 Quad, RoboFlat 270, AOKFly 230, Realacc 210
"Nie ważne jak zaczynasz, ważne jak ... kończysz ..." 3W Kasta


Góra
 Zobacz profil Wyślij e-mail  
 
 Tytuł: Re: Myślałem, czy nie być pisarzem.
PostNapisane: środa, 1 lipca 2015, 23:00 
Właśnie czytałem jakieś fragmenty, aby coś wybrać i po zaznaczeniu przeczytałem Twój wpis.
Wstawię to co poniżej, a całości nie, jak już pisałem wcześniej.

"Gdzie zamierzacie się osiedlić? Zapytałem od razu. Może zainstalujecie się w pałacu, zaproponowałem.

Nie. My musimy mieszkać w wiosce. Tak jesteśmy przyzwyczajeni i nie potrafimy przebywać dłużej w tych zimnych murach, odpowiedział. Zaraz wyruszymy w kilku poszukać odpowiedniego miejsca. Znamy te okolice i sprawdzimy tylko które miejsce będzie najlepsze, z pewnością w głosie odpowiedział.

Czy możemy wam jeszcze w czymś pomóc? Zapytałem.

Nie. Dziękuję. Dzisiaj zaczniemy jeszcze budowę nowych domostw. Mamy sporo czasu zanim zaczną się coroczne deszcze, zapewnił.

Niech tak będzie, zakończyłem rozmowę. Idźcie szukać terenu, a my zaczniemy przygotowania do odlotu. Damy wam znać.

Wódz chciał chyba jeszcze o coś pytać czy coś powiedzieć, ale zrezygnował i odszedł do swoich.

Za chwilę maszerował w kierunku lasu w grupie starszych, z którą odwiedził nas rano, znów pięknie przystrojeni w pióropusze. Reszta mężczyzn została. Kobiety krzątały się przy swoich bagażach i zaczęły organizować nowe tymczasowe życie. Dzieci biegały po placu i coraz częściej zbliżały się zaciekawione do naszych pojazdów.

Przyszedł Grzem i stanął nade mną.

Trochę głupio tak zostawiać nowych przyjaciół, którym nagle wywróciło się cały byt, zagaił.

Myślę o tym, ale musimy się spieszyć. Zresztą wódz zapewnia, że nie jest to dla nich tragedia. Słyszałeś przecież, broniłem się trochę przed nim, a trochę przed sobą.

Wiem, tak tylko rozmyślam, cicho odpowiedział. Może pójdę za nimi? Tak na wszelki wypadek, dodał.

Spojrzałem w górę na niego.

Dobrze, zgodziłem się po krótkim namyśle. Weź ze sobą Simona.

Dzięki, ucieszył się i poszedł w kierunku przedziału mieszkalnego.

Po chwili weszli do sterówki. Uradowany że coś się dzieje, uzbrojony w pełni Simo szczerzył zęby w promiennym uśmiechu. Chciałem zapytać syna jak się zabezpieczył, ale on ubiegł moje pytanie pokazując co ma ze sobą. Wyszli.

Zachciało mi się pić i pomyślałem, że muszę zadbać o uzupełnienie płynów w organizmie po porannym wysiłku. Poprosiłem kuchenkę o zaproponowanie czegoś odpowiedniego. Za chwilę piłem jakiś owocowy napój z zawartością środków odżywczych.

Usłyszałem jakieś szepty przy drzwiach. Do wnętrza z rampy zaglądało kilkoro dzieci. Zaprosiłem je do środka i postawiłem im na stole różne smakołyki. Wdrapały się z powagę na ogromne dla nich krzesła i klęcząc na siedziskach rozmawiały coś ze sobą po cichu i próbowały wszystkiego. Psom musiałem nakazać pozostanie na rampie i o dziwo zrozumiały. Zaglądały tylko ciekawie do środka.

Przez wewnętrzne głośniki poprosiłem Zee. Przyszedł za chwilę trochę zaspany. Poprosiłem, żeby tłumaczył rozmowę z dziećmi.

Zapytaj je jak szybko buduje się dom, poprosiłem.

Odpowiedziały, że dom buduje się jeden dzień. Cała wioska pomaga przy budowie i wszyscy mają przy tym podzielone role, opowiadały.

My też wynosimy z powrotem do lasu obcięte gałęzie i ścinki, chwaliły się. Najdłużej ścina się drzewa, mówiły. To robią wszyscy dorośli mężczyźni.

To znaczy, że wszyscy razem budują jeden dom? Upewniałem się.

Tak, a potem budujemy następny dom dla drugiej rodziny, dodały.

Długo będzie trwała budowa nowej wioski, powiedziałem do Zee.

Pewnie tak, odpowiedział, ale wódz mówił, że zdążą przed porą deszczową.

Zapytałem jeszcze dzieci czy nie bały się w czasie ataku wrogów na wioskę.

Baliśmy się, ale schowaliśmy się w chatach i wyszliśmy dopiero jak było po bitwie, szczerze i naiwnie jak to dzieci odpowiadały.

Nie boicie się, że ci których wypuszczono znów wrócą i będą was atakować?

Oni nie atakują nas często. Boją się nas, odpowiadały z dumą, ale grozili, że znów naślą na nas jeszcze groźniejszego ducha niż krokodyl, którego zabił pan Goer.

Wróciłem do rozważań z Zee, a dzieci wróciły do pałaszowania frykasów.

Przecież oprócz budowy domów muszą jeszcze polować i przygotowywać pożywienie, rozmyślałem głośno.

Nie wygląda, żeby byli przestraszeni tą nową budową, wciąż pocieszał mnie Zee.

To prawda, ale chcę im jakoś pomóc, to przecież przez nas muszą się przenosić, tłumaczyłem.

Wrócił syn i Simo.

Wybrali nowe siedzisko, mówili od progu. Zupełnie nie daleko, piękne miejsce.

Dzieci, które wciąż spokojnie zajadały słodycze zrozumiały, a raczej domyśliły się jakie wieści przynieśli bo resztę frykasów zgarnęły w dłonie i popędziły do swoich.

Daleko mają do lasu? Zapytałem. Chodzi mi o to czy jest tam wystarczająca ilość drzew w pobliżu, które mogą służyć do budowy nowych domów.

Wszędzie tutaj rośnie las, odpowiedział syn. Tam też, roześmiał się.

Masz rację, też się zaśmiałem. Tak tylko się troszczę, wytłumaczyłem się. Może im naścinać drzew? Mamy przecież na wyposażeniu mechaniczne piły. Nam to zajmie godzinę, a oni swoimi kamiennymi toporkami będą to robić całą wieczność.

Dobry pomysł, ucieszył się syn. Myślisz, myślisz i zawsze coś wymyślisz, pochwalił swojego starego ojca.

Wezwałem załogę do siebie. Powiedziałem jakie mam zamiary i poprosiłem ich o pomoc dla wioski w ścinaniu drzew.

Wszyscy przystali z radością i gratulowali mi pomysłu.

Piotra ustanowiłem technicznym dowódcą grupy i za chwilę poszedł z wachtowym do przedziału technicznego po sprzęt. Przytaszczyli tyle walizkowych futerałów z piłami ile było trzeba. Ja przejąłem wachtę. Poszli. Goer szedł ostatni i widziałem jak ostrożnie niesie swojego malutkiego szczeniaczka.

Gdy zostałem sam wypuściłem antenę penetrującą tuż nad pojazd tak, abym mógł widzieć co się działo po tej stronie pałacu. Zamknąłem właz i poszedłem do swojej kabiny. Poprosiłem komputer, aby mi wybrał informacje jak opiekować się małym szczeniakiem i ustawiłem widok na durzy ekran, założyłem kombinezon i położyłem się na koi. Już po chwili odczułem miłe skutki masażu. Moje mięśnie zaczynały odżywać i czułem jak wraca im stopniowo elastyczność i dokrwienie. Nie chciałem zdradzać załodze jak wciąż źle się czuję po porannym wysiłku i teraz gdy zostałem sam poddawałem się odnowie. Szkoda, że nie zrobiłem tego zaraz po obiedzie, żałowałem.

Patrzyłem na ekran i widziałem krzątające się na placu kobiety i wciąż biegające dzieci. Mężczyźni, którzy z nimi zostali byli bardzo zajęci odpoczywaniem.

Przestawiłem obraz na wnętrze pojazdu syna. Touen siedział przy pulpicie w hełmie i po swojemu trenował.

Cześć Touen, zagadałem do niego. Widzę, że jak zwykle nie marnujesz czasu.

Witaj, odpowiedział mi. Trenuję, taki los pilota.

U was wszyscy tak ciągle trenują? zapytałem.

Nie wiem, ale chcę być najlepszy.

I tak podobno jesteś, mówili mi to inni.

Może tak, jak zwykle skromnie odpowiedział.

Pomyślałem, że pewnie dla tego jest najlepszy bo tak solidnie podchodzi do swojego zawodu.

Szkoda, że nie zabrali mnie ze sobą, powiedział, bo mam taką broń która tnie drzewa jak ciasto. Żałuję, że nie powiedziałem tego Grzemowi.

Myślę, że i tak sobie poradzą, pocieszyłem go. Pewnie już nie długo wrócą.

Co robisz? Zapytał Touen.

Zaśmiałem się.

Leżę i zażywam odnowy biologicznej. Trochę tego potrzebowałem po naszych porannych wyczynach. Już czuję się dużo lepiej.

Wydaje mi się, że musimy ogłosić drobny strajk jeśli tak będziesz się dalej eksploatował. Muszę porozmawiać o tym z innymi, odpowiedział.

Ani się waż. Tak tylko sobie leżę dla przyjemności, niewinnie skłamałem.

Moja koja zameldowała, że masaż się zakończył. Wstałem i zdjąłem kombinezon. Schowałem go na miejsce i pożegnałem się z Touenem. Wygasiłem ekran i wróciłem do sterówki.

Tam też ustawiłem widok z placu, ale nie widziałem jeszcze, żeby wracali nasi. Przejrzałem jakie informacje napłynęły o szczeniakach i przeraziła mnie ich ilość. Zażądałem wydruku. Powstała z tego niezła książka.

Dam to Goerowi jak wróci, niech studiuje, a co.

Mam nadzieję, że zdążą naciąć tyle drzew ile trzeba i nie będę ich musiał przywoływać do odlotu za wcześnie, zacząłem się denerwować.

Podszedłem do kuchenki i zacząłem się zastanawiać jaki gatunek kawy sobie przygotować i co słodkiego przekąsić do niej. Po masażu miałem dobry nastrój i niezły apetyt. Wreszcie zdecydowałem się i kuchenka wystawiła mi wybrane dania. Usiadłem wygodnie przy stole i zacząłem zajadać. Myślałem jaki wybrać następny docelowy punkt na naszej mapie i zerkałem na ekran. Nagle moją uwagę zwrócił jakiś gwałtowny ruch na podglądzie.

Wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci, którzy byli na placu biegli w popłochu w moją stronę rzucając za siebie to co kto akurat miał w rękach.

Co się stało, wpatrywałem się przerażony w ekran.

Wtedy zobaczyłem nie naturalnie ruszające się, a zaraz potem przewracające się smukłe drzewa na skraju placu za odległą ulicą z rzeźbami w tym kierunku gdzie poprzednio lądował Grzem. Coś przedzierało się przez zarośla.

Znowu atak wrogów? pomyślałem, musieli by być szaleni wiedząc jaką mamy przewagę.

Włączyłem dźwięk z zewnątrz i z głośników usłyszałem przerażone wrzaski biegnących, a od lasu usłyszałem potworne zwierzęce ryki. Podniosłem antenę w górę pod sam żywy zielony, roślinny dach.

Przez bagienne zarośla przedzierały się jakieś ogromne legwany. Najbliższy z nich wspinał się już na przechyloną płytę na którą z taką trudnością wyciągaliśmy pojazd Grzema. Rozmiesione błoto nawodnione jeszcze świeżą wodą, którą myliśmy pojazdy było bardzo śliskie i potwór wciąż ześlizgiwał się z powrotem do bagna. To on wydawał takie wściekłe ryki nie mogąc wydostać się na suchą część placu. W końcu rozsierdzony gdy osunął się kolejny raz do bagna zaczął tłuc wokół ogonem i rzutami wielkiego umięśnionego ciała wydostał się wprost na plac obok płyty. Zaryczał jeszcze raz, odwrócił się do tych, które nadchodziły mozolnie przepychając się przez bagno i znów zaryczał jakby przywołując je do większego wysiłku. Poczym podniósł w górę swą ubłoconą potwornie jak resztę ciała głowę i zaczął węszyć raz po raz wysuwając swój długi wąski język. Następne potwory docierały do krawędzi placu. Łamały wysokie, ale cienkie drzewka przed sobą, krzaki i brnęły do przodu. Razem było ich siedem. Po kolei gramoliły się wyrzutami ciała i silnego ogona na plac. Natychmiast podnosiły głowy i tak jak ten pierwszy węszyły w poszukiwaniu łupu.

Czy to możliwe, że zostały przysłane przez wrogów naszej wioski? Coś o tym wspominały dzieci, myślałem.

Wywołałem Touena i szybko powiedziałem mu co widzę. Na ekranie zobaczyłem jak potwory rozdzielają się. Cztery z tym pierwszym największym ruszyły powoli w naszym kierunku i wyraźnie rozglądały się jak sforsować ulicę i wyjść na nasz plac. Z daleka wyglądało jakby wiedziały dokąd mają iść, gdzie my jesteśmy. Trzy pozostałe zaczęły iść wyginając swoje obłe ciała na boki w kierunku lasu tam gdzie byli nasi z mężczyznami z wioski.

Pobiegłem do kabiny i wyciągnąłem sztucer, błyskawicznie złożyłem go i wsunąłem mu magazynek z najcięższymi pociskami. Otworzyłem właz, zbiegłem po rampie i gdy odwróciłem się dla jego zamknięcia zobaczyłem skrywających się za pojazdem mieszkańców wioski.

Kobiety zakrywały usta dłońmi, aby w panice nie wydać jakiegoś dźwięku i nie zdradzić swojej obecności. Niektóre zasłaniały usta i oczy dzieciom, a za nimi z tyłu stali przykuleni, aby być jak najmniej widocznymi dzielni mężczyźni. Gdy mnie zobaczyli zaczęli gestami pokazywać co czai się za ulicą.

Dobiegły do nas nowe ryki zbliżających się bestii i mężczyźni skulili się jeszcze bardziej, a kobiety mocniej zacisnęły dłonie na ustach.

Poszedłem w kierunku zwierząt. Zobaczyłem jak otwiera się właz pojazdu syna i schodzi po rampie Touen dopinając wewnętrzny kombinezon. Za chwilę byłem obok niego. Razem poszliśmy dalej.

Ostrożnie zbliżaliśmy się do zrujnowanych zabudowań otaczających plac z tamtej strony. Nasłuchiwaliśmy gdzie mogą być potwory. Kluczyliśmy między ruinami i wyszliśmy na bardziej otwartą przestrzeń ciągnącą się do ulicy. Między dwoma rzeźbami przeciskał się pierwszy smok. Wysuwał raz za razem język i szarpał głową nie mogąc się przecisnąć. W końcu zaryczał wściekle i zaczął się szarpać naprężając cale ciało. Rzucał się w przód i na boki i na koniec jakoś poderwał całe ogromne ciało pazurami prawych nóg zaczepiając za podest rzeźby i przetoczył się na plac. Od rzeźby oderwało się kilka sporych kamieni.

Nawet z tej odległości widziałem jak ciężko dyszał z wysiłku lub wściekłości. Sporo błota zostawił na rzeźbach i zobaczyłem jak mu się zaczyna sączyć krew z rozciętej skóry.

Uspokoił się i zaczął węszyć. Chyba nas wyczul bo spojrzał w tym kierunku i ruszył z opuszczonym łbem. Zaczął iść coraz szybciej, aż przeszedł w trucht i nadal przyspieszał.

Nie czekałem. Podniosłem spokojnie broń do oka, wybrałem punkt po środku jego opuszczonej głowy chwiejącej się w biegu na boki i strzeliłem.

Zarył podbródkiem w kamienną płytę i całe jego rozpędzone nagle bezwładne ciało runęło w przód. Przejechał jeszcze na zabłoconym brzuchu kilka metrów i tuż przed nami zatrzymał się. Z jego pyska zaczęła wyciekać krew tworząc coraz większą kałużę u naszych stóp.

Zerknąłem na Touena. Patrzył na mnie i uśmiechał się.

Dobra robota, skwitował. Masz nerwy!

Rozejrzał się szybko i zobaczyłem, że biegnie w kierunku rzeźb. Poszedłem za nim. Touen prawie wbiegł na najbliższy postument nie wiele używając rąk do pomocy i zaczął rozglądać się z góry po czym zręcznie przeskoczył na następną rzeźbę bardziej w prawo i zeskoczył w dół na tamtą stronę.

Wystraszyłem się gdy zniknął mi z oczu. Podbiegłem do najbliższej rzeźby i ostrożnie wyjrzałem na ulicę. Leżały tam dwa jeszcze ruszające się ciała bestii, a trzecia pędziła przeginając się wężowo na boki w kierunku Touena. Ten stał spokojnie z podniesiona do przodu ręką i czekał. Nagle spojrzał na rękę, zgiął ją i coś robił przy dłoni po czym znów wyprostował ramię i nagle zaczął uciekać w moim kierunku. Nie widział mnie, a gdy wreszcie zobaczył machnąłem mu ręką w bok, aby odskoczył. Na szczęście zrozumiał bo raptownym susem rzucił się w bok na ziemię.

Ciężkie zwierze skoncentrowane na pogoni nie widziało mnie i nie mogło tak szybko zareagować jak on i w momencie kiedy odwracało głowę za Touenem strzeliłem podrywając kolbę do policzka. Zdecydowałem się na strzał wprost w oko i musiałem się usunąć bo ogromne ciało jechało jeszcze na brzuchu dalej niż stałem. Gdy znieruchomiało wiedziałem, że jest martwe.

Rozładował mi się. Nie wiarygodne, Touen pokazywał mi swoją małą broń, którą trzymał w dłoni.

Coś musi być nie tak z ładowaniem, mówił i rozpinał kombinezon zaglądając gdzieś do środka. Muszę to sprawdzić. Wezmę coś innego, powiedział i spojrzał na mnie.

Sztym. Uratowałeś mnie. Nie wiem czy bym uciekł, a co by było gdybym był sam? Pytał.

Dlatego zawsze lepiej działać wspólnie, zakończyłem.

Jak działa twoja broń? Usłyszałem jego pytanie. Nie wygląda na zbyt poręczną i robi straszny hałas, ale jest skuteczna.

Przeładowałem sztucer i podniosłem wyrzuconą z komory łuskę. Pokazałem mu spłonkę, następnie wyjąłem cały nabój i wyjaśniłem zasadę działania.

Twoja też jest skuteczna jak widzę, pokazałem ręką na leżące już nieruchome ciała powalonych przez niego zwierząt, dopóki działa. Taka jak moja broń też czasem potrafi się zaciąć, ale rzadko, dodałem.

A na jakiej zasadzie działa twoja broń, teraz ja zapytałem.

Touen spojrzał na mnie speszony i powiedział, że nie wie.

Nie wiesz czy nie możesz mi powiedzieć? Zapytałem szczerze.

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. To jakaś elektronika. Broń wysyła nie widoczny śmiertelny strumień, ale co to jest i co go tworzy tego nie wiem. Wybacz. Nie uczono mnie tego. Nauczyli mnie tylko obsługi.

Wziąłem inną broń, pokazał jakiś nie wielki, trochę inny niż poprzednio przyrząd w dłoni. Tylko co będzie jak i ten się popsuje?

Dużo tego masz? Zapytałem.

Dużo, pokazał jeszcze nie zapięte wnętrze swojego kombinezonu i widziałem, że w środku znajduje się cała mała maszynownia.

Coś niesamowitego, skwitowałem zdziwiony tym co zobaczyłem. Czy to wszystko jest ciężkie?

Nie. Zupełnie lekkie. Duże lżejsze niż twoja broń, ale twoja jest lepsza.

Zaśmiałem się i pomyślałem, że faktycznie ma rację.

Gońmy tamte zwierzaki, ocknął mnie.

Masz rację, poszły w kierunku naszych, pędźmy, zgodziłem się z nim.

Ruszyłem szybkim krokiem, a Touen, który najpierw wyrwał do przodu zwolnił i dostosował się do mnie. Na końcu ulicy gdzie grunt opadał w dół i gdzie zaczynał się las zobaczyliśmy ostatniego potwora. Dwa zeszły już w dół z kamiennych płyt w zarośla. Było dość daleko, ale przyklęknąłem na jedno kolano i wycelowałem w jego głowę. Padł miękko na brzuch. Teraz pobiegliśmy już, uważając na liczne szczeliny w kamiennych płytach. Dobiegliśmy do leżącego bez ruchu korpusu bestii i Touen podchodząc ostrożnie z uniesioną do przodu ręką oceniał zagrożenie. Za chwilę pokazał, że bestia już nie jest groźna.

Weszliśmy na ścieżkę prowadzącą w głąb lasu i i nasłuchiwaliśmy uważnie co dzieje się z przodu.

Gdzieś przed nami coraz bliżej wciąż słyszałem przedzierające się przed nami potwory. Szliśmy jakiś czas i drzewa zaczęły się przerzedzać. Lekko pod górę wchodziliśmy na jakąś polanę. Zobaczyłem dość daleko przed sobą między zupełnie już rzadkimi krzakami jedno zwierzę jak zaczyna bieg wydając ryk.

Pobiegłem za nim. Wiedziałem, że nikt z naszych nie ma ze sobą odpowiedniej broni na tak wielkie zwierzęta. Nagle zamarłem. Po drugiej stronie polany zobaczyłem wychodzącą z lasu grupę naszych drwali. Zobaczyli biegnące w ich kierunku potwory i stanęli. Ten pierwszy był już zupełnie blisko nich. Poderwałem sztucer do oka, ale zmęczony biegiem nie mogłem uspokoić ręki i utrzymać celu. Klęknąłem, ale to nie wiele pomogło, a w dodatku nasi byli na linii strzału i nie mogłem ryzykować.

W pewnym momencie zobaczyłem, że zatrzymuje się w biegu pierwszy potwór i dziwnie sztywno nieruchomieje na nogach.

Wstałem z klęczek. Widziałem z daleka, że kilka kroków przed nim stoi z wyciągniętą w przód ręką malutki Multe.

Znów pobiegłem i widziałem, że Multe bez wahania kieruje się do drugiego nadbiegającego potwora. Gdy ten był już kilka kroków przed nim Multe wyciągnął rękę i ten potwór też zesztywniał i zatrzymał się przed nim. Multe ostrożnie podszedł jeszcze bliżej, aż położył mu dłoń na czole. Potem odwrócił się i zaczął wracać do grupy. Miejscowi mężczyźni wydali głośny wrzask triumfu.

Zwolniłem i wolno już normalnym krokiem szedłem w ich kierunku. Odpoczywałem szybko wciągając powietrze. Dołączył do mego boku Touen. Popatrzyliśmy na siebie i bez słowa szliśmy dalej.

Zobaczyli nas z daleka.

Co się stało, co to za potwory, skąd się wzięły, zarzucali nas z daleka pytaniami.

Doszliśmy do nich i natychmiast zostaliśmy otoczeni przez kolegów. Miejscowi wrzeszczeli biegali i tańczyli wokoło nieruchomych zwierząt.

Zobaczyłem te legwany jak wyłażą z bagna tam gdzie utknął pojazd Grzema, zacząłem im opowiadać, a cha, przepraszam, najpierw zobaczyły je kobiety i ich panika zwróciła moją uwagę, że coś się dzieje, poprawiłem się.

Na placu załatwiliśmy z Touenem cztery, a te trzy poszły do was. Dobrze, że Multe je zabił bo nie zdążyliśmy, dodałem.

Nie zabiłem ich. Są zatrzymane, sprostował Multe.

Spojrzałem zaskoczony na zwierzęta i widziałem jak miejscowi przewracają bliższego potwora na bok. Gdy to im się udało zaczęli wspólnymi siłami przewracać drugiego i gdy ten też już runął wydali okrzyk triumfu i zaczęli dobierać się do jego skóry swoimi prymitywnymi kamiennymi nożami.

Stop, podbiegłem zatrzymując ich. One żyją, nie możecie ich tak ćwiartować, zaprotestowałem.

Odsunęli się bez protestu bo zrozumieli natychmiast po mojej gwałtownej reakcji bez tłumaczenia Zee, że nie ma żartów. Nie wiedziałem tylko czy zgodzili się ze mną, czy po prostu uznali, że tak będzie lepiej.

Spojrzałem na Multe.

Słuchaj, może je obudzić?

Tego nie radzę, powiedział bardzo wolno. Są tępe, bardzo głodne i krwiożercze. Natychmiast znów się na nas rzucą gdy tylko wróci im świadomość.

Skąd wiesz? Zapytałem. Są u was takie legwany?

Nie, ale byłem blisko nich. Trzeba je zabić, krótko zakończył.

Zrobisz to?

Nie mam czym. Miecz nie służy do tego, na wszelki wypadek wyjaśnił.

Wyciągnąłem rewolwer i podszedłem do pierwszego smoka. Poczułem czyjąś rękę na swoim ramieniu. Przy mnie stał Touen.

Ja to zrobię, powiedział.

Odszedłem do naszej grupy.

To nie legwany, zwrócił się do mnie syn. Legwany są znacznie mniejsze i mają bardziej wydłużone pyski, a ponadto nogi wyrastają im w bok z tułowia. Te mają co prawda nogi rozstawione dość szeroko, ale skierowane w dół. Spójrz tato. Takich zwierząt jak te po prostu nie ma. Nie wiem co to jest. Trzeba by je było zabrać do specjalistów. Nagram je do ltopa i wyślę do stolicy. Koledzy mi powiedzą co to jest i poszedł utrwalić leżące bestie.

Jak tam drzewa, zapytałem Piotra. Jeszcze dużo trzeba im tego ciąć?

Nie wiem. Wycięliśmy im już chyba pół lasu. Oni tylko siedzą i na nasze pytania odpowiadają, że jeszcze trochę się przyda.

Zwróciłem się do Zee.

Zapytaj wodza czy ze ściętych już drzew wybudują nową wioskę.

Zee zaczął pytać wodza, a ten odpowiadał mu i kłaniał się co chwila w naszym kierunku.

Co mówi?

Mówi, że tak, że jeszcze zostanie na opał i na pułapki.

Jakie pułapki, zapytałem zdziwiony.

Nie wiem, odpowiedział Zee. Zapytać?

Nie. Wracamy. Pakujcie piły do walizek i idziemy do pojazdów.

Natychmiast zawróciłem w kierunku pałacu.

Dołączył do mnie Touen, a reszta poszła po piły.

Pokażesz mi jak ścinasz drzewa? Poprosiłem.

Bez słowa sięgnął pod kombinezon wyjął jeden ze swoich przyrządów i skierował go w kierunku najbliższych krzaków. Te zaczęły się kłaść jeden za drugim jak dziewczyny w balecie składające się rzędem do szpagatu. Zadziwił mnie.

A grubsze drzewa? Zapytałem.

Rozejrzał się i skierował rękę w kierunku największego drzewa, starego grubego oplecionego od dołu pnącymi się po nim innymi też jak ono starymi roślinami, które stało na jeszcze suchym gruncie na skraju polany. Po chwili opuścił rękę. Drzewo nadal stało.

Za grube? Zapytałem.

Nie, zaprzeczył, przeciąłem je.

Stanął, podniósł rękę wyżej i zatoczył nią wolny krąg.

W najwyższych konarach ogromnego drzewa zaczęło trzeszczeć, obrywały się jakieś grube liany i wolno zaczęły opadać w dół, zaczęły się sypać liście, opadać gałęzie i gałązki i potężne drzewo zaczynało się przechylać. Jego potężne konary pociągnęły za sobą w dół całą siatkę pozrastanych w górze konarów innych stojących obok drzew, pasożytujących na nich roślin, gruby kożuch powstały tam w górze przez lata. Drzewo coraz szybciej leciało do ziemi.

Nagle z tej splątanej zieleni poderwały się w popłochu siedzące tam barwne ptaki i te mnie zdobne i z głośnym krzykiem ulatywały ku górze. Jakieś małpie plemię odbywające tam sjestę poderwało się do panicznej ucieczki na sąsiednie drzewa. Wokół nich wybuchnęła chmura owadów. Malutkich żyjących w wielkich chmarach, większych przelatujących z miejsca na miejsce i cała masa różnobarwnych motyli. Ze szczelin i dziupli wyfrunęły małe i durze obudzone nagle nietoperze i też ulatywały krążąc w górę szukając nowego schronienia. Ogromny pień grzmotnął o ziemię podnosząc chmurę kurzu i pusty widać w środku rozłupał się na kilka części. Wtedy z jego wnętrza zaczęły umykać chroniące się tam węże, jakieś gryzonie nie dające się rozpoznać z tej odległości, wielkie pająki i inne biegające owady. Wszystkie one starały się ukryć gdzieś jak najbliżej i przeczekać do nocy kiedy zaczynał się ich czas. W zielonym żywym stropie nad nami utworzyła się wielka poszarpana otwarta w niebo dziura.

Na polanie nagle zrobiło się widno i nie wiem od jak dawna zawitało na nią słońce, które akurat o tej porze wisiało w górze z tamtej strony.

Huk padającego drzewa i wstrząs ziemi tym spowodowany oraz nagłe oświetlenie wywołało następny ruch w dolnych partiach polany. Ze wszystkich krzewów, kęp, nor i norek które były wokoło umykały następne przestraszone stworzenia. Pędziły one w różne strony szukając nowego bezpieczniejszego schronienia.

Spojrzałem na Touena.

Tyle życia w jednym miejscu, powiedziałem. wyobrażasz sobie ile tego wszystkiego żyje wokół nas w całej tej dżungli?

To niesamowite, potwierdził. Nie sądziłem, że coś takiego zobaczę.

Ruszyliśmy dalej w powrotną drogę. Gdy weszliśmy do miasta zobaczyłem jak kobiety i pozostali z nimi mężczyźni uwijają się przy leżących martwych bestiach. Sporo mięsa było już z nich rozebrane, część kobiet i dzieci donosiły z lasu wielkie liście i poporcjowane mięso było natychmiast w nie zawijane. Znów bardzo mnie zdziwiło, że tak sprawnie z ich narzędziami im to idzie.

Zobaczyli nas. Zaczęli coś wykrzykiwać i dwóch mężczyzn podbiegło do nas podając nam z ukłonem dwa wykrojone z głów bestii długie obrzydliwe języki.

Co oni z tymi językami, wcześniej z krokodyla, a teraz z tych smoków, cicho zapytałem Touena.

Nie wiem, odpowiedział Touen, może to naprawdę przysmak?

Niech sami jedzą, mruknąłem i gestami pokazałem, że mogą sobie je zatrzymać.

Cieszyli się bardzo i dziękowali odchodząc w ukłonach.

Rozejrzałem się po placu, pogadałem chwilę z Touenem o ostatnich wydarzeniach i poszedłem do pojazdu.

Zaraz pewnie wróci załoga, pomyślałem. będą głodni i zmęczeni, a przed nami następna trudna noc. Trzeba im przygotować dobrą wcześniejszą kolację. Póki co moja wachta.

Pomedytowałem trochę przy kuchence jaką wspólnie z nią przygotować dla spracowanych drwali niespodziankę, ale największy problem miałem z nowym podopiecznym Goera. Program nie reagował na zadanie zwykłego posiłku dla małego psa. Wpisywałem różne warianty posiłku dla niego, „gość zwierzę pies” i inne co mi tylko przyszło do głowy, ale kuchenka nie rozumiała. Pomyślałem, że w razie czego trzeba będzie nowego załoganta zostawić w wiosce, ale gdy przypomniałem sobie Goera idącego ze swoim przyjacielem do wyrębu zrozumiałem, że muszę coś wymyślić. Wiedziałem, że w niektórych załogach były zwierzęta i to właśnie głównie psy. Służyły do tropienia, wykrywania niewielkich pozostałości różnych substancji po śladowym zapachu. Były lepsze niż wszelkie elektroniczne wykrywacze i dla tego nie zastąpione.

Wywołałem Slima. Zgłosił się natychmiast i wyczułem, że jest zaniepokojony moim przywołaniem.

Stało się coś? Zapytał.

Nie. Nie denerwuj się, potrzebuję tylko kontakt do tego wielkiego rudego Jima opiekuna psów, który latał czasem z nami. Pamiętasz? Pytałem z nadzieją. Jest jeszcze w służbie?

Chyba jest, odpowiedział, czasem go spotykam gdzieś tam w firmie przy różnych okazjach. Czy musisz skorzystać z jego psów? Pytał.

Nie, zaprzeczyłem. Potrzebuję jego doświadczenia. Wiem, że sam wychowywał i szkolił swoje psy i nie bazował na konkretnych rasach tylko u niego zawsze pracowały jakieś mieszańce, które wybierał bo miały talent. Miał opinię najlepszego fachowca od tych spraw.

Poczekaj, odezwał się Slim. Poszukam i zaraz się odezwę.

Rozłączył się, a ja czekałem w napięciu.

Cześć Sztym, usłyszałem nagle wysoki, dźwięczny głos. Tu Jim, podobno chciałeś ze mną rozmawiać. Co u ciebie? Myślałem, że jesteś na emeryturze, ktoś mi chyba mówił. Co się stało?

Jestem na emeryturze i trochę podróżuję. Mam kilku zagranicznych gości i jeden z nich dostał szczeniaka, a ja nie wiem jak go karmić. Kuchenka nie rozumie co ma wydać do jedzenia dla małego psa.

Jak mały jest ten szczeniak? Zapytał.

No mały, odpowiedziałem, taki jeszcze zupełnie puszysty miękki pluszak.

Jadł coś? Zapytał. Jaka to rasa?

Jadł. Je wszystko co mu dać, a rasa? Nie wiem. Takie nie duże beżowe psy z dość szorstką krótką sierścią z deszczowej dżungli. Kręcą się wszędzie z dzieciakami. Nie wiem co to za rasa, odpowiedziałem.

No to dobrze i źle, usłyszałem. Wychowują się bardzo dobrze i łatwo, są przyjacielskie i wierne i rzeczywiście w zasadzie mogą wszystko jeść, a źle to to, że mogą mieć pasożyty, a w zasadzie mają je na pewno. Podaj mi twój adres to prześlę ci dwa kody. One nic nie znaczą, ale kuchenka je przyjmie. Sam je opracowałem. Wpisz je do programu i nazwij jak chcesz. Pies, czy siedemnasty załogant, to nie ma znaczenia, tak żebyś wiedział, że to dla psa. Od tego czasu kuchnia będzie wydawała dla niego odpowiednie posiłki. Pierwszego kodu będziesz używał przez trzy dni, a potem najlepiej go wykasuj. Te posiłki będą zawierały leki. Twój pies może się po nich czuć nie najlepiej, a nawet może chorować. To może potrwać około tygodnia. Potem mu przejdzie. Drugi kod zostaw na kilka miesięcy aż dorośnie. Potem niech je co chce. Sam już będzie wiedział co jest dla niego dobre. To wytrzymałe i nie wymagające psy. Tylko nie pomyl kodów. Na wszelki wypadek ten pierwszy trzy dniowy zaznaczę ci na czerwono.

Podałem mu swój adres pocztowy i podziękowałem za pomoc.

Życzył mi i mojemu psu wszystkiego najlepszego i rozłączył się. Nie prostowałem już, że to nie mój pies.

Ustawiłem program w kuchni dla załogi i natychmiast zobaczyłem, że wracają. Otworzyłem właz i zaczęli wchodzić do kabiny. Brudni i wyraźnie zmęczeni stawiali walizki z piłami przy drzwiach do przedziału technicznego i od razu szli do kabin.

Zaraz może być kolacja, powiedziałem w ślad za nimi. Kto będzie gotowy niech się zgłasza.

Ostatni wszedł Grzem i Goer. Postawili piły, a Piotr od razu je schował tak jak już pozostałe.

Wyczyściliśmy je na zewnątrz, poinformował mnie i poszedł się odświeżyć.

Syn pokazał mi jakieś zawiniątko z liści.

Wziąłem kawałek mięsa z tych smoków. Tylko jak to wysłać do laboratorium, żeby ktoś zbadał ich DNA. Wtedy będziemy wiedzieli co to za zwierzęta.

Włóż do lodówki, a ja coś pomyślę.

Dobrze, odpowiedział Grzem, idę odpocząć.

Tylko nie zapomnijcie z Touenem, że nie długo startujemy. Bądźcie gotowi i utrzymujcie łączność z nami.

Goer stał wciąż przy drzwiach do przedziału mieszkalnego ze swoim małym przyjacielem na rękach.

Puść go na podłogę, odezwałem się do niego, bo zapomni jak się chodzi.

Nie zapomni. Biegał cały czas w lesie i jak wracaliśmy. Tutaj tylko chciał dołączyć do swoich, więc wziąłem go na ręce. Pewnie by do nich uciekł.

Dobrze daj mi go i idź się przygotować do kolacji, a ja się zajmę nim.

Wziąłem szczeniaka od niego i gdy Goer wyszedł usiadłem z nim przy pulpicie.

Sprawdziłem pocztę. Jim mnie nie zawiódł. Właśnie się odbierała. Przy okazji zauważyłem, że jest jeszcze kilka wiadomości, które przyszły wcześniej. Szczeniak trochę się wyrywał bo wszystko interesowało go w kabinie, ale mu wytłumaczyłem pukając lekko w pulpit, że ta poczta jest dla niego więc się uspokoił i zajął się ekranem. Zacząłem myśleć jak przegrać otrzymane od Jima kody do kuchenki, ale ponieważ nie były długie więc po prostu spisałem je z ekranu i poszedłem z pieskiem do kuchenki. Od razu wyczuł gdzie się znajdujemy, bo zaczął merdać krótkim tłuściutkim ogonkiem. Wpisałem najpierw pierwszy kod, ten czerwony i nazwałem go „pies 1”, a potem drugi po prostu jako „pies” i od razu zażądałem posiłku. Kuchenka tym razem bez wahania przyjęła zamówienie i odczytałem, że za sześć i pół minuty wyda zamówione danie.

Zamknąłem właz i puściłem szczeniaka na podłogę. Od razu zaczął biegać po całej kabinie i zwiedzać wszystkie kąty. Poszukałem w naczyniach odpowiedniej miseczki i wlałem do niej trochę wody. Postawiłem na podłodze przy kuchence i zapukałem w nią. Zainteresował się, podbiegł, ale gdy powąchał, że to tylko wodą ruszył na dalsze zwiedzanie kabiny.

Jak cię nazwać? Zapytałem na głos.

Nazwij go Gozio. Nie widziałeś jacy są podobni? Usłyszałem głos wchodzącego Multe.

Zaśmiałem się. Chyba miał rację, gdy przypomniałem sobie Goera niosącego szczeniaczka na rękach.

Ja nie będę nadawał mu imienia, ale możemy o tym podyskutować przy kolacji. Goer ma decydujący głos.

Siadaj Multe, już ci podaję, zaprosiłem go gestem do stołu.

Następni też już zaczęli wchodzić więc podawałem im porcje po kolei zgodnie z kolejnością ich pojawiania się. Trochę wbrew zwyczajowi postawiłem od razu swoją porcję na stole nie tak jak powinien zachować się wachtowy.

Ostatni posiłek „pies 1” postawiłem pod kuchenką przy miseczce z wodą, a szczeniak od razu wiedział, że to dla niego i natychmiast przystąpił do połykania swojej kolacji. Nawet nie czekał na nas aż zakończymy modlitwę.

Zaczęliśmy jeść i po jakimś czasie odezwałem się.

Przyjąłem wachtę więc nie powinienem z wami siadać, ale proszę mówcie gdy ktoś będzie czegoś potrzebował to podam natychmiast. Usiadłem z wami bo po pierwsze zaraz po kolacji budzimy wojsko i potem odlatujemy, a druga ważniejsza w tym momencie przyczyna to pies.

Wszyscy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem i widziałem, że niektórzy uśmiechali się myśląc, że żartuję, a inni z uwagą.

Przełknąłem następny kęs i kontynuowałem.

Wachtowi muszą wiedzieć, że od dzisiaj w kuchence pojawił się nowy załogant „pies”. Przez pierwsze trzy dni stosujemy „pies 1”, a potem go wykasuję i zostanie po prostu pies. Goer, ty powinieneś przede wszystkim wiedzieć, że te trzy dni to jego leczenie z pasożytów i może w czasie tej kuracji trochę chorować i jeszcze potem być może przez kilka dni. Potem karmimy go porcjami „pies”. Druga sprawa to imię dla psa. Czy myślałeś już o tym? a może nadałeś już mu jakieś imię?

Myślałem, ale nic odpowiedniego mi nie przychodzi na myśl, odpowiedział.

Padła tu wcześniej propozycja, powiedziałem, że może by go nazwać Gozio? Co ty na to?

Gozio, Gozio? Goer zaczął powtarzać. Znaczy to coś?

Uśmiechnąłem się. Coś tak jak mały Goer.

Opuścił głowę i cicho powtarzał Gozio. Poszukał wzrokiem szczeniaka i zawołał Gozio!

Piesek usłyszał głos swojego pana i przybiegł do niego natychmiast. Tak zatwierdził swoje imię.

Skończyłem swoją porcję, a że nie dawno jadłem czułem się nasycony i mogłem wstać. Reszta oczywiście była bardzo głodna po ciężkiej pracy i z przyjemnością donosiłem im kolejne zamówienia. Później już razem siedzieliśmy przy napojach.

Nie czekajmy do nocy, zagaiłem, im szybciej odlecimy tym lepiej. Jeśli już wszyscy są najedzeni to wracamy do normalnego trybu wacht, a ja i Zee idziemy budzić wojsko. Jesteś gotowy Zee?

Tak, oczywiście odpowiedział Zee przerywając rozmowę z Simo.

Możesz to zrobić z placu przed pojazdem? Będzie szybciej.

Tak, odpowiedział zdecydowanie, jestem gotów.

To chodźmy, obudzimy wojsko i natychmiast wystartujemy. Poczekajcie na nas, zwróciłem się do załogi.

Wtedy uzmysłowiłem sobie, że gdy przeglądałem rozmieszczenie rycerzy ziemi w dżungli to jeden ich pojazd znajdował się gdzieś na bagnach po tamtej stronie pałacu. Natychmiast połączyłem się ze Slimem. Odezwał się od razu.

Słuchaj, zacząłem, za chwilę będziemy budzić wojsko i zaraz potem odlatujemy. Jeden z naszych znajduje się w lesie na północ od nas. Niech się zaraz przeniesie gdzieś tutaj obok ciebie bo tam siedzi na wojsku. Załatw to proszę.

Już go tam nie ma, usłyszałem Slima, jest przy mnie bo zaraz odlatuje do stolicy na przegląd. W asyście obcych leci jego zmiana.

Leci do stolicy? Ucieszyłem się. Niech przed odlotem wpadnie do nas na chwilę. Damy mu paczkę do laboratorium. Syn przygotuje i zaadresuje przesyłkę. To cześć, to dobra wiadomość.

Wywołałem Grzema.

Szykuj paczkę z mięsem legwana do analizy. Napisz gdzie i komu ją oddać. Zaraz się po nią zgłosi jeden z rycerzy, który leci do stolicy i bądźcie z Touenem gotowi bo zaraz potem odlatujemy.

Już szykuję, cieszę się, że tak szybko mogę ją przesłać. Rozmawiałem już z kolegami i wysłałem im zdjęcia. Sprawdzą co to mogą być za potwory.

Rozłączyliśmy się.

Wyszliśmy z Zee na plac i natychmiast zostaliśmy otoczeni przez kobiety z wioski. Wrzeszczały jedna przez drugą i machając rękami usiłowały coś nam przekazać.

Zee stał i słuchał, a ja czekałem aż mi przetłumaczy. Widziałem, że był zakłopotany.

Zaczynał i przerywał, patrzył to na nie, to na mnie i nie mógł zacząć i skończyć zdania tak szybko wszystkie mówiły.

O co im chodzi? Dlaczego tak krzyczą? Starałem się dopytać Zee.

Mówią, zaczynał, ... i znów przerywał, a one dalej jedna przez drugą perswadowały.

Nie wytrzymałem.

Cisza, wrzasnąłem i zapadła cisza mimo, że Zee nie przetłumaczył.

Powiedz im, że wysłuchamy tylko jednej, a pozostałe niech przestaną w tym czasie mówić.

Zee przekazał im moją decyzję. Zebrały się w kupkę i cicho coś ze sobą rozmawiały aż wystąpiła jedna starsza krępa kobietka. Zaczęła spokojnie mówić. Zee mógł wreszcie tłumaczyć.

Prosi, aby zwolnić ich mężczyzn z oczekiwania na powrót wojska bo trzeba wybudować nową wioskę.

Jakiego oczekiwania, zdziwiłem się. Co ona wygaduje?

Okazało się, że mężczyźni powiedzieli swoim kobietom, że nie mogą budować na razie nowych domów bo muszą czekać na powrót wojska po tym gdy je dziś obudzimy i zabierzemy ze sobą.

Niesamowite! Prawie wykrzyknąłem, to lenie. Naprawdę tak powiedzieli?

Tak mi mówi ta kobieta, potwierdził Zee.

Powiedz, żeby przyszedł wódz ze starszyzną.

Usiadłem na dole rampy i czekałem. Zee stał nade mną.

Za chwilę przyszedł wódz i kilku odświętnie wystrojonych mężczyzn. Ukłonili się.

Oddałem ukłon i od razu zapytałem dlaczego uważają, że nie mogą nic robić dopóki nie wróci wojsko.

Bo my musimy pilnować wojska, odpowiedział wódz.

Jeśli zabierzemy wojsko to nie musicie go przecież pilnować, prawda?

Prawda, zgodził się wódz, ale będziemy musieli czekać aż wróci.

To teraz wam tu mówię, zdenerwował mnie, ale nie chciałem dać tego poznać po sobie, że nie musicie czekać na powrót wojska. Jeżeli nie weźmiecie się natychmiast do roboty to wrócimy z wojskiem w inne miejsce, a wy już nigdy nie będziecie pilnującymi wojska. Rozumiecie? Zanim z powrotem wyślemy tu wojsko sprawdzimy najpierw jak przygotowaliście nową wioskę. Nie będziecie mogli pilnować wojska bez wioski jeszcze piękniejszej niż dotąd.

Zee tłumaczył, a wódz zerkając na mnie coś przemyśliwał. Na koniec podniósł głowę i zaczął mówić wprost do mnie.

Nie wiedzieliśmy, że wioska jest taka ważna. Natychmiast bierzemy się do budowy i bądź pewny, że gdy przybędziesz na sprawdzenie będzie już nowa piękna wioska.

Ukłonił się i natychmiast zaczął poganiać przed sobą swoją świtę. Prawie pobiegli do pozostałych mężczyzn i za chwilę widziałem, że już bez pióropuszy, ale za to z narzędziami idą wszyscy całą gromadą w kierunku nowego miejsca budowy.

Mogliśmy z Zee zająć się budzeniem wojska, gdy zobaczyłem znów idące do nas kobiety.

Spojrzałem na czas. Zrobiło się bardzo późno Nie zdawałem sobie sprawy, że te bezsensowne rozmowy trwały tak długo.

Powiedz im, że teraz nie możemy z nimi rozmawiać bo idziemy załatwić coś ważnego, ale wrócimy niedługo. Niech tu czekają.

Zee odezwał się do kobiet z daleka, ale one zaczęły się śmiać i coś wykrzykiwały do niego z rozbawieniem.

Mówią, że jednak pójdą z nami, przetłumaczył.

Chodź. Rzeczywiście pójdźmy na drugą stronę bo tu nie dadzą nam spokoju i nie zdążymy niczego zrobić i ruszyłem szybko w kierunku wejścia do pałacu.

Zee dołączył do mnie, a z tyłu słyszałem idące za nami żartujące kobiety.

Weszliśmy do ciemnego kamiennego wnętrza i włączyłem światła. Rozbawione kobiety wciąż szły za nami.

Wiesz co Zee, a może wejdźmy na piętro i przejdziemy na drugą stronę górą. Na pewno znajdziemy tam jakieś zejście.

Doszliśmy do klatki schodowej i wyłączyłem światło. Po ciemku weszliśmy na schody i gdy nie było słychać wchodzących za nami kobiet znów je włączyłem,

Może po prostu wejdźmy gdzieś tam wysoko i stąd obudzę wojsko. Staniemy na jakimś balkonie, zaproponował Zee.

Dobrze. idźmy do góry, zgodziłem się.

Wspinaliśmy się po schodach wyżej i wyżej, aż zobaczyłem dobiegające dzienne światło. Z klatki schodowej było bezpośrednie wyjście na dach.

Znaleźliśmy się na dachu. W zasadzie to był wielki płaski taras wyraźnie tak zbudowany, aby można było wygodnie na nim przebywać. Po środku na kamiennym podwyższeniu znajdowały się niewielkie kuliste wieżyczki z malutkimi kwadratowymi otworami, okienkami pokryte pięknie rzeźbionymi zdobieniami i podobne do nich kształtem jakby kamienne klatki z pionowymi żebrami. Zajrzałem do najbliższej i zobaczyłem, że w środku jest umieszczona siedząca rzeźba. W najniższym miejscu było na tyle szeroko między żebrami, że pewnie bym się przecisnął do środka, ale wszystkie szczeliny były pospinane mocnymi, wielo warstwowymi pajęczynami tworzonymi przez pająki od lat, więc zrezygnowałem.

Zee czekał na mnie przy krawędzi dachu. Stanąłem za nim, żeby mu nie przeszkadzać w skupieniu się i niewiele więcej widziałem z tej wysokości podobnie jak wcześniej z tarasu, tak gęsta była roślinność przed nami.

Zee usłyszał, że podchodzę bo odwrócił się do mnie i skinął głową, że zaczyna. Podniósł ręce tak jak poprzednio, po dość długiej chwili opuścił głowę i odwrócił się do mnie. Natychmiast uspokoiłem się widząc jego lekki uśmiech na pobladłej twarzy. Skinął mi oczami i stanął obok mnie. Usłyszałem gdzieś daleko przed nami jakby narastający szum w dżungli i zobaczyłem jak duża część lasu przez który szliśmy wcześniej ścieżką do wioski zaczyna się wolno unosić do góry. Rwą się pozrastane ze sobą gałęzie, bliższa część lasu po chwili jak jedna plątanina opada do dołu, a dalsza jest wiąż wypychana w górę. Teraz już mogłem zobaczyć podnoszący się coraz szybciej bagnisty grunt wraz z wyrastającymi z niego drzewami z którego natychmiast zaczęła kaskadami ściekać brudna woda i opadać błoto. Nieco dalej za drzewami ujrzałem wyłaniający się bardziej suchy fragment gruntu, to pewnie polana przed wioską pomyślałem i natychmiast zobaczyłem jak następnie ukazują się przyczepione do niej domy. Cała ta unosząca się w górę masa dotarła do wiszącego nad nami żywego dachu i gdy zaczęła go rozrywać niezbyt solidne domy zaczęły być strącane w dół. Najbliższy nas podziemny wojownik, ten który wystawał po środku wioski zaczął się prostować do poziomu w locie i jego trójkątny wierzchołek na którym wcześniej siedziałem po przebiciu zielonego stropu zaczął się nagle obniżać, za to jego dotychczas głębiej zanurzona w bagnie część zaczynała się teraz bardzo szybko wynurzać podnosząc grunt coraz bliżej i coraz szybciej w naszym kierunku. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że podnosząca się ziemia zaraz dotrze do tarasu i zacznie następnie unosić i przewracać pałac, ale nagle bagienny lasek w dość bezpiecznej odległości przed tarasem rozerwał się na moich oczach na strzępy i już bardzo szybko się unosił wraz z przyspieszającym w górę żołnierzem. Cały żywy dach nad nami rozerwał się i zaczęły na nas opadać coraz gęściej jego roślinne fragmenty. Zrobiło się niebezpiecznie.

Schodzimy, powiedzieliśmy jednocześnie z Zee i wbiegliśmy na schody.

Pomyślałem, że start pozostałych rycerzy zobaczymy już w locie z kabiny.

Na dole nie było słychać kobiet, chociaż docierając do parteru wcale nie byłem pewny czy nie czekają tam na nas. Na szczęście nie czekały, widocznie bały się ciemności, a może wreszcie się zniechęciły i odechciało im się żartów. Bez zwlekania pobiegliśmy w kierunku pojazdu i za chwilę wchodziliśmy po rampie do wnętrza. Z marszu usiadłem przy pulpicie i zacząłem rozruch jednocześnie zamykając właz.

Piotrze, zawołałem włączając wewnętrzne głośniki. Siadaj przy mnie.

Wywołałem Grzema i wezwałem go do startu.

Wiem, widzę odpowiedział, czekałem na podglądzie i już startuję.

Dzięki, pochwaliłem go za czujność.

Zobaczyłem wchodzącego do sterówki Piotra. Na głowie miał swój hełm, ale przedziwnie przystrojony. Oplatały go grubsze i cieńsze kable i przewody, a do jego powierzchni taśmą poprzyklejał jakieś elektroniczne elementy. Na plecach dyndał mu długi kabel z wtyczką. Po prostu miał na hełmie komputer w częściach, a głowę wewnątrz tego komputera.

Cóż to za bojowy pióropusz? Zapytałem.

Pierwszy model interaktywnego hełmu Touenea, odpowiedział z uśmiechem. Chcę później sprawdzić parę rzeczy w czasie lotu. Wewnątrz umieściłem różne czujki, a resztę na razie prowizorycznie na zewnątrz.

Usiadł przy mnie i połączył się z Grzemem. Ja wznosiłem się już z uwagą celując w lukę nad placem. Po chwili stanąłem w zawisie tuż nad wierzchołkami najwyższych drzew lasu i czekałem na pojawienie się pojazdu syna. Zerknąłem na ekran i ustawiłem szeroki widok, tak żeby natychmiast móc odlecieć gdy tylko go zobaczę. Pojawił się za chwilę wolno wzlatując tą samą drogą co ja. Zacząłem wznoszenie i natychmiast zobaczyłem jak rozrywają wierzch dżungli następni podziemni rycerze. Coraz dalej od nas i coraz szerzej na boki widziałem następne coraz szybciej wzlatujące ubłocone ogromne korpusy. Opadały z nich płatami całe masy błota i splątana roślinność.

Piotrze. Podłączaj do nas pojazd Grzema i odlatujemy. Tutejsza misja wypełniona.

Odwróciłem się do załogi i pogratulowałem Zee podniesieniem kciuka. Wszyscy już wiedzieli co ten gest znaczy i zaczęli poklepywać Zee i ściskać go.

Pora sprawdzić co z naszą ochroną, pomyślałem. Zacząłem wpatrywać się w ekran i nagle z przerażeniem zobaczyłem, że jeden pojazd „obcy” znajduje się bardzo blisko nas, a w dodatku mknie w naszym kierunku z ogromną niedozwoloną prędkością.

Uwaga! Mamy atak, usłyszałem głos Touena.

Widzę. Co on chce zrobić? Staranuje nas za chwilę, krzyknąłem.

Bez namysłu pchnąłem przyspieszenie na najwyższe. Rozwiązanie problemu samo mi się nasunęło. Przestałem się wznosić i po chwili nasze sprzężone pojazdy gnały obniżając się tuż nad wierzchołki drzew. Zacząłem zataczać łagodny łuk zmniejszając prędkość.

Zwalniasz? Usłyszałem jednocześnie obok siebie zdziwiony głos Piotra i z głośnika głos Touena i Grzema.

Nie zdążyłem im wyjaśnić zamysłu swojego manewru bo wrogi pojazd był już bardzo blisko i jego widok powiększał się gwałtownie za otwartymi osłonami. Widziałem już jego szczegóły. Za chwilę zobaczyłem przed nami to ku czemu dążyłem. Zanurkowałem na pełnej prędkości w lukę wyrobioną w dżungli przez padające drzewo ścięte przez Touena. Tuż nad wierzchołkami drzew nad nami na pełnej prędkości przemknął atakujący nas szaleniec. Natychmiast zacząłem awaryjne hamowanie nie opadając na ziemię. Udało mi się zatrzymać pojazdy tuż przed krańcem polany, ale cała moja załoga poprzewracała się i nie obyło się bez siniaków i lekkich zranień. Goer miał potem co leczyć, a my już nigdy odtąd nie startowaliśmy bez kombinezonów i zawsze na siedząco w fotelach.

Zobaczyłem na ekranie zbliżające się na pełnej prędkości w naszym kierunku cztery pojazdy naszej ochrony i dość daleko już hamującego zaskoczonego moim manewrem napastnika. Poczekałem aż nasi rycerze przelecieli nad nami i znów wzleciałem nad dżunglę. Od razu obrałem kierunek przeciwny do zbliżających się pozostałych obcych i ustawiłem prędkość na maksymalną podróżną. W głośnikach usłyszałem Slima.

Zmykajcie stąd. Gratuluję manewru. Skąd wiedziałeś, że tam jest luka? Mam nadzieję, że wszyscy byliście przypięci? Pytał.

Żeby nie kłamać pominąłem jego pytania milczeniem.

Dwóch naszych poleci z wami, a ja z BN324 zajmiemy się tym obcym, kontynuował Slim.

Do zobaczenia, odpowiedziałem mu i nie zmniejszając prędkości wznosiliśmy się coraz wyżej.

Zacząłem się zastanawiać jaki obrać następny punkt lądowania i rozglądałem się na ekranie, a przy okazji zobaczyłem podążające za nami w tradycyjnej odległości dwa pojazdy naszej ochrony. Przy oddalającym się mieście został nieruchomy już obcy, a przy nim dwa nasze pojazdy.

Poprosiłem do pulpitu Goera i stojąc pokazałem mu jeden z dwóch najdalej położonych od nas punktów po tej stronie Ziemi.

Polećmy tutaj, zaproponowałem, to bardzo daleko, ale o to mi właśnie chodzi. Nie przyjdzie nikomu do głowy, że wrócimy teraz prawie do miejsca skąd zaczynaliśmy. W dodatku skryjemy się znów w gęsto uczęszczanym korytarzu jak poprzednio.

Dobrze, zdaję się na ciebie, odpowiedział Goer. Tu rzeczywiście zrobiło się niebezpiecznie. Przecież gdybyś nie wykonał tego nurkowania pod drzewa ten wariat rozbił by nas. Nie zdążyli byśmy uciec.

To dzieciak, usłyszałem nagle z głośników głos Slima. Naprawdę. Ma może jedenaście albo dwanaście lat. Oni używają do walki dzieci! To skandal na skalę kosmosu. Mimo to, to dobrze bo wreszcie będziemy się mogli do nich dobrać. Pogwałcili prawa międzynarodowe i teraz będzie ich można stąd usunąć. Ten mały jest dobrze wyszkolony. Zdążył uruchomić niszczenie wszelkich danych na pokładzie i system w jego pojeździe jest wyczyszczony. Już wezwałem transporter to go zabierzemy do stolicy. Wysłałem meldunek i wraz z transporterem przybędzie specjalna międzynarodowa komisja. Do zobaczenia, zakończył.

Mieliśmy też kiedyś w czasie jednej wojny na Ziemi samobójczych pilotów, ze wstydem odezwałem się do Goera, ale nie sądziłem, że to się może powtórzyć i to w obecnych czasach! Z tym, że to nie były dzieci. Sam wiem, że dzieciaki od momentu jak sterowanie lotem zaczęło się odbywać przy pomocy komputerów przewyższają manualnie starszych, ale do pełnoletności nie mogą samodzielnie latać, a tym bardziej walczyć. Słyszałeś co mówił Slim? Teraz będzie można naszych wrogów usunąć z cywilizowanych rejonów. Może już od następnego punktu będzie nam łatwiej. Lećmy.

Nie powiedziałem Goerowi, że punkt do którego kierowaliśmy się obecnie miał dla mnie jeszcze inne znaczenie oprócz zmylenia wrogów bo po co? I tak jej nie znał.

Tam pracowała Anna."


Góra
  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 33 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  

139,489,730 Wyświetlone Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL